1 kwietnia 2012

Chiński Pałac (Kraków)

Nie sądziłam, że chińska knajpa może mnie czymś zaskoczyć. Do dziś myślałam, że wszystkie prezentują niemal ten sam typ wystroju (totalne bezguście), niemal te same smaki (głównie glutaminian sodu) i generalnie wiadomo, czego się można po nich spodziewać – białej kulki zwykłego ryżu, trochę tradycyjnej surówki, a to wszystko pośród czerwonych papierowych lampionów i pozłacanego plastiku.

W Chińskim Pałacu, po przejściu obok minifontanny i obowiązkowego akwarium od razu zauważamy, że w powietrzu nie unosi się ten intensywny, charakterystyczny "zapach" chińskich barów, a przed oczami widzimy wnętrze inne niż wszystkie. Nie jest to może idealnie zaprojektowany lokal, w żadnym razie nie jest to też chińska knajpa marzeń, ale z pewnością jest to najładniejsze wnętrze, jakie miałam okazję zobaczyć w restauracji tego typu. Jest tam odrobinę za pomarańczowo, a zbyt duża liczba halogenów w niby-nowoczesnych podwieszanych sufitach nie bardzo kojarzy mi się z chińską kulturą, ale te gdzieniegdzie zbyt jaskrawe odcienie skontrastowane są z brązami: ciekawymi płaskorzeźbami, ciemnymi filarami, donicami pełnymi kwiatów i ogromnymi wazonami. To, szum wody i miła dla ucha chińska muzyka w tle sprawiają, że wnętrze staje się przyjemne.

Usiedliśmy pod Wielkim Murem Chińskim i zanim się zorientowałam, pięknie oprawione menu było już na stole. W środku – niespodzianka. Nie wszystkie nazwy są wyjaśnione, ale za to każda jest w trzech językach (polski, angielski i chiński) i niemal obok każdej widnieje zdjęcie dania. Zwykle kojarzyło mi się to z menu co najmniej fastfoodowym, ale w przypadku lokali egzotycznych chyba wcale nie jest to zły pomysł. Brak wyjaśnień rekompensuje nieuśmiechnięta, ale za to bardzo pomocna, cierpliwa i kompetentna kelnerka, która bez najmniejszego grymasu opisała każdą wskazaną przez nas pozycję. Ku naszemu zaskoczeniu do menu wkradło się kilka błędów – wszyscy wiemy, co to sasztka, wiepszowina i zupa jarzynow, ale mimo wszystko to trochę wstyd.

Długo zastanawiałam się nad moim wyborem – nie chciałam ryzykować czegoś zbyt egzotycznego i zależało mi też na w miarę obiektywnym porównaniu Pałacu z innymi restauracjami chińskimi, w których miałam (nie)przyjemność bywać, dlatego sajgonki (7 zł) na przystawkę i San Xian na żelaznym półmisku (28 zł) wydawały się dobrym wyborem. Od znajomych podkradłam też odrobinę ryby słodko-kwaśnej (22 zł) i kaczki po Syczuańsku (34 zł). Ryż pieczony (7,90 zł za porcję, wystarczy jedna na dwie osoby) jest zamawiany oddzielnie i w niczym nie przypomina ryżu, do którego przyzwyczaiłam się w chińskich restauracjach – podany został z drobnymi kawałkami warzyw i, co najważniejsze, miał smak

Jedząc każde z tych dań miałam wrażenie, że coś w nich nie gra. Były inne. Sajgonki – dość małe (choć jak na przystawkę idealne, sztuk trzy), bardzo chrupiące i zrobione jakby z innego rodzaju papieru, czy wręcz z pszennego ciasta. Po pierwszym kęsie poczułam, że są zupełnie inne od wszystkich tych, jakie miałam kiedykolwiek okazję jeść, a po ostatnim – że były zdecydowanie najlepsze. Z kolei San Xian to zestaw kawałków wołowiny, wieprzowiny i kurczaka z pieczarkami, cebulą oraz zieloną i czerwoną papryką. Powiem szczerze, że tak miękkiego mięsa w chińskiej restauracji jeszcze nie jadłam – danie okazało się bardzo smaczne, a warzywa były przyrządzone doskonale (nie za miękkie i nie za twarde). Słodko-kwaśna ryba to talerz pełen kawałków ryby panierowanej zanurzonej w kleistym, dość słodkim, ale świetnym sosie. A kaczka – plastry mięciutkiego i soczystego mięsa, podane z dużą porcją wprost cudownego sosu, który dodawał kaczce niezapomnianego smaku!

Lista deserów w większości okazała się standardowa – lody i pieczone owoce. Naszą uwagę zwróciły jednak trzy nowe dla nas pozycje – pieczone mleko (8 zł), kompot Lychee (8 zł) i chińskie pączki (7 zł, 5 sztuk). To pierwsze to skondensowane mleko zapiekane w cieście, z polewą czekoladową (bardzo słodkie; nadzienie smaczne, ciasto już mniej), kompot – podawany na zimno, dość słodki napój z kilkoma owocami liczi (polecam!), a chińskie pączki to przedziwna rzecz – gumiaste kulki wielkości piłeczek pingpongowych podawane na ciepło, obtoczone w aromatycznym sezamie i wypełnione nadzieniem ze słodkiej fasoli – stanowią całkiem smaczny i oryginalny deser. 

I wtedy dotarło do nas – to, co było „nie tak”, to prawdopodobnie brak wzmacniacza smaku lub przynajmniej jego znaczne ograniczenie. Wszystko bowiem wydawało się mniej tłuste, jakby zdrowsze i bardziej naturalne. Jedzenie nie było „zamulające”, a bardzo smaczne aż do ostatniego kęsa. Kto by się tego spodziewał po chińskiej knajpie?! Dlatego wniosek nasuwa się sam: to nie jest tylko kolejna chińska knajpa w Krakowie. To chińska restauracja z prawdziwego zdarzenia.

Plus: pyszne jedzenie, bardzo duże porcje, kompetentna obsługa, niezły wystrój, parking.
Minus: niedopracowane szczegóły (brak serwetek na stole, błędy w menu), dość wysokie ceny, nieuśmiechnięte kelnerki, odległość od centrum (choć dla osób mieszkających w okolicy to oczywiście plus), okropna strona internetowa.
Polecam: na obiad, kolację, spotkanie z przyjaciółmi lub rodziną, na randkę.
Adres: ul. Mackiewicza 14 B | mapawww
Ocena: 8.5/10


Zdjęcia dań zrobione podczas tej wizyty można zobaczyć tutaj.

3 komentarze :

  1. Dokładnie takie same odczucie względem "chińskich" knajp miałem. Wszędzie wszystko smakowało Vegetą. Dopiero niedawno odkryłem w Kielcach lokal XEN. I teraz znowu lubię chińską kuchnię!

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo drogo. Kaczka to już obecnie około 42 zł. Ryż zapiekany 12 zł i tyle samo zupa z owocami morza! Nie znajduję jakiś wyszulkanych smaków. Wolę miejsca gdzie mocniej doprawiają. Niestety nie bedę tu chodzić.

    OdpowiedzUsuń
  3. Te chińskie knajpy, o których Pani pisze t w 99 proc. wietnamskie.

    OdpowiedzUsuń