9 września 2012

Konfederacka 4 (Kraków)



Nie wiem, co mnie napadło. Tego dnia chciałam wypróbować pizzę w białej plastikowej budzie, która szczyciła się też daniami włoskimi. Na moje (prawdopodobnie) szczęście była zamknięta i wyglądała, jakby już nigdy nie miała być otwarta. No cóż, kontynuowałam spacer przed siebie, zmierzając w dobrze znanym mi kierunku, aż dotarłam do intrygującego miejsca. Lubię odkrywać nowe, więc weszłam bez zastanowienia po uroczych metalowych schodach z ustawionymi nań latarenkami.

Krocząc po drewnianej podłodze, minęłam stosy kartonów z butelkami win (można kupić na wynos) i otoczony czernią elegancki bar, po czym usiadłam w rogu, tuż przy pięknej ceglanej ścianie i prostym drewnianym stole. Uroczy człowiek podszedł do mnie i przedstawił ofertę win; dopytał, doradził i zniknął, wracając po chwili z kieliszkiem i świetnym trunkiem (15 zł, 100ml). Nie byłabym jednak sobą jeśli nie wzięłabym czegoś do jedzenia lub chociaż przekąszenia. Postawiłam na małą porcję wędlin i serów (19 zł), idealnych towarzyszy czerwonego wina. Na niewielkim talerzyku pod warstewką świeżej rukoli znalazłam całkiem pokaźne ilości szynki parmeńskiej oraz innej, zwyklejszej, mniej szlachetnej i bliżej niezidentyfikowanej, a także kilka plasterków sera żółtego i cały biały krążek sera pleśniowego, a do tego koszyk pieczywa (6-7 kromek). Przy stoliku obok, przy otwartej butelce wina, grupka znajomych urządziła kameralne spotkanie urodzinowe; w drugim rogu dwie przyjaciółki rozmawiały przy pustych już kieliszkach; kelner się krzątał, grała miła dla ucha muzyka. Wrócę tu – pomyślałam.

I tak kilka tygodni później wróciłam do lokalu nastawiając się na nieco inne wrażenia. Tym razem usiadłam w drugiej sali – jasnej, trochę pustawej, surowej i nieco „ikeowej”. Białe stoliki, biały, imponujący stary piec, białe MacBooki gości dopijających latte z białą pianką. Antresola (także biała) i zupełnie niewygodne składane krzesła, ale za to świetny widok przez cudowne, wiekowe i olbrzymie okna prosto na wieżę kościelną i obrośnięty gęstym bluszczem budynek. Co za klimat! Choć z drugiej strony dziwnie, bo tu jakieś poduszki, tam jakieś tasiemki – niby oryginalnie, ale jakoś do mnie nie przemawia, bo nie jest ani wygodnie, ani przytulnie – wolę pierwszą salę.

To nie był niedzielny poranek (a podobno tylko w takie serwują śniadania, na które miałam chrapkę), a dzień wolny od pracy, ale przez telefon obiecano mi zestaw twarożkowy. I przyniesiono: masło, bardzo słodki dżem wiśniowy, niewielką szklankę soku pomarańczowego, kosz świeżego pieczywa z chrupiącą skórką, herbatę i talerz z sałatą lodową, pomidorkiem koktajlowym, odrobiną rukoli i trzema kulkami wyglądającymi na pierwszy rzut oka jak lody gałkowe. Był to twarożek w trzech odsłonach, z czego wersja naturalna i bazyliowa najbardziej przypadły mi do gustu (a z łososiem najmniej) – ze świeżym chlebem komponowały się świetnie (a chleba można było domówić, za co plus). Całość za 15 zł – świetna cena za pyszne śniadanie.

Osoba towarzysząca miała jednak mniej szczęścia – tosty z sałatką za niemal tę samą cenę (14 zł) to zaledwie kilka liści z rukolą, pomidorkiem i prawdziwą oliwką (czyli duża, smaczna i z pestką) i zaledwie jedna kanapka z chleba tostowego przekrojona na pół, gdzie było dużo sera, a mało szynki parmeńskiej, którą tak lubi. Ot, tost, za bardzo wygórowaną cenę. Herbata za 8zł też wydawała mi się przesadą, ale otrzymałam napar z liśćmi, a nie zwykłą torebkę. Espresso w cenie normalnej – 5 zł – za to jak na Kraków nienormalnie… pyszne!

Menu jest niejasne i niekompletne – nie wspomina ani o śniadaniu twarożkowym, ani o przekąskach, próżno szukać tam też win. Lista tych ostatnich wprawdzie istnieje w formie mówionej, a cała reszta wypisana jest kredą na tablicy przy barze, ja jednak należę do osób, które lubią na spokojnie zapoznać się z ofertą. Gdyby tablica umknęła mojej uwadze, nie wiedziałabym nawet, że Konfederacka 4 przygotowuje także pyszne śniadania. Ale cóż, to wszystko to szczegóły, nietrudne przecież do dopracowania. Cała reszta to koncepcja bardzo przemyślana, przekonująca i przede wszystkim… odważna. Gratulacje!


Plus: bardzo miły klimat, wystrój pierwszej sali, okna drugiej sali, wspaniałe espresso, z dala od centrum (tak, to plus!).
Minus: niekompletne menu, wygórowane ceny niektórych pozycji, niewygodne krzesła w drugiej, zbyt „surowej” jak dla mnie, sali.
Polecam: na niedzielne śniadanie, wino, spotkanie z przyjaciółmi.
Adres: Konfederacka 4 (zobacz mapę).
Ocena: 8.5/10


KOLEJNA WIZYTA: Luty 2014

Wielokrotnie odwiedzałam Konfederacką 4 na weekendowe śniadania. To klimatyczne, pozytywne miejsce, gdzie podawano sycące zestawy śniadaniowe w dwóch pysznych odsłonach i atrakcyjnej cenie (15 i 25 zł). Z czasem trochę się tam zmieniło - w białej sali pojawiła się otwarta kuchnia, rozbudowano menu, zaczęto organizować warsztaty kulinarne oraz spotkania grupowe; miejsce to stało się więc bardzo popularne, co spowodowało, że obecnie w weekend czasem trudno znaleźć tam wolny stolik.

W miarę upływu czasu i kolejnych wizyt coraz częściej z Konfederackiej 4 wychodziłam rozczarowana. Czasem na przykład brakowało zestawów śniadaniowych mimo wciąż stosunkowo wczesnej pory. Kelnerzy tłumaczyli się wtedy spotkaniami okolicznościowymi, na których goście wszystko już wyjedli albo ze względu na które kucharz
nie wyrabia. Również moje ulubione śniadania z czasem zniknęły z oferty, choć jedno, w okrojonej formie, zauważyłam ostatnio przypadkiem na tablicy (kelner o nim słowem nie wspomniał, a w menu go nie było).

Po ostatniej weekendowej wizycie w tym klimatycznym lokalu na Dębnikach, zaczynam poważnie zastanawiać się, czy Konfederacka 4 wciąż zasługuje na miejsce na mojej liście rekomendacji. Wybrałam się tam z trójką znajomych na niedzielne śniadanie, na podanie którego czekaliśmy blisko godzinę, a i tak dotarło tylko w części (na resztę przyszło nam czekać dłużej), na dodatek goście, którzy przyszli długo po nas, zostali obsłużeni w pierwszej kolejności. W międzyczasie kelner od nowa przyjął część naszego zamówienia, bo kucharz się
trochę pogubił i w kuchni nikt już nie pamiętał, co zamawialiśmy. Po dostarczeniu zamówienia o mój koszyk pieczywa musiałam się upomnieć, a gdy po kilkunastu minutach w końcu go doniesiono, nie było w nim śladu po świeżutkim i pysznym pieczywie, do którego przyzwyczaiła mnie Konfederacka, zamiast tego podano zwykłe białe pieczywo. Gdy zwróciłam na to uwagę, kelner powiedział po prostu, że tamtego chleba brakło, lecz nie było jeszcze jedenastej, a śniadania serwowane są do 13:30!

Wpadek nie było końca. Mimo że koleżanka zamówiła dokładnie to samo co ja - twarożek, pasta z wędzonej makreli i z suszonych pomidorów podawane z sałatką - nasze zamówienia się nieco różniły, poza tym porcje były niewielkie, a zamiast pasty z makreli bez uprzedzenia podano coś, co przypominało bardzo, ale to bardzo kiepski hummus. Owsiane placki typu pancakes z syropem klonowym prezentowały się średnio atrakcyjnie, w smaku jednak złe nie były, choć dla mnie zdecydowanie za słodkie, a porcja mała. Masła do chleba w ogóle nie podano. Brudne naczynia sprzątnięte były po ponad pół godzinie, po czym zupełnie przestano się nami interesować, więc rachunek zapłaciliśmy przy wyjściu. Założę się, że nikt nie zorientowałby się, gdybyśmy nie zapłacili w ogóle.

Przykro mi to pisać, ale mimo że to jedno z najfajniejszych wnętrz w Krakowie, jest ładnie, przytulnie (słońce tak cudownie ogrzewa białą salę w weekendowe poranki!) i z dala od turystów, już nie mam ochoty wybrać się tam na śniadanie. Moi znajomi dali wtedy Konfederackiej drugą szansę i po raz kolejni wyszli niezadowoleni - oni na pewno już nie wrócą. Ja, mimo poprzednich rozczarowań, nadal dawałam się skusić, ale te doświadczenia pokazują, że lokalowi zupełnie brak organizacji i rąk do pracy. Popraw się, Konfederacko!


5 komentarzy :

  1. Bardzo lubiłam Konfederacką 4 i często tu zaglądałam do zeszłego piątku, 16.05.2014, kiedy to, najprawdopodobniej właśnie w tym miejscu zatrułam się bardzo poważnie podawanym tu ciastem czekoladowym. Do dnia dzisiejszego (19.05.2014) czuję się bardzo źle, lekarz potwierdził, że objawy, które mam to zdecydowanie zatrucie pokarmowe, a nie np. wirus grypy żołądkowej. Przestrzegam zatem kolejnych użytkowników tamtejszej kuchni, ja na pewno już do tego miejsca nie wrócę.

    OdpowiedzUsuń
  2. O rany! Ja w niedzielę także nie miło się rozczarowałam właśnie tym, że zniknęło moje ulubione pieczywo, nikt mnie o tym nie uprzedził a na moje zapytanie spłoszona kelnerka uciekła. Energia tego miejsca się wysyciła. Niestety!

    OdpowiedzUsuń
  3. Marzyłam o Konfederackiej- wymyśliłam sobie, ze będzie to moje miejsce na przesiadywania- blisko dmu, daleko od świata. Zachwalała je koleżanka, kóra spędza tam 'firmowe lanczyki'. I myślę, że w tych firmowych spotkaniach tkwi sekret popularności lokalu...Człowkiek zwykły, niekoniecznie stary klient, niekoniecznie zamożny- jest traktowany inaczej, niż ten 'marketingowo lepszy'. Nie potrzebuję żeby dookoła mnie biegano, ale całkowite ignorowanie też nie jest wyjściem... Zwłaszcza, kiedy mój stolik jest pośrodku sali i ciężko go ominąć bez zauważenia pustych naczyń, pustych kieliszków, a wcześniej pustych żołądków...
    Dałam im 3 szanse. Szkoda, że potencjał pięknego miejsca marnowany jest brakiem przyjaznego zarządzania i wiszącym w powietrzu, dużym ego :-)

    OdpowiedzUsuń
  4. Niestety, Konfederacka 4 to piękne wnętrze... i na tym koniec.

    - Obsługa nie ogarnia na poziomie mistrzowskim. Koszmarnie długo czeka się na cokolwiek. Zjedzenie w założeniu skromnego obiadu (zupa + 2 x drugie + deser + picie) zajęło nam prawie 2 h.
    - Połowy rzeczy z karty już nie było (koło godziny 14:00), obsługa przy przynoszeniu karty nawet się o tym nie zająknie.
    - Mąż chciał zamówić deser, ale nie było mu dane, bo obsługant (nazwanie go kelnerem to jednak przesada) po przyjęciu zamówienia na danie główne odwrócił się na pięcie i odbiegł. No fakt, wybieranie chwilę trwało - ale jak człowiek się dowiaduje, że niczego, co chciał zamówić, nie ma (a potem, że nie ma też kolejnych opcji), to ponowne wypracowanie koncepcji obiadu chwilę trwa.
    - Brak karty win i jakiejkolwiek informacji (tablica, cokolwiek), jakie wina można zamówić (to jest wine bar, heloł?!)
    - Nie wiem, po co każą wybierać rodzaj makaronu - chciałam penne, dostałam tagliatelle (ale po 1,5 h czekania było mi już wszystko jedno).
    - Nie można płacić kartą.
    - Para przy stoliku obok wyszła, nie doczekawszy się w ogóle podania jedzenia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No to faktycznie nieciekawie... Szkoda, że nic się nie polepszyło, bo mogłoby to być piękne miejsce!

      Usuń