11 lutego 2013

Moo Moo Steak & Burger Club (Kraków)

Przed wizytą nie miałam wygórowanych oczekiwań. Myślałam, że zastanę po prostu kolejną burgerownię, kto wie, czy nie kolejną kopię. Wiecie – jasne wnętrze, kilka w miarę oryginalnych obrazków na ścianie, menu wypisane kredą na tablicy, jakiś wizerunek Moo-czącej krowy, a wśród gości sami młodzi ludzie z fritz-kolą w jednej dłoni i ogromnym burgerem w drugiej. To wszystko już było.

Tymczasem to, co na wstępie rzuciło mi się w oczy przez piękne, wielkie okno na ul. Świętego Krzyża, to klimatyczne, przyciemnione wnętrze. Zdziwiłam się, że tak właśnie wygląda Moo Moo – jest ściana imitująca czarną, gładką cegłę, jest udane połączenie jasnego drewna i czerni, porozstawiane gdzieniegdzie butelki wina, pozapalane w różnych miejscach świeczki i latarenki oraz naprawdę fantastyczna, nastrojowa muzyka sącząca się z głośników. Nowocześnie i przytulnie.

Nastawiłam się na burgera i tego się trzymałam, ale menu zaskoczyło mnie obszerną ofertą śniadaniową, ciekawymi przystawkami, sałatkami, a nawet daniami z ryb, drobiu i stekami w bardzo przystępnych cenach. Lista burgerów też okazała się długa – jest ich siedemnaście, w tym dwie propozycje wegetariańskie i dwie z kurczakiem. Długo nie mogłam się zdecydować, bo wiele z tych kompozycji widziałam już i jadłam gdzie indziej, ale uprzejma kelnerka przyszła z pomocą i zaproponowała burgera numer 2, czyli z sałatą, pomidorem, camembertem, gruszką i cebulą karmelizowaną. Kosztował 25 zł i był to jeden z dwóch najdroższych burgerów zaraz po XL za 29 zł (z podwójną porcją wołowiny); najtańsze są po 17 zł.

Znajomi skusili się na dziesiątkę, czyli burgera z sałatą, pomidorem, serem, szpinakiem i czerwoną cebulą w cenie 19 zł oraz numer sześć – sałata, pomidor, feta, pesto bazyliowe i oregano (19 zł). Wszystkie trzy prezentowały się bajecznie – owalna bułka z sezamem podawana jest na białym talerzu w dwóch częściach – zapewne by jadło się łatwiej i by móc podziwiać kolorową piramidę składników. I także by było inaczej niż gdzie indziej – za to daję plusa.

Mój burger smakował świetnie, ale jego słabym ogniwem była bardzo krucha bułka. Prawdopodobnie nieco przesadzona liczba składników (w tym grubo krojona gruszka) sprawiła, że niezwykle trudno się go jadło (a już w ogóle nie wyobrażam sobie użycia do tego celu sztućców). Podpatrzyłam u znajomych – u nich trzymał się całkiem nieźle, więc to zapewne kwestia stopnia napakowania buły. Burgera nr 10 nie próbowałam (usłyszałam jedynie, że był, cytuję, "genialny"), ale fajnie, że nie zawierał surowych listków szpinaku baby, które mają przecież znacznie mniej intensywny smak (a tylko w takiej postaci widziałam go w innych burgerowniach). Szóstkę natomiast nie tylko spróbowałam, ale najchętniej bym ją przywłaszczyła – połączenie fety, pesto i oregano było cudowne i przepysznie komponowało się ze świetnie wysmażonym, soczystym mięsem!

Wniosek z tego taki, że następnym razem będę miała dylemat – pójść na burgera z fetą i pesto, czy wypróbować coś nowego z menu jak na przykład steki, które dumnie widnieją w nazwie lokalu? Podczas pierwszej wizyty miejsca starczyło mi jeszcze tylko na ciasto marchewkowe z płatkami migdałowymi (9 zł), na które skutecznie namówił mnie jeden z przesympatycznych pracowników Moo Moo. Podane (po bardzo długim czasie, mimo że lokal był już pusty) z warstwą puszystego cukru pudru i odrobiną bitej śmietany stanowiło naprawdę pokaźną porcję (powiedziałabym wręcz, że za dużą dla kogoś, kto właśnie pochłonął burgera); nie było zbyt słodkie, a bita śmietana świetnie je dopełniała. Kolejny powód, by wrócić do Moo Moo. I to niebawem!

Plus: klimatyczne wnętrze, sympatyczna obsługa, przemiła dla ucha muzyka, coś więcej niż burgery.
Minus: rozpadająca się bułka w burgerze, długi czas oczekiwania na deser i rachunek.
Polecam na: randkę, wypad ze znajomymi, klachy z przyjaciółką lub po prostu na burgera.
Adres: ul. Świętego Krzyża 15 | mapa | Facebook
Średnia ocena: 4,25 na 5       Jedzenie – 4.5/5     Obsługa – 4/5    Wnętrze – 4.5/5      Ceny – 4/5



   


Wszystkie zdjęcia, jak zwykle, tutaj.

5 komentarzy :

  1. Burgerownie to prawdziwe zjawisko. Z jednej strony fajnie, ze sie zmienia bo zwykle probuje sie dbac o glowne skladniki jak mieso... z drugiej czasami mam wrazenie, ze jest to taki owczy pęd za tym co modne. Moje ostatnie zaskoczenie burgerowe to burger z dżemem chilli :)

    OdpowiedzUsuń
  2. No i kolejny lokal wpisuję na listę! Dzięki Aniu!

    OdpowiedzUsuń
  3. Dobrze wiedzieć, że jest taki fajny blog z mojego miasta :)
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja niestety nie mogę pochwalić tego miejsca, uderzyła mnie arogancka obsługa, która zachowywała się jkby za karę musiała nas obsłużyć...Byliśmy tam we trójkę... na burgery czekaliśmy jakieś pół godziny a później .. przyszły dwa zamówienia a trzecie.... hmmm a trzecie w lesie, bo rzekomo kucharz się pomylił... także zjadłam dopiero wtedy kiedy znajomi już dawno byli po posiłku... choć zjadłam to może zbyt szumnie powiedziane.. bo kiedy dostałam już swojego burgera okazało się, że w środku mięso jest surowe... Także na pewno tam nie wrócę...głównie ze względu na kapryśną obsługę...

    OdpowiedzUsuń
  5. Burger XL z cheddarem był smaczny, ale bez rewelacji. Ser w ilości raczej śladowej, mięso kompletnie niesłone (a nie należę do przesadnie solących), bekon nieco za słodki i o wiele za cienki (był przezroczysty jak plasterek prosciutto).
    Bardzo smaczne frytki belgijskie.
    Herbatę naprawdę można by podawać w imbryku, zaparzoną, a nie jak w PRL - torebka ekspresowej i wrzątek osobno...
    Miła obsługa.

    OdpowiedzUsuń