11 listopada 2011

Yellow Dog (Kraków)

Cieszyłam się na tę knajpę od samego początku. Kiedy pewnego dnia na przeszklonej ścianie remontowanego wnętrza zauważyłam rysunek wielkich pałeczek trzymających coś okrągłego, mój żołądek sushiżercy już przygotowywał się na sushi-uczty na Krupniczej, bo cóż to mogło być, jak nie idealnie okrągłe maki?

Później zauważyłam napis – Yellow Dog – i pomyślałam: Dziwna nazwa jak na bar sushi, ale mogło być gorzej. Aż pewnego dnia przechodząc Krupniczą zobaczyłam gotowy lokal, zerknęłam na wywieszone za szybą menu i z pewnym zawodem zdałam sobie sprawę, że to knajpa azjatycka. Od razu jednak kilka pozycji przypadło mi do gustu, więc dodałam Psinę do mojej listy restauracji potencjalnie godnych odwiedzenia.

W dniu mojej wizyty w środku było pustawo, zarówno pod względem klientów, jak i wystroju. Dla mnie jest tam nieco za szaro i za „zimno”. Na każdym stoliku leży wymięte już trochę, ale całkiem fajnie przygotowane menu, w którym szybko znalazłam interesujące mnie pozycje: singapursko-krakowska zupa kukurydziano-kokosowa (8 zł) oraz żeberka wieprzowe w tajemnym sosie Yellow Doga (22 zł). Dzięki znajomemu, który skusił się na Wonton Mee (20 zł), miałam okazję skosztować chińskich pierożków nadziewanych krewetkami i kurczakiem w bulionie sojowo-kurczakowym. Zamówienie przyjęła kelnerka o bardzo obojętnym, lekko niesympatycznym nastawieniu i mam nadzieję, że to tylko dlatego, że była zmęczona po całym dniu pracy. 

Nadszedł czas na zupę, w której wciąż wyczuwalne były delikatne łupinki kukurydzy. Gęsta, o bardzo intensywnym, żółtym kolorze, a smak – jednocześnie słodki i pikantny. Dostatecznie intensywna nuta kokosowa nie była wcale mdła, za co plus. Żeberka, podane w nieco nieporęcznej miseczce, też mnie nie zawiodły – mięso doskonale odchodziło od kości, a słodki sos był naprawdę smaczny. Na talerzu obok miseczki podano ryż oraz surówkę z białej kapusty z dodatkiem ananasa, który zupełnie niepotrzebnie wzmacniał słodki smak całości. 

Kiedy jestem w towarzystwie, lubię gdy osoba mi towarzysząca zamawia zupełnie inne danie – nie waham się wtedy poprosić o pozwolenie na spróbowanie. Tym razem oddano mi talerz bez oporów i po zjedzeniu pierożka wiedziałam już dlaczego. Nie czułam w nim ani kurczaka, ani krewetek, ani pierożka. Do tego zrobiłam brzydką minę, a to o tych pierożkach mówi wszystko, bo zwykle oszczędzam otoczeniu takiego ekspresywnego wyrażania emocji. Niestety, te pierożki jak i cała ta zupa za 20 zł były wielką pomyłką wieczoru (jedynie bulion był do zaakceptowania, ale lepszy można zjeść w pobliskim barze za 2,02 zł). 

Przed złożeniem zamówienia ślinka mi ciekła na myśl o bananowym tiramisu (10 zł), ale dobrze, że z decyzją poczekałam do końca kolacji, bo wtedy doszłam do wniosku, że nie mam ochoty na deser. I tak wyszliśmy z Yellow Doga z mieszanymi uczuciami – ja byłam, nie licząc przesłodzenia do granic możliwości, ogólnie zadowolona, choć Wonton Mee ostro przyhamował mój entuzjazm. Ale coś czuję, że wpadnę tam jeszcze na tę zupę i wtedy dam Dogowi drugą szansę – bo tego tiramisu spróbować muszę!

Plus: stosunkowo niskie ceny, oryginalne dania.
Minus:
Wonton Mee, wnętrze bez klimatu, obsługa obojętna.
Polecam na:
lunch, obiad, kolację bez okazji.
Adres: ul. Krupnicza 9 | mapa | Facebook
Ocena:
6.5/10

Kolejna wizyta: Sierpień 2013

Yellow Doga odwiedziłam po raz pierwszy blisko dwa lata temu i wcale nie wyszłam wtedy z niego tak wniebowzięta jak ci, którzy już od pierwszych dni rozpływali się nad jego geniuszem. Miałam wrócić na bananowe tiramisu i Wonton Mee - nie wróciłam. Jednak na Foodstocku spróbowałam tego pierwszego oraz jeszcze innego dania i byłam pod wrażeniem. Mimo to zajrzałam do niego dopiero teraz, dzięki konkursowi Kuchni Zwierciadła, w którym wygrałam bon o wartości 200 zł do wykorzystania właśnie w Yellow Dogu. 

Poniżej kilka zdjęć tego co spróbowałam. Były to dania świetnie wyważone, zaskakujące aromatem, smakiem i oryginalnością. A jakość składników oraz miłość do tego jedzenia wyczuwalna była niemal w każdym kęsie. Jeśli koniecznie musiałabym wskazać coś, co się wyróżniło, to dla mnie była to rozpływająca się w ustach, fantastycznie przyrządzona wołowina oraz absolutnie doskonała sałatka yee sang z łososiem (jaka pychota!). Poza tym bardzo delikatne w smaku, wyjątkowe desery, których nie zjemy nigdzie indziej w Krakowie. To kuchnia w każdym calu doskonała, a moja recenzja z listopada 2011 ma się już nijak do rzeczywistości. Krótko mówiąc: rozumiem już wszystkie zachwyty nad Yellow Dogiem!

Jest to pierwsza w historii bloga moja opinia o daniach, za które nie zapłaciłam z własnej kieszeni.





Reszta zdjęć tutaj.


7 komentarzy :

  1. Jasne,druga szansa się należy.
    Choć ja takowej pewnemu lokalowi w W-wie nie dam i już...

    OdpowiedzUsuń
  2. Właśnie wczoraj przechodziłam ulicą i zauważyłam ten lokal. Od razu zwróciłam na niego uwagę i pomyślałam sobie, że tam wpadnę w najbliższym czasie. Zobaczymy, jak się sprawdzą.
    PS. Byłaś w RotiRoti na Węglowej? To moje nowe odkrycie, bistro indyjskie, wg mnie bardzo smaczne i ceny przystępne. Ja i moja przyjaciółka polecamy :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja w temacie Prego - nie wiesz może czemu zamknęli ten lokal? Poprzednio w tym miejscu było In Vito i serwowali podobną kuchnię. Uwielbiałam tam jeść i gdy zobaczyłam, że "lokal do wynajęcia" to zrobiło mi się smutno. Ale ponieważ na miejscu powstało Prego, więc nie miałam za czym płakać. Ale Prego też już zlikwidowali i #$%#$%^ dlaczego?! Tak słabe mieli obroty? Ale słyszałam od całkiem sporej liczby osób, że tam wciąż chodzą, więc chyba nie mogli narzekać na klientów.

    OdpowiedzUsuń
  4. Myślę, że sama nazwa lokalu jednoznacznie odpowiada na pytanie dlaczego nie czułaś smaku kurczaka ;-)

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie umiem się jakoś przekonać do tego Yellow Doga - czytałam naprawdę różne recenzje i ta nierówność mnie nie zachęca. Lubię nietypową kuchnię, ale nietypowo dobrą... W dodatku przeglądając ich menu nie znalazłam niczego, co mógłby zamówić mój mężczyzna, mimo że ma alergię na zaledwie 8 produktów.

    OdpowiedzUsuń
  6. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie, Yellow Dog w Krakowie już nie istnieje (gdy spojrzysz po prawej stronie na listę, jest w sekcji "Zamknięte"). :) Przez jakiś czas Luiza Trisno działała w Warszawie pod nazwą "Ramen Girl of Yellow Dog", ale tam też lokal zdążył się już zamknąć "do odwołania".

      Usuń