12 lipca 2012

Charlotte (Kraków)



Zastanawialiście się kiedyś jak wielką siłę ma język francuski? Szczególnie można to zauważyć w restauracyjnych kartach dań, gdzie każdą pozycję wystarczy przyozdobić francuskim tłumaczeniem, by robiła wrażenie. Pod szyldem français wcisnąć nam można wszystko i obawiałam się, że tak będzie i w tym przypadku – francuska otoczka, ładne nazwy, eleganckie wnętrze i wabienie tych, którzy ślepo podążają za tym, co modne.

W opinii zagorzałych przeciwników wszystkiego, co odniosło sukces, można było jedynie znaleźć dodatkowe powody do moich obaw: że to lansersko-snobistyczna kawiarenka, miejsce spotkań śmietanki towarzyskiej, trendsetterów, ludzi mediów, designerów oraz hipsterów z MacBookami, najlepiej Pro. Spotkałam się też z oburzeniem mieszkańców Krakowa: że po co nam warszawskie knajpy, że to się tutaj nie przyjmie, że Kraków ma swoją dumę i że nie ma tu miejsca na pseudohighlife stolicy.

A wiecie co? Ja mam to wszystko gdzieś! Chcę po prostu miło spędzić czas i zajadać się dobrymi rzeczami. Wprost uwielbiam te kraje, w których ludzie potrafią oddać się przyjemności jedzenia na świeżym powietrzu i delektowania się nim godzinami z lampką schłodzonego wina w dłoni. Zawsze, gdy przechodziłam obok, Charlotte tak mi się właśnie kojarzyła – z paryską boulangerie czy portugalską pastelarią. Ale widząc niewiarygodne tłumy oblegające lokal, zawsze zadowalałam się jedynie ożywionymi wspomnieniami z podróży. Aż w końcu odważyłam się wstąpić.

Z miejsca zapomniałam o wszelkich uprzedzeniach – już przy wejściu pomogły mi w tym uśmiechające się do mnie tartaletki z truskawkami i stosy świeżych croissantów. Jako że dzień był pochmurny i deszczowy, usadowiłam się na antresoli i z zaciekawieniem oglądałam menu, które sprawiło, że miałam ochotę skosztować dosłownie wszystkiego. Wystrój jest trochę surowy (nie wiem skąd ta moda na eksponowanie rur?), ale jednocześnie elegancki. Wnętrze jest jasne, a przez wielkie okna oglądać można calutki Plac Szczepański. Z góry miałam widok na ladę zastawioną wymyślnymi kanapeczkami i francuskimi słodkościami, półki z równo poukładanymi słoiczkami domowych przetworów i drewniane regały pełne świeżych bochenków chleba.

Tego ostatniego nie można było pominąć, bo to podobno jeden z głównych atutów tego lokalu. Na stronie internetowej przeczytamy, że chleb w Charlotte jest pieczony na miejscu (istotnie, dwa poziomy pode mną mieści się piekarnia), „na zakwasie ze skórek ekologicznie uprawianych winogron”. Na zakwasach ze skórek winogron się nie znam – wybaczcie – ale wiem, jak prawdziwy, zdrowy chleb powinien wyglądać, i zestaw śniadaniowy w postaci koszyczka pieczywa spełnił moje oczekiwania w stu procentach. Chleb był świeży, dobrze wypieczony, sowicie nafaszerowany orzechami i innymi pysznościami. W cenie 18 zł otrzymałam trzy rodzaje pieczywa podane w uroczym koszu, oraz croissanta, który, bez cienia wątpliwości, był najlepszym croissantem jaki jadłam; jednocześnie delikatny, chrupiący i dosłownie rozpływający się w ustach!

W zestawie było też gotowane (można wybrać sadzone) jajko z wolnego wybiegu, sok wieloowocowy (tu zwykły Cappy 0,2 l, świeżo wyciskany robiłby jednak lepsze wrażenie), oraz do wyboru coś na słodko (domowej roboty konfitura pomarańczowa, truskawkowa, mus malinowy) lub coś na jeszcze bardziej słodko (czekolada mleczna, czekolada biała, miód lawendowy). Konfitura i niezwykle aksamitna czekolada przynoszona jest w słojach z drewnianą szpatułką i nie znika ze stołu aż do końca posiłku – każdy może zjeść tyle, ile zechce. Jednocześnie prosta i pyszna konfitura o zaskakująco wyrazistym pomarańczowo-cytrynowym smaku pełna kawałków pomarańczy w połączeniu ze świeżym chlebem z orzechami okazała się idealnym wyborem.

Obsługiwała nas przeurocza kelnerka o francuskiej urodzie (może za bardzo udzielił mi się paryski klimat?), której trudno było ukryć tremę i z odrobinę przesadzoną, ale rozczulającą troską przepraszała za każdą najmniejszą wpadkę. Niosąc w nieco trzęsących się rękach tace pełne naczyń, dzielnie wspinała się po stromych, spiralnych schodach. Musiała robić to kilkakrotnie, bo albo zapomniała cukru, albo przypraw, albo donosiła kolejne porcje, bo moja wizyta nie mogła zakończyć się na koszyczku pieczywa – tak naprawdę od niego się dopiero zaczęła.

Jambon Gruyère, czyli kanapka na ciepło z pieczywa Charlotte z serem gruyère, gotowaną szynką i pesto z rukoli (10 zł) wyglądała dość przeciętnie, ale już po pierwszym kęsie ten chrupiący chleb z przepysznym serem i pastą o intensywnym smaku rukoli pozytywnie mnie zaskoczył. Jednak odkryciem dnia okazała się tartine z mozarellą i tapenadą z czarnych oliwek (10 zł) mojego towarzysza (on to ma zawsze nosa do lepszych wyborów!), której smak prawdziwie mnie zachwycił.

Pewnie myślicie, że na tym koniec? Sympatyczna kelnerka też tak myślała, ale ja musiałam, po prostu musiałam! spróbować croque-monsieur (13 zł). To podobno na tej zapiekanej kanapce z szynką, sosem béchamel i serem gruyère wzorował się Portugalczyk Daniel da Silva, który po powrocie z emigracji we Francji stworzył francesinhę, dziś szczególnie sławną na północy Portugalii. Chrupiący, sycący i smaczny croque-monsieur w Charlotte podawany jest z sałatką z pomidorkami koktajlowymi.

W ramach deseru (zaraz, deseru? po śniadaniu?) nie mogłam odmówić sobie tej tartaletki z truskawkami (10 zł), która przywitała mnie przy wejściu. Okrąglutka, krucha, posmarowana słodkim (jak dla mnie odrobinę za słodkim) kremem i obficie udekorowana soczystymi truskawkami. No i kawa, espresso oczywiście (5 zł), bo to taka moja osobista mania sprawdzania, gdzie w Krakowie dają dobre espresso. Takich miejsc jest zaskakująco mało, a Charlotte, jak się okazało, z pewnością do nich należy – mocna kawa w nienagannych proporcjach, i w dodatku stosunkowo tania, była wymarzonym zwieńczeniem tego śniadania. Skończyłam jeść grubo po dwunastej i biorąc pod uwagę obfitość posiłku, raczej nie będę głodna przez następne dziesięć godzin. Jakbym jednak miała ochotę na powtórkę, wiem, że wieczorem znowu mogę wstąpić do Charlotte – śniadania podają tam do dwudziestej trzeciej.

Jedno jest pewne: krakowskie knajpy pojawiają się jak grzyby po deszczu i równie szybko znikają. Ta jednak miała wielki start – dzięki świetnej reklamie Charlotte stała się modna zanim jeszcze została otwarta. Wielu jednak wróży jej upadek zaraz po tym, jak wrzawa nieco ucichnie a emocje opadną. Te jednak nadal są silne, żywe i… bardzo różne. Ja do Charlotte będę wracać – na croissanta przelotem, na dobre espresso, może nawet na wino, na które teraz, z uwagi na wczesną porę, jeszcze się nie skusiłam. Daleko mi jednak do „hipsterskiego lansu” i mam nadzieję, że Kraków nie pozwoli na to, by Charlotte stała się tym, czym, być może, jest już w Warszawie – miejscem, w którym się bywa, zamiast miejscem, w którym się jest przede wszystkim z miłości do dobrego jedzenia i francuskiej kuchni.

Moja opinia o Charlotte pojawiła się również w magazynie Lounge (#43, str. 38-39).





 Wszystkie zdjęcia tutaj.

6 komentarzy :

  1. Artykuł przeczytałam, bardzo przyjemnie się go czytało. Gratulacje! Tak więc Kraków muszę w te wakacje odwiedzić :) Koniecznie muszę wstąpić do tej restauracji. Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
  2. Esta aprovado. Fui la hoje comer uma tosta e um cafe. E uma adaptacao do "Le pain quotidien " mas muito bem feita. O servico ainda esta um pouco confuso e demorado, talves devido a um staff muinto jovem e inexperiente. Mas o pao e muinto bom, a praca e " coquette ", e o espaco bastante covitativo :)

    MIGUEL MOREIRA

    OdpowiedzUsuń
  3. "Chcę po prostu miło spędzić czas i zajadać się dobrymi rzeczami." AMEN :) Bardzo mi się to stwierdzenie podoba, miło wiedzieć, że ktoś myśli podobnie ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Bardzo fajna recenzja! Ja również jestem fanką Charlotte, choć wole te dania "na zimno" niż "na ciepło". Śniadanie z chlebkami i konfiturami to mój TOP! :) Również na pewno będę wracać. Może uda się, żeby Charlotte nie zniknęła z naszego krakowskiego menu śniadaniowego. :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Dla mnie wizyta w Charlotte okazała się jednym wielkim rozczarowaniem - niestety nie mogę napisać w zasadzie nic pozytywnego. Zajrzałam tam na sobotnią kawę - obsługa była fatalna (młodziutki kelner bardziej zainteresowany własnym telefonem i pogaduszkami z innymi kelnerkami niż klientami, na dodatek w niezbyt czystym t-shircie i wręcz brudnym fartuchu), przepalona kawa, a najgorsza była tarta cytrynowa. Ciastko nie powinno nigdy trafić do klienta - spód z kruchego ciasta był kompletnie surowy (konsystencja i smak plasteliny), krem niewiele lepszy - mdły i wyczuwalnie tłusty. Po spróbowaniu kawałka zwróciłam kelnerowi uwagę, że spód jest niedopieczony i całość nie nadaje się do jedzenia - zabrał talerzyk, z informacją "dobrze, przekażę". I tyle. Tarta oczywiście została doliczona do rachunku - bez przeprosin, bez zaoferowania czegoś innego - choćby suchego croissanta!
    Dolnemu poziomowi kawiarni przydałoby się sprzątanie - owszem, charakter całości jest luzacki i ma wyglądać jak zaplecze piekarni, ale tam było zwyczajnie brudno.
    Podsumowując - szczerze odradzam. Polecam za to Tribecca Coffe kilka kamienic dalej - w kamienicy Szołayskich. Dobra obsługa, pyszna kawa, rewelacyjne ciasto marchewkowe. I czyściutko!

    OdpowiedzUsuń