2 października 2011

Złoty Osioł (Katowice)


Moja przygoda z wegetarianizmem była stosunkowo krótka. Wszystko przez moją sprytną mamę, która od samego początku wiedziała, że nic z tego nie wyjdzie i z premedytacją zrobiła swoje genialne pierogi z mięsem zaledwie kilka dni po mojej decyzji. Pałaszując je w zawrotnym tempie jeden za drugim, na zawsze pożegnałam się z pomysłem zostania pożeraczem trawy. Wielokrotnie przekonałam się, że w moim przypadku dieta bezmięsna nigdy się nie sprawdzi, bo, zwyczajnie w świecie, za bardzo lubię dania mięsne. Ale nie tylko dlatego – czuję, że mięso dostarcza mi też potrzebnej do życia energii. Jeśli natomiast chodzi o bary i restauracje wegetariańskie, długo byłam sceptyczna. No bo jak to tak, bez mięsa?! To przecież nie jest jedzenie!

Moje przekonanie na temat dań wegetariańskich zmieniło się po przekroczeniu nieśmiałym krokiem progów kilku barów wege. Bardzo urozmaicone, kolorowe dania przyciągają wzrok i zaostrzają apetyt do tego stopnia, że zwyczajnie zapominam, że nie ma w nich mięsa. Tak więc wchodząc do Złotego Osła w Katowicach wiedziałam, że mogę spodziewać się czegoś atrakcyjnego, mimo że bez soczystej wołowiny ani grillowanego kurczaka. I faktycznie – moim oczom ukazały się tacki pełne kolorowych warzyw w najróżniejszych kombinacjach. A to lazania z brokułami i serem pleśniowym, a to tortilki meksykańskie, a to znowu lazania szpinakowo-pomidorowa, naleśniki szpinakowe czy zapiekanka bułgarska z bakłażanem. Wszystko wielce  zachęcające, więc za Chiny nie wiedziałam, co wybrać!
  
Padło na gulasz z dyni w sosie balsamico z ryżem (11 zł, duża porcja lub mniejsza z zestawem surówek). Obsługa bez uśmiechu, jakby trochę zmęczona. Usiadłam ze znajomymi w sali mikro dla niepalących, bez okien, mieszczącej dokładnie trzy stoliki i osiem krzeseł, która mimo swojego rozmiaru okazała się niezwykle przytulna, jak zresztą cały lokal. Ściany pomieszczeń zdobią wielokolorowe, urocze malowidła – w odcieniach raczej wyciszonych, a nie krzykliwych, co stwarza doskonały klimat. Stoły pokryte barwnymi tkaninami i krzesła, chyba każde inne, dodają temu miejscu uroku. Gdzieniegdzie pali się świeczka lub maleńka lampka. Jednym słowem – miło.

Napoje imbirowe dla trójki moich znajomych gotowe były od razu (bardzo intensywny imbirowy smak, nie będzie smakował komuś, kto nie miał wcześniej bliskich kontaktów z imbirem, napój jednak jest idealny na trawienie), o lemoniadę (4 zł) musiałam się upomnieć po kilkunastu minutach, bo całkiem o niej zapomniano, a zanim ją przyniesiono, kelnerka przy okazji zapytała, czy za nią zapłaciłam (na szczęście nie musiałam pokazywać rachunku na dowód, co daje jej plusa). Lemoniada zaskakująca, bo niegazowana (choć podobno taka jest najprawdziwsza) i nie dało się wyczuć w niej cytryny, a pomarańczę i coś gorzkiego, ale raczej nie był to grapefruit. Do tego łatwo wyczuwalny smak orientalnych ziół. Nie tego się spodziewałam.

Zestaw surówek komponuje każdy osobiście, a do wyboru ma osiem różnych, bardzo smacznych, świeżych kompozycji. Na przynoszone do stolika zamówienie trzeba trochę poczekać, bo dania podgrzewane są w piecu elektrycznym, za co Złoty Osioł otrzymuje ode mnie gigantycznego plusa, bo nic mnie bardziej nie irytuje jak charakterystyczny dźwięk mikrofalówki ostentacyjnie dochodzący z kuchni. Jak bar reklamuje się na swojej (świetnej zresztą) stronie internetowej, do gotowania używają tylko naturalnych produktów, co bardzo się chwali, bo naturalność i świeżość składników to dla mnie podstawa.

Wszystko wygląda ładnie i zachęcająco, ale z bólem serca muszę stwierdzić, że mój wybór ogromnie mnie rozczarował. Wielkie kawałki dyni (która w ogóle nie smakowała jak dynia), czerwonej papryki i pomidorów w sosie odrobinę pikantnym, zdecydowanie kwaśnym i z przesadzoną ilością octu tworzyły dziwny zestaw smaków, a najlepszy w tym daniu był ryż z siemieniem lnianym. A jeśli ryż jest lepszy niż pozostała zawartość talerza, to coś tu chyba nie gra. Sytuacja stała się jeszcze bardziej beznadziejna po spróbowaniu smacznych dań moich znajomych - cudowna, aksamitna lazania brokułowa z serem pleśniowym i bardzo ciekawa zapiekanka bułgarska pogorszyły mi humor, bo okazało się, że ja, JA! wybrałam fatalnie. Rzadko się zdarza, bym zostawiła jedzenie na talerzu, niezależnie od tego, jak bardzo mi nie smakuje, ale tym razem, niestety, musiałam.

Cóż to był za niedosyt, niedosmak wręcz! Bo wszystko grało, było ładnie, przyjemnie, kolorowo i apetycznie, a tu taka klapa! Powiem wam jednak, że chyba dobrze się stało, że spróbowałam po trochu dań moich znajomych. Może niepotrzebnie obsmarowałabym całkiem przyjemny bar, który z pewnością ma do zaoferowania coś smacznego (tę lazanię brokułową i zapiekankę z bakłażanami polecam z czystym sumieniem!). Przy najbliższej okazji, z dużym kredytem zaufania, wrócę do Osła i przekonam się na własne… podniebienie, czy zasługuje na wyższą ocenę.

Minus: maleńka sala dla niepalących, obsługa bez uśmiechu, gulasz z dyni nie do przebrnięcia, dziwna lemoniada.
Plus:
przyjemne i finezyjne wnętrza, niskie ceny, bogate i zmienne menu, ładna strona internetowa.
Polecam na:
niedrogi, wegański lub wegetariański posiłek.
Adres:
ul. Mariacka 1 (zobacz mapę).
Ocena:
6/10

5 komentarzy :

  1. Nie zgodzę się, ten gulasz z dyni jest genialny!

    OdpowiedzUsuń
  2. szukam przepisu na lazanie z brokulami i serem plesniowym!!

    OdpowiedzUsuń
  3. Gulasz Dyniowy jest rewelacyjny:) każdy ma inny gust więc trzeba spróbowac samemu:)

    OdpowiedzUsuń
  4. Gdzie piłaś gazowaną lemoniadę? Nigdy nie spotkałam gazowanej lemoniady, jestem bardzo zdziwiona, że niegazowaną określiłaś jako nietypową.

    OdpowiedzUsuń
  5. Złoty osioł to super knajpa chodze tam od dziesieciu lat i nigdy nie czułem niedosytu.

    OdpowiedzUsuń

Spodobał Ci się tekst? A może nie zgadzasz się z moją opinią? Chętnie poznam Twoje zdanie!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...