18 lipca 2012

Buddha (Katowice)


Wchodząc do restauracji Buddha w Katowicach, spodziewałam się innego świata, bo Indie to przecież inny świat – bardziej błyszczący, bardziej barwny, bardziej radosny. Tymczasem wnętrze okazało się nieciekawe, a wręcz pustawe, a te piękne, kolorowe zdjęcia na stronie internetowej najwyraźniej przedstawiały tylko warszawski lokal.

Po kilku minutach zaczynamy dostrzegać jednak piękne elementy wnętrza – gdzieś pośród ciepłych odcieni żółtych i fioletowych ścian, zauważamy misternie rzeźbione drewno, kamienne indyjskie płaskorzeźby, Budda tu, Budda tam, mandale, świeczki… Jakiś klimat jest, ale jest go za mało, bo Indie to przecież nadmiar, obfitość, ozdoby; i jak pokazuje lokal w Warszawie, da się to zrobić w dobrym guście.

Miła kelnerka bardzo szybko podała nam przepięknie oprawione karty dań z wizerunkiem Buddy w padmasanie, czyli w pozycji kwiatu lotosu – taki sam, ale w wersji 3D, wita nas tuż przy wejściu (a jest naprawdę imponujący). Miałam chyba zły dzień, bo bardzo długo nie mogłam zdecydować się, czego chcę. Wybór dodatkowo utrudniały ceny, bo dania z kurczaka w okolicy 30-35zł to przecież przesada. W końcu dojrzałam idealny zestaw dla mnie: Mix grill sizzler (40zł), czyli kurczak, jagnięcina i ryba pieczone w piecu Tandoor. Cena też nie zachęcała, ale przyjęliśmy dobrą taktykę – na początek przystawki, a danie główne podzielimy na dwie osoby.

Ta decyzja nie mogła być lepsza, bo porcja była ogromna. Zresztą nie tylko moja, bo gorący półmisek brata pełen łososia z pieca tandoori (Fish Tikka, 35zł) też robił wrażenie (no i danie było przepyszne!). Kurczak jak kurczak, ale dzięki przyprawom indyjskim pozytywnie wyróżniał się od reszty kurczaków i zaskakiwał smakiem, jagnięcina była oryginalna i smaczna, a ryba po prostu poprawna. Całość serwowana na żeliwnym talerzu, a talerz z kolei był umieszczony w drewnianej desce. Najpiękniej jednak podana została przystawka – na przeuroczej, srebrnej tacce z ozdobnymi złotymi uchwytami. Aloo Tiki, bo tak nazywają się indyjskie placki ziemniaczane (12zł), w liczbie 6 sztuk pojawiły się na stole dość szybko, ale nie dość szybko znikały. Można było wyczuć w nich zbyt dużą ilość bułki i/lub mąki, przez co stawały się mdłe i zupełnie nieciekawe, mimo bogactwa indyjskich przypraw i odrobinę pikantnego smaczku. Jak odkryliśmy później, smakowały o niebo lepiej w towarzystwie sosu jogurtowego – szkoda, że nie wpadł na to kucharz, a sos musieliśmy podkradać od znajomych. Pozytywnym zaskoczeniem było to, że dokładka sosów miętowy, jogurtowy i śliwkowy (a może z tamaryndy?) była gratis, za co duży plus.

Niestety zupy Dal z soczewicy (11zł) nic nie było w stanie uratować – była mdła, nijaka, po prostu okropna i w ogóle nie indyjska, brakowało w niej tak uwielbianych przez nas aromatów charakterystycznych dla tej kuchni. Znajomi ze swoich zup (zupa z kurczakiem i z warzyw) też nie byli zadowoleni, a gdy dałam im spróbować mojej, określenia, które padły, były zbyt nieprzyjemne, by je tu zacytować. Kolejnym wielkim rozczarowaniem była masala chaai, czyli słodka indyjska herbata z mlekiem, kardamonem i imbirem, nad którą tak zachwycałam się na przykład tutaj, w Buddha była totalną klapą – nie czuć było absolutnie żadnych przypraw, była nieposłodzona, a całość zostawiała bardzo nieprzyjemny, gorzki posmak na podniebieniu. Nie sądziłam, że tę herbatę można zepsuć – lepsza byłaby ta z torebki, którą mam w domu!

Żeby nie było tak tragicznie, na koniec powiem wam, że wart uwagi jest pyszne tradycyjne indyjskie pieczywo, czyli chlebek plain naan (6zł), który doskonale komponuje się z którymkolwiek indyjskim daniem i jest świetny jako przystawka, ale niestety nie podano do niego sosów. Można wybrać jednak wersję z masłem lub z masłem i czosnkiem, ale w tym ostatnim przypadku cena wzrasta o 4zł, co, przyznajcie sami, jest dość dziwne. Jednak nie tak dziwne jak organizowanie pokazów tańca brzucha w indyjskiej restauracji (co zobaczyłam na Facebookowym profilu). No kaman, arabski taniec u boku Buddy?!

Plus: niektóre bardzo smaczne dania, miła obsługa, pokaźnie porcje.
Minus: koszmarna herbata indyjska, niedopracowane wnętrza, mało aromatyczna kuchnia, wysokie ceny.
Polecam: na chlebek naan, dania z pieca Tandoori.
Adres: ul. Drzymały 9 (zobacz mapę)
Ocena: 5.5/10


 Więcej zdjęć z tej i innych restauracji można obejrzeć tutaj.

4 komentarze :

  1. Jako była tancerka brzucha powinnaś wiedzieć, że dla Polaków Orient to Orient. Gdyby strój do flamenco odkrywał brzuch, to możesz być pewna, że zostałby wrzucony do tego samego worka. Ale tego problemu na pewno nie ma w sosnowieckiej restauracji indyjskiej (pardon, nazwa wyleciała mi z głowy, ale chyba jest tylko jedna), bo właścicielem jest konsul Bangladeszu :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Co fakt, to fakt. :-)))
    A to chyba masz na myśli Bombaj Tandoori? Oni owszem, organizują imprezy Bollywood, i są to imprezy Bollywood, a nie belly dance. ;-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Super stronka,tego właśnie szukałem gdzie na śląsku można dobrze zjeść :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Jestem stałą bywalczynią tej knajpki i powiem szczerze że jedzonko jest wyśmienite szczególnie pikantny kurczak z pieca lub kurczaczek w sosie nerkowców i chilli (oryginalnych nazw dokładnie nie pamiętam, nie polecam pierożków mdłe i nijakie, a jeśli chodzi o ceny to wydaje mi się że są takie jak w większości lokali...

    OdpowiedzUsuń