13 lipca 2012

Corleone (Kraków)


Nie cierpię upałów, ale kocham ciepłe wieczory. I bardzo lubię restauracje z ogródkami, szczególnie z takimi, których nie widać z ulicy, które chowają się gdzieś w podwórzu i w których można skryć się wieczorem w dobrym towarzystwie z lampką schłodzonego wina i udawać, że jest się na wakacjach. 

Corleone ma taki ogródek i szczęśliwym trafem wybrałam się tam właśnie w jeden z ciepłych letnich wieczorów. Atmosferę w ogródku tworzył zarówno delikatny dźwięk opadającej wody w małej fontannie, jak i relaksująca muzyka, i choć raz słychać było bossa novą, raz George'a Michaela, a innym razem indyjski sitar, to pomieszanie kultur wyjątkowo mi nie przeszkadzało. Wokół wielkie, zielone, drewniane okiennice (i białe – maleńkie i urocze) na tle mocno pomarańczowych ścian z fragmentami odkrytego starego muru, niewielkie latarenki nad każdym pobielonym stolikiem, przeurocze przyborniki na przyprawy zwieńczone świeczką i… jedyny mankament: okropnie brudny plastikowy dach, ale kto patrzy w górę, jeśli przed sobą ma takie dania?

Bardzo uprzejmy kelner o bezbłędnych manierach najpierw przyniósł darmowy poczęstunek – dwie cieniutkie, chrupiące grzanki posmarowane po połowie pyszną tapenadą z zielonych i czarnych oliwek. Niedługo potem do stołu dotarła roladka z bakłażana nadziewana serem provolone na aromatycznym sosie ze świeżych pomidorów – maleństwo, ale kosztuje zaledwie 6 zł, warto się skusić. Następnie zabrałam się za polędwiczki wieprzowe (brakowało im trochę miękkości) z jabłkiem i figami (36 zł), a uzupełnieniem tego dania była sałatka z pomarańczy, grejpfruta, kopru włoskiego z grzankami z gorgonzolą (24 zł) – te ostatnie bez zarzutu, bo były cieniutkie, chrupiące, z wybornym serem, natomiast sałatka była dla mnie odrobinę za gorzka. Danie głównecze słodkimi figami i upieczonym w punkt jabłkiem jednak świetnie zharmonizowało smaki. 

Patrząc na minę mojego towarzysza, któremu oczy wychodziły z orbit po zobaczeniu swojego dania, można było wysnuć wniosek, że nie tylko jest zadowolony, ale wręcz wniebowzięty. Po spróbowaniu steku Florentino (70 zł) zrozumiałam dlaczego. Nie dość, że był gigantyczny, to był po prostu idealny – miękki, soczysty, pełen smaku. Jedynym minusem była stosunkowo mała porcja ziemniaka zapiekanego z beszamelem (7 zł), choć w przypadku tak dużej ilości mięsa trudno mówić o mało sycącym daniu.

Wino się kończyło, powoli zapadał zmrok, a my… skusiliśmy się jeszcze na crème brûlée –słodkie ukoronowanie tej kolacji. Kolacji, którą chętnie powtórzę!

Plus: świetna obsługa, przyjemna atmosfera.
Minus: małe niedociągnięcia pod względem smaków, zaśmiecony przezroczysty dach.
Polecam: na romantyczną kolację, spotkanie z rodziną i z przyjaciółmi.
Adres: ul. Poselska 19 (zobacz mapę)
Ocena: 8.5/10




 Bądź na bieżąco:

4 komentarze :

  1. Dobre mięso, to rzadkość, dlatego cieszy, kiedy słyszy sie o miejscu, gdzie jest ono dobre i soczyste. Niedawno pisałyśmy o tym też na naszym blogu.

    pozdrawiamy serdecznie

    tapenda

    OdpowiedzUsuń
  2. Witam, miałem okazję skosztować tam ostatnio owoce morza, również rewelacja, poza tym na prawdę sympatyczny lokal

    OdpowiedzUsuń
  3. Ostatnio zamówiłem wyjątkowo pyszny krem z groszku oraz stek wołowy T-Bone. Można zjeść zdecydowanie po włosku;)

    OdpowiedzUsuń