6 czerwca 2012

Marcello (Kraków)


Stało się. Kolejna włoska restauracja w Krakowie. Tak, jakby ich wciąż było mało, jakby się jeszcze nie znudziły i jakby na każdym kroku nadal nie można było zjeść „prawdziwej włoskiej pizzy z prawdziwego pieca opalanego prawdziwym drewnem”.

Ale Marcello ma być inne, bo sygnowane nazwiskiem Magdy Gessler. Robić „rewolucję” restauracji to jedno, otworzyć swoją własną na Rynku Głównym w Krakowie – to już co innego. Bo sława i nazwisko zobowiązują, szczególnie jeśli bierze się udział w programie, w którym niesmaczne spaghetti z impetem ląduje na podłodze, a kiczowate dekoracje bez pardonu zrywane są jednym pociągnięciem ręki.

Środek tygodnia, gorący wieczór. Wchodzimy do piwnic kamienicy „Pod Obrazem”, gdzie gustowny bar świeci bielą, a reszta restauracji świeci pustkami. Kelnerka poleca chłodną salę z ogromnym, powiększającym wnętrze lustrem, w rogu której nieśmiało siedzi grupka młodych ludzi. Na myśl przychodzą mi słowa Magdy Gessler z wywiadu opublikowanego w ostatnim numerze Lounge – że Marcello to miejsce „ewidentnie ekonomiczne” i „nastawione raczej na młodzież”. Otwieram menu, spoglądam na ceny grillowanego steku z polędwicy (64 zł) i krewetek królewskich (52 zł), a za plecami słyszę angielski. Oho! Młodzież – na dodatek zagraniczna.

Ale tutaj zwracam honor – niektóre ceny rzeczywiście są wysokie, ale na inne ci z mniej zasobnym portfelem również będą mogli sobie pozwolić. Niektóre pizze, risotto, sałatki i makarony zjemy już za 22 zł, co faktycznie, biorąc pod uwagę lokalizację, jest ceną do zaakceptowania.


Przemiły, elegancko ubrany i przeszkolony do granic możliwości kelner cierpliwie zapisuje zamówienie, informując uprzednio, że z powodu sporej grupy gości (ciekawe których?) czas oczekiwania nieco się wydłużył. Napoje - woda niegazowana (7 zł, 200 ml) i piwo dla mojego towarzysza (8 zł, 0,3 l), dotarły w tempie ekspresowym, ale na przystawki musieliśmy czekać tak długo, że na naszych twarzach zaczęły malować się miny łudząco podobne do tych, jakie robi pani Gessler gdy w swoim programie przysypia nad stołem w oczekiwaniu na pierwsze dania.

Była jednak pozytywna strona tej sytuacji – przez dobre dwadzieścia pięć minut miałam okazję dokładnie przeanalizować wnętrze Marcello, w którym cegła zestawiona jest z drewnem, błękitne i granatowe pasy mieszają się z kratą, a pobielane, duże blaty nakryte są prosto, lecz całkiem gustownie. Ze ścian patrzą na nas wszystkie wcielenia Sofii Loren, którą znamy między innymi z filmów u boku… Marcello właśnie. Zapach kwiatów (o którym Gessler tak często opowiada) wcale nie unosi się w powietrzu – jedynie zawieszone na srebrnym żyrandolu kolorowe wieńce z dziwacznymi ozdobami dyndają nam nad głowami. Jest jasno, biało-niebiesko, nawet trochę śródziemnomorsko, ale nie czuję tam atmosfery Włoch. Czuję za to, że ten klimat jest stworzony sztucznie, że czegoś mu brakuje – może zieleni, a może promieni toskańskiego słońca wpadającego przez jasne okiennice? Wtedy wnętrze byłoby bardziej przytulnie, a może wręcz doskonałe.

Gdy chrupałam ostatnie już pszenne paluszki (podane w szklanym słoiku), a włoskie utwory wydobywające się z głośników już dawno zdążyły mi się znudzić, postawiono przede mną dwie pięknie prezentujące się przystawki. Tagliere Toscano, czyli deska regionalnych wędlin toskańskich (28 zł) oraz Bruschette Miste – cztery kromeczki wiejskiego pieczywa z pieca, każda z innym dodatkiem: z pomidorami i bazylią, z wątróbką i pietruszką, ze szpinakiem, pieczarkami i gorgonzolą, oraz z karczochami (16 zł). Rozmiar obu przystawek był skandalicznie mały, ale cóż to był za smak! Pieczywo – wyborne, świeżutkie, ciepłe i chrupiące, a prawie każda z grzanek smakowała wyśmienicie. Prawie, bo ta tradycyjna, z pomidorami – aż prosiła się o więcej bazylii i mozarellę. Tagliere Toscano składała się z porywającej liczby dwóch plasterków z każdego z czterech rodzajów wędlin – z czego tylko dwie przypadły mi do gustu, przywołując na myśl wspaniałe salame bergamasco, którego miałam okazję spróbować na północy Włoch.

W oczekiwaniu na dania główne naszła mnie ochota na wino, które zamówiłam już wcześniej, a którego zabiegany kelner nie zdołał jeszcze donieść. Chciałam mu o nim przypomnieć, ale niefortunny układ sali sprawia, że ani my nie widzimy kelnerów, ani oni nie widzą nas. Kieliszek całkiem niezłego białego vino della casa (12 zł, 150 ml) pojawił się na stole niedługo po tym, jak przed oczami ukazały mi się dwie dorodne krewetki pomysłowo włożone w masę pomarańczowego ryżu, czyli Risotto Almarie – z krewetkami na rosole z homara (28 zł). Świetne, sycące danie o bardzo wyraźnym smaku krewetek sprawiło, że nie wiedziałam, co jest lepsze – to, czy może danie mojego przyjaciela, który zajadał się Tagliata di roast beef (38 zł). Uszczknęłam sobie troszeczkę – bardzo miękkie, soczyste mięso wraz z rukolą, czosnkiem, parmezanem i pomidorkami koktajlowymi smakowało naprawdę nieźle, a ziemniaki pieczone z czosnkiem i rozmarynem (Patate al Forno, 7 zł) były jednymi z najlepiej przygotowanych ziemniaków jakie jadłam.

Z kolei najdroższym tiramisu w moim życiu było właśnie to w Marcello – 24 zł, czyli równowartość niejednego dania głównego jest ceną co najmniej wygórowaną, tym bardziej, że deser nie wyróżniał się niczym szczególnym. Owszem – był ładny, delikatny, posypany cudowną chmurką z kakao, ale jako że podany był w stożkowym kieliszku, biszkoptu na dnie było rozczarowująco mało, a do tego był zbity i niesmaczny. Patrząc na inne, kompletnie nieciekawe i w większości drogie desery na osobnej (zmiętej już) karcie, trzeba przyznać, że w tej kwestii lokal w ogóle nie zachwyca.

Marcello jest zaskakująco zróżnicowane cenowo – z jednej strony w menu znajdziemy dania w bardzo atrakcyjnej cenie, a z drugiej restauracja wyraźnie nastawiona jest także na zamożnych klientów mogących sobie pozwolić na drogą kolację. Jedno jest jednak pewne – rzadki w Polsce zwyczaj doliczania 10 % do każdego rachunku dla wielu jest co najmniej oburzający, a z pewnością zniechęcający. A szkoda, bo pomimo paru niedociągnięć i dość wymuszonego klimatu jest to ciekawe miejsce ze smacznym jedzeniem. Może nie „jak u mamy”, ale pewnie „jak u Włocha”. 

Recenzja tej restauracji pojawiła się także w magazynie Lounge - www.loungemagazyn.pl (#42, str. 34)



Zdjęcia pozostałych dań można obejrzeć tutaj.

3 komentarze :

  1. chcialem sie tam wybrac, ale dla mnie dyskwalifikujacy jest fakt pobieranie przymusowego 10% napiwku, ktory jak sadze trafia do kieszeni wlasciciela lokalu, a nie do tych do ktorych powinien, czyli obslugi, to drugie takie miejsce o ktorym wiem, po sieci restauracji Awiw

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. trafiony-zatopiony, z serwisem tak jest, złodziejstwo!

      Usuń
  2. http://www.tvn.pl/showbiz/kultowy-show-kulinarny-na-antenie-tvn-zglos-sie,47571,934.html


    Serdecznie zapraszamy na casting do nowego programu tvn MasterChef !

    OdpowiedzUsuń