10 maja 2012

Portucale (Warszawa)

Gdybym mogła, z chęcią przemierzyłabym całą Polskę w poszukiwaniu dobrej portugalskiej restauracji. Nachodzi mnie bowiem czasem ta nieodparta, przemożna wręcz ochota na smak, którego próżno szukać w pobliżu, a który urzeka oryginalnością i zapada w pamięci na zawsze. Ten smak przywołuje najlepsze wspomnienia z podróży – nie tylko dni pełne słońca i ciepłe, letnie wieczory, spacery po calçada portuguesa i wpatrywanie się w ocean, ale cały długi rytuał jedzenia, jedzenia dużo i jedzenia długo, cieszenia się jedzeniem i delektowanie się nim, a na koniec uzupełnianie smaków lampką wina, dobrym deserem, aromatyczną kawą, kieliszkiem ciężkiego Porto czy słodkiego likieru.

Brakuje mi tego w Polsce. Brakuje miejsca, w którym mogłabym się poczuć jak w Portugalii. Dlatego w drodze do Wilna postanowiłam zatrzymać się na jedną noc w Warszawie specjalnie po to, by móc odwiedzić miejsce mogące dać mi choć namiastkę tego, za czym tęsknię. Nie ukrywam, że przed przekroczeniem progu restauracji Portucale, zawiesiłam poprzeczkę bardzo wysoko, a wręcz związałam z tym miejscem moją nadzieję. Nadzieję na restaurację, która w sposób wiarygodny oddawałaby atmosferę Portugalii i zalety jej kuchni, a jednocześnie stanowiła prawdziwy przedsmak tego, co czeka w tym kraju Polaków żądnych nie tylko cudownych widoków, ale także niezapomnianych doznań kulinarnych. 

Przyznam szczerze, że nie takiego wnętrza się spodziewałam. Nie potrafię powiedzieć jak Portucale wyglądała w moim wyobrażeniu, ale ten mrok panujący w kompletnie pustej, dość nowocześnie zaprojektowanej restauracji wcale nie przypominał sympatycznej, słonecznej i kolorowej Portugalii. Po chwili jednak, gdzieś między zimnymi szarościami i odcieniami błękitu, dostrzegać zaczęłam bliskie mi elementy – przepiękne, biało-niebieskie azulejos, zdjęcia z portugalskich winnic i ogromne zdjęcie Padrão dos Descobrimentos (Pomnik Odkrywców) z Lizbony, dumnie widniejący również w logo restauracji. Charakterystyczne czerwone i zielone serwetki na każdym stole i portugalska muzyka wydobywająca się z głośników to kolejne akcenty przypominające o „portugalskości” tego miejsca.

Polski kelner bez większego entuzjazmu przyniósł nam menu i poczęstunek, na widok którego na mojej twarzy od razu pojawił się uśmiech – miseczka pełna oliwek, kilka kawałków chleba oraz cała butelka wspaniałej oliwy Herdade do Esporão. Czuję, że już przeniosłam się do Portugalii, gdzie w każdej restauracji dostaje się taki lub podobny zestaw (często niestety trzeba za niego zapłacić, w tym przypadku tak jednak nie było – i dobrze, bo polscy goście mogliby się zdziwić).

Moje oczy napatrzeć się nie mogły na to menu pełne portugalskich nazw! Co tu wybrać, gdy mogę posmakować wielu znanych mi specjałów, których już od dawna nie jadłam? Postawiliśmy na Caldo verde (14zł), czyli zupę z kapusty, chouriço i ziemniaków – podana w białym, kwadratowym talerzu, gęsta, z kilkoma plasterkami portugalskiej kiełbasy prezentowała się i smakowała rewelacyjnie. Jako przystawka na stole wylądowały cztery pastéis de bacalhau (przyniesione tym razem przez uśmiechniętego Portugalczyka) z wątpliwej świeżości listkiem sałaty i sosem musztardowym (cóż to za pomysł?). Paszteciki (14zł) były świetne, ale sosu nie polecam – po pierwsze, w ogóle nie jest potrzebny, bo paszteciki nie są suche, a po drugie, dosłownie zabija on oryginalny smak bacalhau.

To, co rzuciło mi się w oczy w karcie, to stosunkowo mała liczba dań z suszonym dorszem w roli głównej, na dodatek moje ulubione – Bacalhau à Brás – dostępne jest tylko w menu lunchowym. Widać też, że portugalscy kucharze eksperymentują odrobinę z tradycyjnymi daniami, dostosowując je do polskiego podniebienia, choć wydaje się to tutaj zupełnie niepotrzebne. Przykładowo wybrane przeze mnie danie - Bacalhau à Zezinho (49zł) – to w gruncie rzeczy Bacalhau com natas, tyle że z dodatkiem pomidorów, papryki i oliwek. Oprócz zbyt wygórowanej ceny daniu nie mam nic do zarzucenia – było świetne, przepyszne i niezwykle sycące, ale moje podniebienie stęskniło się za wersją bez warzyw.

Carne de Porco à Alentejana (37zł), którego mogłam spróbować tylko i wyłącznie dzięki uprzejmości mojego portugalskiego towarzysza, który pozwolił mi uszczknąć kilka kęsów, to z kolei absolutny strzał w dziesiątkę – ogromna porcja, przepyszne pieczone ziemniaczki, małże i cudownie miękka polędwiczka wieprzowa komponowały się w danie tak pyszne, że – mówię wam – nawet w Portugalii takiego nie jadłam. Brawo dla szefa kuchni!

Jak niejednokrotnie wspominałam, deser to część najważniejsza, szczególnie w Portugalii! Dostaliśmy osobne, obszerne menu ze słodkościami, które jednak było nam zbędne, bo doskonale wiedzieliśmy, czego chcemy najbardziej i czego za nic w świecie nie da się w Polsce znaleźć – pastel de nata, czyli najlepsze ciastko świata! Ku mojemu największemu zdumieniu i rozczarowaniu, kelner poinformował mnie, niewzruszony, że „dzisiaj już niestety nie mają”. Już? Dzisiaj!? A kto je wyjadł, przecież lokal świeci pustkami?!

Gdy już ochłonęłam i przebolałam fakt, że moja 300-kilometrowa podróż straciła w tej chwili jakikolwiek sens, wybraliśmy z menu dwie inne propozycje - Doce à Portucale (17zł) - pudding waniliowy z bitą śmietaną i kawałkami czekolady, oraz Bolo de bolacha e cafe (15zł). Oba desery oczywiście za słodkie, ale absolutnie wyborne. Espresso marki Torrié zamiast na końcu pojawiło się przed deserami – wielki błąd polskiego kelnera; jestem pewna, że Portugalczyk by na to nie wpadł.

Jednak w obliczu doskonałej kuchni pełnej autentycznych portugalskich smaków wszystkie te niedociągnięcia nie mają dla mnie żadnego znaczenia. Bo tęsknię za miejscem, jakim jest Portucale – mimo, że w kwestii wystroju nie oddaje w stu procentach portugalskiego klimatu, ja czułam się tam jak w Portugalii. Bo smaki, moi drodzy, przenoszą w czasie. Zazdroszczę wam tego miejsca, warszawiacy!

Plus: autentyczna i smaczna portugalska kuchnia, portugalskie elementy wystroju, obfite porcje.
Minus: niezbyt udana lokalizacja, drobne wpadki obsługi, stosunkowo wysokie ceny,  zimny wystrój wnętrza, brak niektórych pozycji z menu.
Polecam: na odkrywanie nowych smaków, randkę, kolację, spotkanie biznesowe.
Adres: ul. Merliniego 2
Ocena: 8/10


2 komentarze :

  1. Dobrze, że Tobie udało się odnieść dobre wrażenie. Ja też byłam w Portucale na pocz. maja w ubiegłym roku i niestety nie było ani żadnej potrawy z bacalhau, ani espady, ani pasteies, tylko pusta ciemna sala restauracyjna. Nie zatrzymaliśmy się na lunch, zimny wystrój, niezbyt przyjazny sztywny kelner i podstawowe braki portugalskiego menu odstraszyły nas. A też uwielbiam Portugalię i jej kuchnię. Na szczęście byłam potem w Porugalii więc najadłam się na zapas.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. Okropne jedzenie. Wszystko pływa w tłuszczu.

    OdpowiedzUsuń