5 lutego 2013

Diego i Bohumil (Kraków)

Byłam już w restauracji włosko-góralskiej. Byłam też w śląsko-japońskiej. Teraz poszłam do czesko-argentyńskiego resto-pubu z przekonaniem, że to się udać po prostu nie może. Bo to trochę tak, jakby prowadzić restaurację łączącą kuchnię z Timoru Wschodniego i Słowenii, albo otworzyć podwoje knajpy z kuchnią Maroka i Japonii, bo właściwie dlaczego nie? No ale… co ma piernik do wiatraka? Co ma Diego do Bohumila?!

Schody zaprowadziły mnie do dość ponurego pomieszczenia, które w to zimowe popołudnie wyglądało raczej jak najzwyklejszy pub zdecydowanie bez „resto-” w nazwie. Garstka ludzi siedząca gdzieniegdzie piła czeskie piwo i żaden z nich nie jadł, co pogłębiło moje obawy o poziom tamtejszej kuchni, wszak brak jedzących ludzi bardzo źle wróży restauracji, nawet jeśli nazywa się tylko resto-pubem. Dopiero w drugiej sali, w jedynym przyjemnym kąciku (miło oświetlonym, w przeciwieństwie do reszty miejsc), dojrzałam parę zajadającą ze smakiem hamburgery (ciekawe czy czeskie, czy argentyńskie?). Dobre i to.

Zaczęłam rozglądać się wokół i wcale nie było tak źle, choć przeplatające się elementy z Czech i Argentyny wyglądają dosć kuriozalnie. Ja usadowiłam się tuż pod kolorowym wizerunkiem Gauchito Gila, jednego z najbardziej znaczących świętych w tych rejonach Ameryki Południowej. U Diego i Bohumila wisiał tuż obok czeskiego ornamentu z napisem „Dobrou chuť” (czyli „smacznego” w języku pepików naszych miłych sąsiadów). Za mną leżał stosik zakurzonych argentyńskich i czeskich magazynów (niektóre z 2006 roku, ale może leżą krócej), a z głośników wypływała głównie hiszpańskojęzyczna nuta, choć znalazło się także miejsce na angielski hip-hop.

Przyszedł czas na dokładną analizę karty dań – i piszę to bez przesady, bo taka faktycznie była potrzebna przy tym dość nieczytelnym i niejasnym menu, gdzie najwięcej miejsca zajmują tłumaczenia każdego z dań na trzy języki (polski, angielski i hiszpański), a brak konkretów. Jest też trochę literówek (caipiriñha to ani zapis portugalski, ani hiszpański, a sam drink jest brazylijski). Ostatecznie, jeśli chodzi o dania główne, wszystko sprowadza się do pięciu czeskich dań i jednego argentyńskiego oraz, oczywiście, do argentyńskiej wołowiny.

Na tę ostatnią chodzę do sprawdzonej restauracji w Krakowie, jednak nie mogłam nie pokusić się o przetestowanie u Diego. Menu nie wskazywało gramatury polędwicy, a gdyby jeszcze bardziej się przyczepić, to z menu jasno nie wynika, czy ta polędwica będzie argentyńska. Zanim jednak zajęłam się ocenianiem jej smaku, zamówiłam empanadas argentinas (8 zł za 3 sztuki), czyli argentyńskie pierożki z farszem z kurczaka (były jeszcze do wyboru z farszem mięsnym (sic!)).

Uprzejma i uśmiechnięta kelnerka poinformowała, że na empanadas trzeba będzie zaczekać, ponieważ muszą pobyć trochę w piekarniku, ale za to od razu po przystawce mogę liczyć na danie główne. Wcale nie musiałam długo czekać, a nawet gdybym musiała, to nic nie szkodzi, bo te pierożki są warte każdego czekania. Choć brakowało im nieco soli, cieplutkie i kruche ciasto pierożków było fantastyczne i świetnie komponowało się z prostą salsą z cebuli i papryki i delikatnym farszem z kurczaka. Aż żałowałam, że nie zdecydowałam się na większą porcję!

Niestety najbardziej oryginalne danie – polędwica wołowa z sosem z mleczka kokosowego z krewetkami (55 zł), tak jak zupa dnia (którą można zjeść najwyraźniej tylko w ciągu tygodnia) - nie były dostępne. Musiałam zadowolić się więc dość banalnym stekiem z polędwicy z masłem czosnkowym (48 zł) z purée z ziemniaków i dyni, który zresztą wcale nie dotarł do stolika od razu po przystawce, tak jak było to obiecane. Na dużym, białym talerzu, w bardzo oszczędnej aranżacji, pojawiło się całkiem smaczne purée z pokaźną porcją masła czosnkowego i kawałkiem polędwicy. Szkoda, że jego bardzo nierówny kształt spowodował, że tylko w niektórych miejscach mięso było przyrządzone według mojego uznania, czyli średnio wysmażone – na krawędziach polędwica była całkiem brązowa, a w środku krwista. Nie przeszkadzało mi to jednak w docenieniu smaku, który był świetny – mięso było miękkie, soczyste i dobrze doprawione. Nic dodać, nic ująć.

Tego dnia miałam także okazję spróbować tradycyjnego czeskiego dania – piwnego gulaszu wołowego z knedlem (20 zł). Mimo, że bardzo proste, w moim odczuciu było to bardzo smaczne danie za sprawą miękkich kawałków mięsa, pysznego, gęstego sosu i prawie niewyczuwalnej goryczy piwa. Też nie mam mu nic do zarzucenia.

Dzięki osobie towarzyszącej (bo sama nie dałabym rady), spróbowałam też dwóch deserów: argentyńskiego kremu karmelowego z polewą toffi (12 zł) – flan, a także musu czekoladowo-cytrynowego (12 zł), który podany był w tej samej szklance marki Sobieski, co (niezapalona przez cały posiłek) „dekoracyjna” świeczka na stoliku. Musu nie polecam – mało delikatny, zbyt cytrynowy i zwieńczony ogromną ilością bitej śmietany, o której w menu nie było słowa. Flan z kolei był fantastyczny – delikatny, nie za słodki krem w przepysznym, gęstym sosie toffi. Mniam!

Wracając do pierwszego akapitu – nadal nie wiem, co ma Diego do Bohumila, ani co autor miał na myśli. Obraz całości jest niespójny, wnętrze chaotyczne, a menu nieco śmieszne. Pomysły tego typu mnie nie przekonują. Wizyta w restauracji ma dokądś zabierać, ma coś pokazywać i czegoś uczyć, nie da się zrobić tego równie sprawiedliwie w stosunku do dwóch tak różnych kulturowo i tak odległych geograficznie krajów. Abstrahując jednak od moich przekonań – u Diego i Bohumila ceny są przystępne, obsługa bardzo miła, a jedzenie dobre. Wpadnę jeszcze na te empanadas!

Moja opinia o tej restauracji pojawiła się także w magazynie Lounge (#48, str. 40-41)




Wszystkie zdjęcia tutaj.

2 komentarze :

  1. "nadal nie wiem, co ma Diego do Bohumila"
    O ile się nie mylę są współwłaścicielami :)

    OdpowiedzUsuń