29 czerwca 2012

Zakazane Miasto (Kraków)

Po wizycie w tym miejscu, nie sądziłam, że w Krakowie jest w stanie mnie coś jeszcze zaskoczyć. Po wizycie w Zakazanym Mieście okazuje się, że są jednak rzeczy na niebie i ziemi, o których nie śniło się Aniom. Zastanawiałam się, czy w ogóle pisać tę recenzję – nie chcę i nigdy nie chciałam nikomu zaszkodzić. Sumienie uciszyłam przeświadczeniem, że antyreklama to również reklama i postanowiłam podzielić się z wami moją krótką relacją z Zakazanego Miasta, właścicielom dając jednocześnie motywację do zmian, a potencjalnym klientom ostrzeżenie, bo to powinna być Zakazana… Restauracja.

Dokonałam rezerwacji stolika telefonicznie dwa dni wcześniej, ale nikt nie zapytał mnie ani o numer telefonu, ani o nazwisko. Gdy dotarliśmy na miejsce, sala była prawie pełna, a rezerwacja nie była oznaczona na żadnym z ostatnich wolnych stolików, więc dziwi mnie, że nie poproszono mnie o dane, bo najwyraźniej lokal wcale nie świeci pustkami. Nie wiem jakim cudem, bo z zewnątrz wygląda tak, że nigdy bym do niego nie weszła, gdybym nie miała w ręku kuponu zniżkowego (kupionego zresztą nieco pochopnie i za namową kogoś, kto i tak ze mną ostatecznie się tam nie wybrał – pozdrawiam go z tego miejsca!). 

W środku – wszechobecny róż. Tak, ściany są r ó ż o w e. Gdzieś wisi chińska (w znaczeniu: odnosząca się do Chin) flaga, gdzieś indziej jakaś czerwona ozdoba chińska (w znaczeniu: wyprodukowana w Chinach); totalne bezguście widać na każdym kroku. To nie jest nawet kwestia tego, że właściwie nie ma ładnych chińskich restauracji (o czym pisałam tutaj), ale tego, że ten lokal wygląda tak, jakby ktoś otworzył restaurację w swoim garażu. Sala jest ogromna; kilka okrągłych, wielkich stolików na środku, kilka mniejszych pod oknami, wszystko byle jak porozdzielane nieco wykrzywionymi już parawanami, a okna "zdobią" wątpliwej jakości i niemiłosiernie brzydkie szarawe firanki.

Dostajemy menu i po przejrzeniu kilku stron jestem pewna, że przed wydrukowaniem nikt nie przeczytał tego, co napisał; masa kuriozalnych błędów pokroju „DISH WITH FISH ANF SEA FOOD” jest tego dowodem (a z kolei dowód na ten dowód znajdziecie na stronie internetowej). Po przeanalizowaniu cen i zdaniu sobie sprawy, że te same pozycje zjem w centrum o kilka lub kilkanaście złotych taniej, składam zamówienie u mało sympatycznej Polki: sajgonki (4,90, 2 szt.) i kaczka z mandarynkami (30zł). Osoba towarzysząca zdecydowała się na wołowinę w sosie ostrygowym (22zł) z frytkami (4zł). Te ostatnie przyniesiono kilka minut przed podaniem przystawki (!), a przy donoszeniu herbaty zapytano mnie, czy będzie potrzebny cukier.

Wszystko wskazywało na to, że nawet obsługa tu kuleje, więc to w daniach była cała nadzieja. Ta jednak prysła jak bańka tłuszczu na przypalonym woku, gdy skosztowałam sajgonek, które wbrew obietnicom niemal nie miały mięsnego nadzienia. Chciałam zrobić zdjęcie, ale aż głupio mi było wyciągać aparat i tuż przed barem pretensjonalnie dokumentować tę wpadkę. Próbowałam więc dokończyć to chrupiące wprawdzie, ale okropne ciasto z marchewkowym farszem. Zamiast plastrów pokaźnej piersi kaczki przełożonych mandarynkami (bo tak wyobrażałam sobie moje danie), moim oczom ukazały się strzępki kaczki (miękkiej, to fakt), z mnóstwem surowych, wielgachnych kawałków warzyw i dosłownie sześcioma kawałkami mandarynki (oczywiście z puszki), a wszystko w pikantnym sosie bez absolutnie żadnego wyróżniającego się smaku. Bardzo przeciętne surówki przyniesiono kilka minut po daniu głównym, po czym polska kelnerka nie interesowała się już naszym stolikiem, znacznie utrudniając poproszenie o rachunek i opuszczenie tego przedziwnego miejsca. A uwierzcie mi, chcieliśmy opuścić je przed zamknięciem, bo jeśli nie, to – jak ostrzega każda strona menu – dopłacamy 50zł za każdą rozpoczętą godzinę pracy kelnerów. Śmiech na sali!

Podczas tej wizyty próbowałam doszukać się czegokolwiek, co podniosłoby ostateczną ocenę i sprawiło, by ta recenzja nie miała aż tak negatywnego wydźwięku, i… znalazłam! Przeuroczą, uśmiechniętą i sympatyczną Chinkę, jedną z kelnerek (a może też właścicielkę?). Niestety zmieniłam zdanie, gdy usłyszałam przybarową dyskusję i negocjacje z jej udziałem dotyczące należności za doniczkę, którą wcześniej przypadkiem zbił syn jednej z klientek. Ostatecznie daję 1/10, bo jedzenie było zjadliwe i nie czuję się po nim źle, a sądząc po liczbie klientów niektórym nawet smakuje, niestety cała reszta to porażka na całej linii. Przykro mi!

Plus: brak.
Minus: wystrój, obsługa, jedzenie, ceny, podejście do klienta.
Polecam: nie polecam.
Adres: II Pułku Lotniczego 47a.
Ocena: 1/10


6 komentarzy :

  1. Niesłusznie masz wyrzuty sumienia. Takie miejsca TRZEBA opisywać, bo nie pisząc - czynisz bliźniemu co Tobie niemiłe. Niech ludzie wiedzą, że zostaną naciągnięci! Ja kiedyś też miałem opory, ale po pewnym artykule dostałem piany i wylałem swoje racje, pozwolisz, że wrzucę link: http://streetfoodpolska.blogspot.com/2012/02/karm-dobrze-albo-gin-czyli-polemika.html

    Pozdrawiam i czekam na następne recenzje

    OdpowiedzUsuń
  2. Zabieram się do czytania. :-)
    Dzięki za komentarz. Faktycznie mam wyrzuty sumienia. Przyjechali sobie do Polski, by zarobić na chleb i jakieś normalne życie, ale im nie wychodzi. Nie dlatego, że nie chcą, ale dlatego, że nie potrafią. Żal mi ich po prostu. No ale, kurde, trzeba mieć jakieś pojęcie o tym, co się otwiera i jak to ma funkcjonować. Trzeba mieć też szacunek do klienta.

    Tak w ogóle to często jak przechodzę obok FastFoodów w Krakowie, myślę sobie o StreetFoodPolska. Powinieneś się tu na jakiś czas przeprowadzić, abyśmy się uzupełniali. ;-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Aniu, chętnie :))) Pozdrawiam
    p.s. Dam znać gdybym się wybierał do Kraka, a muszę, bo tylko kilka miejsc miałem okazję zrecenzować, a przecież tyle tam jest fast foodów do zjedzenia :)
    pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  4. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  5. Bardzo odradzam , najgorszy ,,chińczyk ,, jaki jadłam a ceny wysokie,jadłam specjalność 3 rodzaje mięsa na gorącym półmisku, pomijam fakt , że mięso było w środku surowe i po zabraniu porcji przez kelnerkę , wróciło to samo tylko trochę podduszone, mięso nie smaczne o dziwnej hm.. nie wiem jak to nazwać konsystencji -strukturze , maleńkie kawałki jakby z resztek po innych podane, wołowiny na pewno w tym nie było (w karcie widniało jako jeden z rodzajów mięsa) Nie polecam , zdecydowanie.. nie wiem jaki cudem oni w ogóle funkcjonują.tak myślę ... myślę i jak Boga Kocham nie jadłam gorszego żarcia na mieście...

    OdpowiedzUsuń
  6. juz nie ma tej restauracji, sala rzeczywiście wyglądała jak garaż. Pewnie dlatego, że wcześniej w tym miejscu był salon samochodowy. Właścicielka podzieliła tą sale na części, i tak powstala restauracja. Jedyne co mi smakowało tam, to była herbata jaśminowa. Jedzenie było dość drogie. Przypomina mi się właśnie obiad, na który zostałam zaproszona z kolegą w ramach podziękowania za pomoc właścicielce, za obiad musieliśmy sami zapłacić. Dziwnie chińczycy pokazują wdzięczność.

    OdpowiedzUsuń

Spodobał Ci się tekst? A może nie zgadzasz się z moją opinią? Chętnie poznam Twoje zdanie!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...