7 października 2012

Studio Qulinarne (Kraków)


20 krajów, 44 miasta i 2100 restauracji  – a wśród nich Studio Qulinarne, krakowska restauracja, która już po niespełna dziesięciu miesiącach działalności pojawiła się w najbardziej znanym przewodniku kulinarnym w Europie. Czy zasłużenie? Poszłam to sprawdzić!

Już na pierwszy rzut oka można stwierdzić, że w pobliżu Muzeum Inżynierii Miejskiej i w dawnym garażu autobusowym, powstało wnętrze, które dosłownie zachwyca. Nie ma tu sztucznych i źle dopasowanych elementów, a całość współgra ze sobą doskonale: stare z nowym, minimalizm z dbałością o szczegóły, stonowane kolory z feerią barw, czy to na talerzu (jak się potem okazało), czy na przedziwnych wielobarwnych obrazach nad eleganckim barem. Wielkie regały zapełnione są antykwarycznymi książkami, tańczącymi płomykami świec i butelkami win; kilka przepięknych drewnianych belek i lejące białe zasłony fikuśnie rozdzielają pokaźnych rozmiarów salę; przecudowne, ogromne okna wpuszczają do wnętrza mnóstwo miękkiego światła, a czarno-białe akty na tle ceglanej ściany i oryginalne XIX-wieczne meble tworzą zmyślne, świetnie współgrające ze sobą, niezwykle oryginalne wnętrze. Nie ma tu przepychu, nadętej elegancji i sztucznego napuszenia – jest za to ekskluzywna, ale jakże swobodna atmosfera.

Wyróżnienie w postaci kompletów sztućców Michelin, którym może poszczycić się Studio Qulinarne, zostaje przyznane restauracjom, w których zauważony został właśnie wyjątkowy nastrój – są to tak zwane „places with charm” czyli miejsca urokliwe. Ten lokal otrzymał dwa komplety z pięciu (oprócz tego możliwe jest otrzymanie 1, 2 lub 3 gwiazdek Michelin, ale jak dotąd żadna restauracja w Polsce nie zdobyła nawet jednej), a więc należy spodziewać się w nim osobliwego klimatu. Wydaje się oczywiste, że nie tylko wnętrze odpowiada za ten urok – niezależnie od tego, jak szykownie i elegancko prezentuje się dany lokal, to także obsługa pełni w nim niezwykle ważną rolę, o czym niestety personel Studia Qulinarnego, ku mojemu zdziwieniu… nie pamiętał.

Gdy weszliśmy do środka czekał na nas przygotowany stolik – rezerwacja mailowa odbyła się bez zarzutu. Początkowo w lokalu byliśmy sami, a niezwykle uprzejma i sympatyczna kelnerka sprawnie podała nam karty. Pomimo że siedzieliśmy mniej więcej na środku lokalu, przez dobre kilkanaście minut z otwartej kuchni i jej okolic docierały do nas dźwięki, których absolutnie nie znoszę w miejscu, do którego przychodzi się zjeść posiłek w relaksującej atmosferze (i zostawić grube pieniądze) – dość młody personel głośno rozmawiał, droczył się i rechotał zagłuszając i tak cicho pobrzmiewającą muzykę w tle (swoją drogą dość przyjemną, przypominającą momentami klimatyczny Gotan Project). W pewnym momencie usłyszałam, jak za plecami ktoś w miarę rozsądny próbował uciszyć niewychowane (nieprzeszkolone?) towarzystwo głośnym „ciiiiiiiiiiii…”, co nie było zbyt skuteczne i zapewniam was, że gdyby nie był to jedyny termin, w którym mogłam odwiedzić to miejsce, po prostu wstałabym i wyszła. 

W miarę upływu czasu i zwiększania się liczby gości w Studiu, obsługa opanowała wygłupy, by w końcu całkowicie się uciszyć i dać nam czas na podziwianie wnętrza i spokojne oglądanie karty. Menu jest krótkie; właściwie we wszystkich standardowych kategoriach – przystawek, sałatek, zup, past, ryb i owoców morza, dań głównych oraz deserów – można przebierać tylko w czterech pozycjach i choć wydaje się to mało, na pewno każdy znajdzie tam coś dla siebie, zarówno pod względem smaków, jak i cen, a głównej zalety krótkiego menu chyba nie muszę nikomu wyjaśniać.

Jako czekadełko podano pokrojoną ciepłą bagietkę. Na każdym stoliku stała też świetna oliwa z oliwek i balsamico, a dodatkowo do dań proponowano świeżo mielony pieprz. Jako pierwsza, na prostej śnieżnobiałej zastawie dość szybko pojawiła się ostryga z lekko pikantnym tatarem z tuńczyka (36 zł) przyozdobiona niczym w kuchni tajskiej różowym kwiatem i czarną kroplą balsamico. Obawiałam się, że ryba okaże się zimna, ale tatar smakował naprawdę dobrze. Porcja niestety maleńka, a cena wyższa niż niektórych dań głównych w karcie, ale cóż – za takie rarytasy płacić trzeba, a ostrygi to obecnie jedne z najdroższych owoców morza na świecie.

Dorsz z sosem z marakui (46 zł) pojawił się niedługo później i zachwycił sposobem podania. Prostokątny talerz z rybą serwowaną na szpinaku otuloną żółtym sosem wypełniony był kolorowymi warzywami, chrupiącymi orzechami i dodatkowo przyozdobiony był różowym kwiatem storczyka i jego płatkami. Marakuja z dorszem komponowała się zaskakująco dobrze, a jedyną rzeczą, jaką mogę temu daniu zarzucić jest to, że sosu było rozczarowująco za mało – na delektowanie się nim przy drugiej połowie ryby zwyczajnie go nie starczyło. Warzywa (ziemniaki z delikatną skórką, minikukurydze, zielony groszek, paski marchewki, grzybki enoki) za to przygotowane zostały idealnie – niektóre chrupiące, niektóre miękkie, dokładnie tak, jak powinno być.

Wybór osoby towarzyszącej, czyli tagliatelle z krewetkami i sezamem (28 zł), bardzo jej smakował, choć mnie już mniej – prawdopodobnie nadmiar sezamu sprawił, że całość miała nieco metaliczny, może trochę gorzkawy, jakby szorstki smak, co nie do końca przypadło mi do gustu. Jednak sam makaron był niezwykle smaczny, a krewetek było sporo, choć nie porażały wielkością. Porcję określiłabym jako średnią, ale mimo to cenę uważam za adekwatną do tego, co było na talerzu.

Na koniec skusiłam się na tartę śliwkową (15 zł), czego pożałowałam – choć była ładnie podana z miechunką, listkami mięty, borówkami amerykańskimi, małą gałką przepysznych lodów, tarta miała zbyt wilgotny herbatnikowy spód i mimo że same śliwki były przepyszne, składała się praktycznie z samego kremu – oj, nie tego się spodziewałam.

Mimo tego nieciekawego zakończenia i początkowego złego wrażenia z powodu zachowania obsługi, Studio Qulinarne kusi kolorami na talerzu, oryginalnymi składnikami, ciekawymi połączeniami smaków i przede wszystkim nietuzinkowym, przykuwającym wzrok wnętrzem perfekcyjnie łączącym nowoczesny design z zabytkowymi elementami. Klimat jest tam fantastyczny, a wieczorami, przy pełnej sali i dźwiękach fortepianu na żywo, atmosfera musi być wyjątkowa. Ceny mogą niektórych zniechęcić, ale ja i tak polecam to miejsce – na randkę, wyjątkową okazję czy spotkanie biznesowe. I życzę powodzenia w kolejnych edycjach Czerwonego Przewodnika!


Moją recenzję tej restauracji można przeczytać również w magazynie Lounge (#45, str. 50-51).


Kolejna wizyta: 9.08.2013

Jadłam i próbowałam: quiche z kurkami, szynką parmeńską i konfiturą z cebuli (29 zł), tatar wołowy z oliwą truflową (35 zł), papardelle z pieczoną kaczką i serem pecorino (38 zł), polędwiczki wieprzowe w ziołowej panierce z sosem z czerwonego wina (48 zł), mrożony suflet z białej czekolady (22 zł) i lawendowy creme brulée z malinami (24 zł). Desery na kolana nie powaliły, ale przystawki, a szczególnie dania główne - były wprost p e r f e k c y j n e. Zupełnie wyjątkowe przeżycie kulinarne! Po roku potwierdzam, że ten lokal zasługuje na miejsce na mojej liście "Co polecam?" - fenomenalna kuchnia na wyjątkowe okazje (tym razem i obsługa bez zarzutu). Niestety zdjęć brak, bo wyjście było okazyjne i nie wypadało wyciągać aparatu. Na dowód mam tylko rachunek. :)

Bądź na bieżąco:


3 komentarze :

  1. Byłam w Studiu Qulinarnym dwa razy, zawsze w lecie, w ogródku - bardzo polecam tam zajrzeć, kiedy jest ciepło, bo to jest ogródek z prawdziwego zdarzenia :-)

    Ogólnie we wnętrzu czuć rękę architekta, i słusznie, bo właściciel jest właśnie architektem :-)

    Darzę to miejsce pewnym sentymentem, bo pracowałam tam kiedyś, przed remontem i zmianą właściciela. Wygląda teraz dużo lepiej!

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo lubię Studio Qulinarne i miałam okazję kilkanaście razy odwiedzić to miejsce i delektować się pysznym smakiem wyszukanych potraw. Tylko jeden raz zdarzyło się, że nie byłam zadowolona ze smaku potrawy- był to sum w czerwonym winie. To połączenie nie okazało się strzałem w 10, niemniej jednak pozostałe moje qulinarne wycieczki to raj dla podniebienia. Menu zmienia się dość często, niestety od około 2 lat obserwuję też konsekwentny wzrost cen. Ogólnie - polecam to miejsce.

    OdpowiedzUsuń
  3. No cóż... jedzenie na czwórkę z niewielkim plusem. Serwis na czwórkę. Ceny zupełnie nie odpowiadają opinii poniebienia, ktora nie była entuzjstyczna (opinia zgodna czterech biesiadników, każdy z nas jadł co innego). Najlepiej wypadł tunczyk. Resztę dań z powodzeniem mozna zjeść w kilku nieodleglych restauracjach w cenie bardziej racjonalnej. Choćby w Zakladce czy Duzym Pokoju.

    OdpowiedzUsuń