11 stycznia 2012

Hawełka (Kraków)

Wchodząc do Hawełki, nie byłam pewna, czy napiszę o niej recenzję. Czułam pewnego rodzaju onieśmielenie przekraczając progi miejsca o tak długiej historii i tradycji, posiadającego wielu oddanych klientów, w tym podobno także ważnych osobistości. Usytuowana przy samym Rynku, przyciąga gości przede wszystkim magiczną liczbą 1876. Można wysnuć wniosek, że restauracje, które szczycą się tak długą działalnością, nie potrzebują recenzji. Jednak już po wejściu do środka stwierdziłam stanowczo: potrzebują.

To był niedzielny wieczór, a restauracja była praktycznie pusta. Smutny to widok, bo wśród tych licznych obrazów sprawiała wrażenie pustego muzeum, a powinna tętnić życiem dzięki zadowolonym i szczęśliwym gościom rozmawiającym nad talerzami pełnymi świetnego, smacznie pachnącego jedzenia. Zamiast tego, przywitały nas straszne kukły – przebrane w tradycyjne góralskie i krakowskie stroje brzydkie, plastikowe manekiny. Nic to, pomyślałam, i przeszłam do stolika w bardzo przytulnym kąciku, z którego widziałam całe to puste wnętrze i zastanawiałam się, na ile świeże będą nasze dania biorąc pod uwagę liczbę gości, a raczej ich brak.

Niestety, na to już wpływu nie mam, a wpadać znienacka do kuchni i sprawdzać, czy ktoś używa mikrofalówki czy nie, to lekka przesada. Zaufałam więc historii i pełna nadziei otworzyłam kartę dań. Od razu nabrałam ochoty na polędwiczki wieprzowe nadziewane serem pleśniowym i szpinakiem podawane ze strudlem warzywnym i sosem bazyliowym (39,90 zł), bo wydawały się tworzyć świetną i jednocześnie nieco zagadkową propozycję – czymże jest strudel warzywny? Na rozgrzanie poprosiłam o zimową herbatę XXL (9 zł), która okazała się herbatą cynamonową Dilmah z dodatkiem sześciu goździków i trzech plasterków cytryny (o dwa za dużo - radzę w zamian dodać plasterki pomarańczy, które zminimalizują kwaskowatość!).

Obsługiwał nas bardzo uprzejmy i w pełni profesjonalny kelner, który dyskretnie pojawiał się zawsze, gdy go potrzebowaliśmy. Czas mijał nam na rozmowie głównie na temat restauracji i jej wystroju, w którym dostrzegliśmy pewne małe elementy (z wyjątkiem kukieł, bo były to ewidentnie duże elementy), bez których restauracja z pewnością zyskałaby kilka punktów w kwestii klimatu. Menu, na przykład, świecące prawie jaskrawozielonymi stronami, kolorowe, trójkątne kartoniki reklamujące dostępne w restauracji napoje, czy mało gustowne dekoracje świąteczne, często zupełnie niepotrzebne (jak drzewkostroiki z niezwykle ubogim przybraniem). Ogólnie rzecz biorąc, ktoś mógłby powiedzieć, że było tam staroświecko, ale ja ujmę to tak – czuć było powiew historii i jakiejś nieśmiałej elegancji, a gdyby nie te drobne, acz liczne wpadki dekoracyjne, nawet by mi się tam podobało.

No i gdyby nie ceny. Niestety, jest to kolejny, ale już ostatni minus Hawełki. Większość dań głównych kosztuje ok. 50 zł lub więcej, większość pierogów – ok. 20 zł (10 sztuk), rosół domowy – prawie 12 zł, frytki – 9 zł. Ale cóż, liczba 1876 robi swoje i trudno się temu dziwić. 

Jednak najważniejsze jest zawsze jedzenie, a to prezentowało się cudnie. Porcje niewielkie, choć na kolację doskonałe. W smaku – pyszne, choć samo mięso nieco niedoprawione, ale mięciutkie. Kompozycja smaków świetna – ser pleśniowy zainspirował mnie do częstszego wykorzystywania go w kuchni, a sos bazyliowy delikatnie dopełniał całości. Jednak mimo wszystko uważam, że pierogi ruskie podsmażane (20,40 zł, spróbowane za zgodą osoby towarzyszącej) to danie, dla którego warto wrócić do Hawełki – doskonałe. Nie wiem, czy byłyby lepsze od tych spod palców mojej mamy, bo ta specjalizuje się tylko w pierogach z mięsem (i tu Hawełka ma szczęście!), ale miękkie i jednocześnie lekko chrupiące pierogi prosto z patelni (dosłownie!), wprawiły mnie w taki nastrój, że nawet kukły przestały mnie straszyć. Mniam!

Na koniec pozycja obowiązkowa – staropolski deser z kaszy gryczanej podany na gorąco, według oryginalnej receptury, podobno „tylko w Hawełce” (15,90 zł). Nie jest to mój ulubiony deser, ale jest to pozycja warta spróbowania – wbrew pozorom, jest to dość słodki zestaw składający się z oryginalnej, ciemnej babeczki z kaszą, bitej śmietany, orzechów i słodkiego, kremowego sosu z odrobiną polewy czekoladowej. Czy jednak ktoś oprócz turystów będzie chciał go skosztować? Jeśli nic w tym wnętrzu się nie zmieni, to szanse wydają się nikłe – miejscowi bowiem na historię się kusić nie muszą, bo mają jej tu pod dostatkiem i żadna data, nawet 1876, ich tam nie ściągnie. 

Chyba, że jedzenie obroni się samo. W tym pierogi!

Aby zobaczyć zdjęcia potraw opisanych w recenzji, zapraszam tutaj.

Plus: restauracja z tradycją i długą historią, niektóre elementy wystroju wnętrz, obsługa, smaczne jedzenie.
Minus:
wysokie ceny, brak dbałości o szczegóły w kwestii dekoracji lokalu, brak gości.
Polecam:
na pierogi, na rodzinną kolację, turystom.
Adres:
ul. Rynek Główny 34 (zobacz mapę).
Ocena:
6.5/10



   Bądź na bieżąco:


 

1 komentarz :

  1. Jakże ja cierpię gdy czytam o takich miejscach! Uwielbiam prawdziwie historyczne wnętrza ale rani mnie staroświeckość rodem z lat 70 ubiegłego stulenia. Aż chciałoby się poprosić kierownika/właściciela i dać kilka dobrych rad ;)

    OdpowiedzUsuń