13 września 2012

Papuamu (Kraków)

Kojarzycie te kłębki zeschniętych roślin (z angielskiego tumbleweeds) w amerykańskich filmach powoli przetaczające się po pustynnej pomarańczowej drodze tuż przy opuszczonej stacji benzynowej albo rozpadającym się barze? Mniej więcej taki obrazek rodem z westernu miałam przed oczami, gdy zaparkowałam samochód na opustoszałym parkingu przed Papuamu. Wokół nie ma nic. A raczej nic, co wskazywałoby na to, że w pobliżu są ludzie i na dodatek tacy, którzy chcieliby posilić się w ekobistro. Jest jakaś drukarnia, sklep z winami, ze dwie firmy transportowe, jakieś zakłady, magazyny, kominy. Wesoły, jasnozielony budynek zaskakuje w tej brzydkiej i wyludnionej przestrzeni, a kilka drewnianych stolików z uroczymi niebieskimi parasolkami tworzy kuriozalne połączenie na tle podniszczonych, szaroburych budynków. Kto wpadł na pomysł, żeby właśnie tutaj otworzyć ekologiczne bistro?

Udaję, że nie widzę tego co jest wokół i pewnym krokiem zmierzam do środka, gdzie zastaję niewielką, urządzoną dość chaotycznie salkę. Na ścianach jakieś obrazy z winogronami i bliżej niezidentyfikowanymi winnicami, gdzieś leży jakaś serwetka, gdzie indziej stos ulotek i pudełko z zabawkami dla najmłodszych klientów. Jest dosłownie z pięć pustych stolików na krzyż, na zewnątrz ze trzy, na niektórych obrus, na innych nie, na jednych przepiękne naturalne kwiaty, a na innych sam wazon. Nie ma tu ładu, przemyślanych dekoracji, a wnętrze nie jest wcale przyjemne, mimo że kolorowe. No ale w końcu to nie restauracja, a bar, na dodatek ekologiczny, więc podejrzewam, że to, co jest tu najważniejsze, to jedzenie.

A to z kolei w Papuamu jest dość nietuzinkowe. Jak możemy przeczytać na stronie internetowej, w lokalu znajdziemy tylko posiłki niskokaloryczne, ale z dużą zawartością mikroelementów; steku na pewno tam nie uświadczymy, bo jeśli chodzi o mięso, to tylko białe i tylko eko. Dzięki produktom lokalnych ekorolników, Papuamu korzysta tylko ze zdrowych i pełnowartościowych produktów. Piwa też się można napić (8 zł), ale tylko regionalnego, a jedzenie na wynos zabrać w pojemnikach biodegradowalnych. Brzmi nieźle, ale…?

Ale kosztuje. Gdy stanęliśmy pod wypisanym kredą  menu, pozycja  z kurczakiem (32 zł) właśnie była wymazywana. Pozostało więc pięć innych, z czego tylko jedna z mięsem, na którą moja mięsożerna osoba towarzysząca była zmuszona się zdecydować. Oprócz tego były do wyboru dwie zupy (rosół i krem z brokułów) i żadnego deseru w zasięgu wzroku, ale może to ja nie dopatrzyłam, bo według strony internetowej desery są, na dodatek takie z mąki z pełnego przemiału i bez dodatku białego cukru. Przy ladzie stał młody chłopak, który z początku wydawał się niesympatyczny, ale jak się później okazało, uśmiechać też się czasem potrafi. Mówił jednak tak cicho, że ledwo byłam w stanie go zrozumieć, ale był za to pomocny i sprzątał opróżnione talerze, mimo wywieszonej kartki z informacją, że należy je odnosić.

Zaczęłam od zupy. Do wyboru są dwie porcje, mała (7 zł) i duża (11 zł). Biorąc pod uwagę, że przede mną jeszcze moje danie główne i prawdopodobnie część dania towarzyszącego mi mięsożercy, zdecydowałam się na mniejszą porcję. Krem został podany do stolika na uroczym biało-niebieskim talerzu; był gęsty, udekorowany listkiem świeżej pietruszki, oprószony sezamem i ziarnami słonecznika. Gdyby nie one, zupa nie miałaby żadnego wyróżniającego smaku, ale z nimi krem komponował się doskonale, choć z pewnością nie dojdziemy do tego wniosku przy pierwszej łyżce. Dla mnie jednak najważniejsze było to, że nie czuć tam było veget, knorrów i innych winiarów. Czułam, że jem coś pożywnego i zdrowego, i mam nadzieję, że to nie tylko dlatego, że naczytałam się trochę o ofercie tego lokalu. 

W ramach drugiego dania zamówiłam cieciorkę w mięcie z czarnym ryżem i sałatą. Głęboki talerz wypełniony był po brzegi – połowę zajmowała sałata, a drugą część spora ilość czarnego ryżu, który przyznam się, z początku mnie zniechęcił (miałam wrażenie, że zaraz będę musiała pochłonąć masę oślizgłych czarnych robali) i cieciorka, której mogłoby być zdecydowanie więcej, skoro jest głównym składnikiem dania! Przyrządzona była jednak świetnie i oryginalnie, mocny aromat mięty przenikał każde ziarno, a ryż… no cóż, nie należy do moich ulubionych, ale na pewno nie smakował jak stos bezkręgowców. Sałata urzekła mnie jednak najbardziej, a już na pewno wspaniały sos o konsystencji musu pokrywający ją w świetnych proporcjach, którego składników za nic nie byłam w stanie odgadnąć. Jak wyczytałam na stronie, jest to dressing z bananów, sezamu, sałaty, pietruszki, sosu sojowego i daktyli. Zarówno słodkie jabłka, jak i chrupiący zielony ogórek, cukinia i niesamowicie czerwone pomidory smakowały z nim wyśmienicie. Co do tych ostatnich – gwarantuje wam, że nie znajdziecie takich w zwykłym supermarkecie!

Danie, które musiałam potem dojadać, to gęś z pieczonymi jabłkami z czerwonym ryżem i sałatką (36 zł). Tym razem bez dressingu, a z kapustą pekińską, czerwoną papryką i wybornymi, soczystymi śliwkami. Czerwony ryż smakował lepiej niż czarny, a porcja kawałków gęsiny (wyglądała na podgrzewaną) średnio mi podeszła, bo wolę bardziej miękkie mięso. Za to jabłka były cudowne! Ten jeden z najbardziej oryginalnych obiadów ostatnich tygodni dopełniał nie mniej oryginalny sok z owoców granatu (10 zł). Jeśli napój jest droższy niż piwo, to znaczy, że albo ktoś nas robi w balona, albo sok jest niezwykły. Na etykiecie wyczytałam, że pochodzi z Gruzji, jest świeżo wyciśnięty poprzez „proste wyżymanie” w „ekologicznie czystej strefie rejonu Szyda Kartlijskim”. Brzmi świetnie, smakuje nieco gorzej, ale to może dlatego, że nie jestem przyzwyczajona do picia soku z granatu.

Tak jak przeciętni ludzie niestety nie są przyzwyczajeni już do cudownego zapachu świeżych owoców czy smaków potraw bez dodatku wzmacniaczy i glutaminianu sodu. Mój towarzysz nie był w stanie w pełni docenić tego ekologicznego posiłku, ale ja tak, choć kwestia tego, czy jestem w stanie za to tyle płacić, to już inna historia. Papuamu to miejsce proste, gdzie rozmowa o dekoracji wnętrz być może nie ma sensu (choć z pewnością by nie zaszkodziła), a nazwy potraw i kombinacje składników są najprostsze z możliwych (danie główne składające się z ekologicznych jaj, ziemniaków i kapusty to tylko jeden z przykładów, za 18zł) i gdzie, głęboko w to wierzę, towarzyszy nie wyssana z palca ideologia stworzona dla zysku, a prawdziwe zamiłowanie do zdrowego odżywiania i ekologicznego stylu życia.

Dlatego mimo tych wszystkich niedociągnięć, kilku poważnych minusów i pewnego rodzaju nieporadności w niektórych aspektach, ja temu miejscu kibicuję, choć wiem, że może mieć swoich przeciwników. Ja bym jednak bardzo chciała, by było takich miejsc więcej, bo jak będzie ich więcej to ostatecznie… po prostu będą tańsze, a my będziemy jeść zdrowiej. Na razie mamy jednak drogawe Papuamu, do którego chyba niewielu zagląda i które nie ma nawet okazji być przypadkowo odkryte podczas spaceru, zwiedzania miasta czy po drodze do pracy, a jedyna nadzieja tkwi w zagranicznych turystach z grubymi portfelami, którzy odwiedzają pobliskie muzeum. Choć pewnie nawet oni, niezachęceni zielonym klocem z dwoma oknami, obojętnie mijają Papuamu w białym meleksie i wracają do centrum, by zjeść włoską pizzę przy Rynku.

Moja opinia o Papuamu została opublikowana w magazynie Lounge (#44, str. 36-37).




Wszystkie zdjęcia recenzowanych przeze mnie dań zamieszczam tutaj.

1 komentarz :