14 sierpnia 2012

Samui (Kraków)


Nigdy nie byłam ani specjalistką od kuchni tajskiej, ani jej miłośniczką. Tak naprawdę nie miałam wiele okazji do spróbowania tajskich potraw i niespecjalnie mnie do nich ciągnęło, a kojarzyły mi się one tylko i wyłącznie z pikantnością nie do zniesienia. Obejrzany przypadkiem odcinek „Kuchennych Rewolucji”, w którym zobaczyłam stół zastawiony przepięknie podanymi, kolorowymi i obfitymi potrawami przekonał mnie do wizyty w Samui.

Oprócz tych ślicznych potraw, które zapadły mi w pamięci, zwróciłam też uwagę na ciekawe i kolorowe wnętrze, jednak rozczarowałam się, gdy zobaczyłam tę małą salkę na żywo. Intensywne kolory i wakacyjne wibracje to w rzeczywistości dość kiczowate, nieprzemyślanie rozmieszczone kolorowe gadżety, które z bliska wyglądają po prostu… sztucznie, a do tego w atmosferze kiepskiej i naprawdę za głośnej muzyki przypominającej tajskie disco-polo. Nienaturalne storczyki, sucha palma, zupełnie niepraktyczne szmatki na stołach, kiepskiej jakości lampiony prosto z odpustu i złotawe gorsety kelnerek bardzo mnie zawiodły. To po prostu nie moje klimaty, choć pomysł ogromnej fototapety, uroczych lusterek i zdjęć kucharki Vipady Yimcharoen na ścianie jest trafiony.

Górna sala była pełna, ale nie wszyscy jedli tajskie przysmaki – obok nas dwójka turystów popijała piwo (musieli nieźle zabłądzić, by przyjść po to do tajskiej restauracji). Jedyne wolne stoliki były dokładnie naprzeciwko wiejącej na pełnych obrotach klimatyzacji, mimo że na zewnątrz pogoda była w pełni jesienna. Kelner na moją prośbę niechętnie ograniczył chłodny nawiew i choć niewiele to pomogło, przynajmniej ryzyko zapalenia pęcherza odrobinę się zmniejszyło. 

W dość długim i ciekawym menu szczególnie przyciągają uwagę pozycje z owocami morza i homar, którego trzeba zamówić z wyprzedzeniem (pomysł fajny i zachęcający, ciekawe tylko czy wart swojej ceny - 185 zł?). Zamówiliśmy zupę z owocami morza i mleczkiem kokosowym (24 zł), która w gruncie rzeczy była zupą pieczarkową, bo jakieś siedemdziesiąt procent niewielkiej miseczki zajmowały właśnie one, a drugie dwadzieścia czerwona cebula plus ogromne ilości liścia laurowego i świeżej pietruszki. Zdziwiona, zapytałam uśmiechniętą i sympatyczną kelnerkę, czy przypadkiem nie zaszła pomyłka, bo w karcie, o ile zdołałam sobie przypomnieć, jest na przykład zupa krewetkowa z grzybami. Ku zdziwieniu mojego towarzysza, który ani za cebulą, ani za pieczarkami nie przepada, kelnerka odparła, że wszystkie zupy bazują na pieczarkach. Cóż, takiej informacji w menu nie ma, a chyba powinna się pojawić skoro jest ich tam aż tyle? Sama zupa smakowała świetnie, choć mleczka kokosowego właściwie nie było czuć, ale i tak najlepsze były w niej krewetki – przyrządzone wprost genialnie! Szkoda tylko, że w całej zupie znalazłam tylko… dwie.

Trzy smaki nieba (69 zł) to nazwa naszego dania głównego, które składało się z trzech różnych propozycji estetycznie podanych w osobnych białych miseczkach na okrągłej drewnianej tacy i porcji ryżu jaśminowego podanego osobno dla każdej z osób. Pierwsze z dań, smażony kurczak z orzeszkami nerkowca było pyszne – mięso smakowało wybornie, a orzeszki świetnie się z nim komponowały. Drugie to wieprzowina w sosie czosnkowym – świetnie przyrządzona, z dość dużą ilością czosnku i pikantnym sosem chilli, na szczęście podanym na osobnym spodeczku. Łosoś w sosie miodowym właściwie nie miał sosu; ryba była sucha i wręcz do tego stopnia niedobra, że zaczęłam się zastanawiać, czy jest w ogóle świeża. Sos odnalazł się gdzieś przy ostatnim kawałeczku w tej (małej w porównaniu do pozostałych dwóch) porcji i był przeraźliwie słodki. Głównym minusem "Trzech smaków nieba" jest to, że ze względu na dużą porcję podaną w taki, a nie inny sposób, po dotarciu do trzeciej miseczki jedzenie jest już zimne.

W karcie znaleźliśmy tylko dwa tajskie desery i bez wahania zamówiliśmy oba. Sałatka owocowa po tajsku (10 zł) to podane w kieliszku kawałki ananasa, jabłka i mango zanurzone w słodkiej zalewie i przyprószone wiórkami kokosowymi, a tajski pudding kokosowy (8 zł) to chyba najbardziej zaskakująca pozycja tego wieczoru – zielone kulki ryżowe wyglądające na pierwszy rzut oka jak kawior, oblane mleczkiem kokosowym  i wymieszane z… kukurydzą. Tej ostatniej nigdy bym się w deserze nie spodziewała, ale ostatecznie muszę stwierdzić, że smakowała mi ta kuriozalna mieszanka.

Choć były rozczarowania i niedociągnięcia, do Samui prawdopodobnie wrócę i już dokładnie wiem na co! Smaku tych dwóch krewetek nigdy nie zapomnę i coś mi mówi, że jakiegokolwiek dania z krewetkami bym tam nie spróbowała, to będzie to prawdziwy majstersztyk. Sałatka z mango też brzmi intrygująco, choć jej cena już mniej (jak zresztą wszystkiego, ale podobno lokal mimo to jest ciągle pełen). Dam znać, gdy wrócę z kolejnej wizyty!

Plus: bardzo sympatyczna obsługa, niedługi czas oczekiwania.
Minus: wysokie ceny, stygnące danie dla dwojga, głośna muzyka, kiczowate wnętrze, niezjadliwy łosoś.
Polecam: na obiad lub kolację, ale nie randkę.
Adres: ul. Wiślna 10 (zobacz mapę).
Ocena: 6.5/10

Kolejna wizyta: grudzień 2013

Niedawno Wojciech Nowicki podzielił się swoją niezbyt pochlebną opinią o restauracji Samui. Tak się składa, że ja odwiedziłam ją po raz drugi dopiero kilkanaście miesięcy po pierwszej recenzji, w której zresztą pisałam o dobrym przeczuciu w związku z podawanymi tam krewetkami. Niestety było ono błędne... Tym razem postawiłam właśnie na krewetki, by mieć pewność, że znajdę choć jedno miejsce w Krakowie, które będę mogła polecać ich miłośnikom. Jednak za drugim razem wyszłam z Samui bardzo rozczarowana smakiem, sposobem podania i jakością tego, co dostałam (zdjęcia mówią same za siebie). Najlepsza z tej kolacji była zupa i satay z krewetek, który jakoś jeszcze się wybronił, ale to chyba nie wystarczy, bym chciała wrócić. Na zdjęciach: satay z krewetek (3 szt.) (19 zł), krewetki z kolendrą (8 szt.) (45 zł), zupa z kurczakiem i mleczkiem kokosowym (25 zł), krewetki w tajskiej tempurze (8 szt.) (45 zł).






13 komentarzy :

  1. miałam ochotę się tam wybrać, licząc na duże i dobre porcje w odpowiedniej cenie z rozreklamowaną przez Gesslerkę kucharką... ale te pieczarki i CEBULA mnie zniechęcają...

    OdpowiedzUsuń
  2. Tajską kuchnię uwielbiam, ale poznaję ją w innej Krakowskiej restauracji. Do Samui żałuję, że nie wybrałam się przed rewolucjami, bo to co teraz czytam na pewnym portalu, gdzie można zostawić swą opinię to mnie przeraża i odstrasza od wizyty. Dlatego też bardzo mnie dziwi, ze w plusach piszesz "niedługi czas oczekiwania", hehe może przeczuwali, że piszesz recenzje i się tym razem postarali.

    OdpowiedzUsuń
  3. Hmmm.... niemało kasy trzeba wydać, a więcej minusów niż plusów (dla mnie) po przeczytaniu recenzji. Recenzja na plus, knajpa raczej na minus :D Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  4. Samui kiedyś była naprawde dobrą restauracją (przed rewolucją, jeszcze w starej lokalizacji). Niestety nie wiem jak teraz - po rewolucji pojawiły się tam dzikie tłumy.

    Deser, który jadłaś to budyń z tapioki.

    Z zup polecam przede wszystkim Tom kha gai - tą zupą jestem oczarowana za każdym razem, gdy tylko jej kosztuje.

    OdpowiedzUsuń
  5. W Samui znalazłam bardzo intrygujące smaki. Kiedyś tez nie byłam miłośniczką tajskiej kuchni, może po prostu dlatego, że jej nie znałam, ale po wizycie w tej restauracji zmieniłam swoje zdanie.

    Aniu, sałatka z mango to mój absolutny faworyt - powinnaś spróbować! Pyszna jest też zupa krewetkowa z grzybami.

    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  6. uwielbiam tajską kuchnię. Będąc w Krakowie oczywiście pobiegłem do Samui. Było miło, a sałatkę z mango POLECAM !!! mimo dość wysokiej ceny.
    Reszta mnie nie zaskoczyła, bo jak wspomniałem kuchnia tajska nie jest mi obca (także w praktyce)

    OdpowiedzUsuń
  7. Ja uwielbiam krewetki, w Samui jestem często. I polecam gorąco.

    OdpowiedzUsuń
  8. Sałatka z mango w Samui nie jest warta nawet 9zł, (a kosztuje29!). Beznadziejna. Mango niedojrzałe, twarde i niezjadliwe, skropione zbyt dużą ilością limonki. Ryż podano zimny, jedynie kurczak z orzechami był dobry, ale też żadna rewelacja. Zdecydowanie nie polecam. Drogo i niesmacznie

    OdpowiedzUsuń
  9. z tego co wiem w restauracji nie podaje sie liscia laurowego a lisc limonki, a na dodatek nie ma pietruszki a jest kolendra, wiec widze tutaj kiepską znajomosc kuchni tajskiej i przypraw i wprowadzanie w błąd potencjalnego czytelnika :) nastepnym razem przed napisaniem recenzji radze sie bardziej zapoznac z dana kuchnią i składnikami :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Wybieram się do tej restauracji od dawna, ale jakoś nie mogę się zdecydować. Opinie są bardzo zróżnicowane...

    OdpowiedzUsuń
  11. Wczoraj byłam w Samui, zamówiłam Kalmary w sosie czosnkowym i według mnie były świetne, bo akurat miałam ochotę na takie tłuściutkie jedzenie hehe ;)

    OdpowiedzUsuń
  12. Niestety nie napisze o smaku bo sie nie doczekalam :(. Po 50 min czekania na zupe wyszlismy z mezem. Na wejsciu dostalismy informacje ze zupa do 20 min a reszta ok 30/40 min. Po 40 min zapytalam Pania co z nasza zupa. I ..... niestety nie dostalismy informacji zerotnej. Pani powiedziala ze zapyta poczym wrocila do innej pracy i chyba zapomniala o nas. Szkoda bo jedzenie ktore widzialam wygladalo pysznie. Bylismy bardzo nastawieni na tajskie smaki zwlaszcza ze bylo to nasze pierwsze od bardzo dawna wyjscie bez dzieci. Coz:(

    OdpowiedzUsuń
  13. Wczoraj byłam w Samui.Zamówiłam pad thai z owocami morza.Jedynym owocem była tłusta,bardzo tłuste kawałki ryby.Makaron pływał w tłuszczu.Nie zjadlam,bo zrobiło mi się niedobrze.Szkoda.Smutne wnętrze, po kuchennych rewolucjach nie zostało nic.....

    OdpowiedzUsuń