8 marca 2013

Raw Organic "RO" (Kraków)


Wysoki sufit, białe ściany, jakaś szmatka dla dekoracji, długie zwisające kable z lampami – już na progu widać, że w RO nie tylko jedzenie jest surowe – wnętrze również. Dominują zimne kolory i odcienie szarości, a jasnoróżowe pseudodesignerskie krzesła raczej nie pomagają ożywić tego wnętrza. Ale może właśnie taki był zamysł?

Czasem nie wychodząc z domu jestem w stanie ocenić, czy restauracja ma powodzenie – kiedy nikt nie pyta mnie przy rezerwacji o nazwisko, wiem już, że mogę spodziewać się pustego lokalu. Moje przypuszczenia się sprawdziły – oprócz mnie w RO były jeszcze tylko cztery osoby. Nie będzie problemu – pomyślałam, mimo że rozmówczyni uprzedziła mnie, że „jest dzisiaj sama” i „dziewczyny jej się pochorowały”, więc będzie trzeba „troszeczkę dłużej zaczekać”.

Usiadłam więc tuż przy oknie z widokiem na Plac Wolnica, słuchając całkiem fajnej muzyki przerywanej co trochę odgłosami krojenia warzyw na sałatkę. Nie sądziłam jednak, że przyjdzie mi oddawać się tej czynności tak długo – menu wzięłam sobie sama, a kelnerka podeszła do mnie po dobrych dziesięciu minutach od podjęcia decyzji o tym, co zjem.

Ale i tu pojawiły się problemy. Brownie? Nie ma. Tiramisu? Brak. To wyjątkowa sytuacja, „jest dzisiaj sama”. Zupa pomidorowa? Niestety. Cóż, bałam się strzelać dalej – trzeba brać, co jest. Na szczęście był zestaw „Poznaj Raw”, który idealnie pasował do okazji, mogłam bowiem spróbować jednocześnie kilku rzeczy (wyboru zupy nie było, bo z pięciu wypisanych w karcie dostępny był tylko barszcz). Mój entuzjazm jednak szybko minął, bo dane mi było skosztować surowych specjałów po niemal… godzinie.

Gdy przez tyle czasu nie ma się czym zająć, różne myśli przychodzą do głowy. Ja przede wszystkim zaczęłam się zastanawiać nad logiką tego, co się tam wydarzyło. Czy nie lepiej było po prostu zamknąć lokal tego dnia? Pozostali goście, bardzo zresztą zadowoleni i chwalący sobie wszystko, co dane im było zjeść, wyszli nie tak długo po moim przyjściu, więc aż trudno mi sobie wyobrazić, jak działałoby to miejsce gdyby wszystkie, co najmniej dwadzieścia cztery miejsca (tak, z nudów policzyłam) były zajęte. Nawet gdyby więcej osób obsługiwało klientów, na przykład o dwie więcej, to i tak czas oczekiwania byłby bardzo długi, jak na – przecież! – surowe dania bez żadnej obróbki termicznej.

Nawet napoje dotarły z ogromnym poślizgiem. Shake „Szybka energia” z bananem, jabłkiem i pomarańczą (na tego ze szpinakiem i bananem się nie odważyłam) był zaserwowany w temperaturze pokojowej, za co ogromny plus, bo nie lubię chłodnych napojów zimą. Był pyszny. Spróbowałam też „Eksplozji witalności” (9 zł) – świeżo wyciskanego soku z marchewki, cytryny i jabłka. Według tego, co wyczytałam (a i na to miałam czas, jak możecie sobie wyobrazić), soki przygotowywane są z „owoców i warzyw pochodzących z upraw organicznych” oraz w „wolnoobrotowej wyciskarce dwuślimakowej, co gwarantuje uzyskanie o 50% więcej wartości odżywczych”. Uwielbiam świeżo wyciskane soki, ten również mi smakował, ale nie wiem, czy zawdzięczam to akurat tym ślimakom.

Gdy już pooglądałam wszystko, co było do pooglądania i przeczytałam wszystko, co było do przeczytania, wybrałam się na zwiedzanie ekologicznego sklepu, który znajduje się w głębi lokalu. Kupimy tam wszystko eko, raw i w ogóle organic – makarony, owoce, warzywa, wrapy, ciastka, czekolady i co tylko dusza zapragnie (nawet eko-żelki bez żelatyny). Wtedy właśnie moje zamówienie dotarło do stolika.

Trzeba przyznać, że prezentowało się świetnie. Po zobaczeniu całego zestawu zaczęłam rozumieć, czemu zupa nie została podana wcześniej. Na ogromnym talerzu były wszystkie cztery porcje: w maleńkiej miseczce chłodny, mocno bordowy barszcz o bardzo intensywnym smaku, obok trzy cieniutkie i chrupiące chlebki Raw z pastą z orzechów nerkowca i ziołami, sałatka z ogórkiem, marchewką, suszonymi pomidorami i świeżą sałatą, a obok lasagne – dla mnie podobno większa niż zwykle (w ramach przeprosin za długi czas oczekiwania) – tak naprawdę mało przypominające prawdziwą lasagne owinięte w cieniutkie, delikatne plasterki cukinii warzywne smakowitości, posypane pieczarkami i sezamem. Kolorowo, surowo, ale bardzo, bardzo smacznie. Fakt – jemy też oczami (i z wielkim apetytem po długim wyczekiwaniu), ale byłam prawdziwie zaskoczona, jak dobre, jak wyraziste jest to, co właśnie jem.

Następnie skusiłam się na „Niebiańską szarlotkę” (12 zł) – w gablocie prezentowała się średniawo, ale miałam ochotę na zdrowy deser, poza tym mimo że lasagne była większa niż standardowa, miałam jeszcze trochę miejsca na coś słodkiego. I znowu – szarlotka była pyszna; delikatne płatki jabłek i sporo cynamonu (może nieco za dużo), do tego baza z orzechów i rodzynek – pycha! Za to kawa, espresso (7 zł) – podobno z Javy, stuprocentowa Arabica „aromatyczna, pełna smaku i zawsze świeżo palona” – wypadła bardzo blado, na dodatek była podana bez cukru (a szarlotka bez serwetki).

Żeby było jasne – zdaję sobie sprawę, że prawdopodobnie miałam zwykłego pecha, RO zresztą też go miało, że akurat w ten dzień przyszłam pisać recenzję. Ale tak to już jest z recenzjami – każda jest subiektywna i zależy od wielu przeróżnych okoliczności, które przecież nieustannie mogą ulegać zmianom. Ja trafiłam na „wyjątkową sytuację”, czego bardzo żałuję, bo skutecznie zniechęciła mnie do kolejnych wizyt, przynajmniej w najbliższym czasie.

Ta recenzja została napisana dla magazynu Lounge (#49, str. 36-37).



6 komentarzy :

  1. Sutuacja nie była wyjątkowa a właścicielka wtedy została sama bo od wielu miesiecy nie płąciła pensji pracownikom... :( Jedzenie zdrowe i pyszne było na początku później ogórki i pomidory z pobl;iskiego carrefoura niestety...włascicielka oszustka i naciagaczka oczyszczajaca dzieciece dusze z demonów masakra ale pieniadze to rwalna sprawa a ta wiele ich wisi różnym ludziom masakra

    OdpowiedzUsuń
  2. Potwierdzam powyższy komentarz. Podobnie postępowała właścicielka w Gliwicach, gdzie wcześniej "położyła" dwie firmy.Produkty, które miały być eko, raw i co tam jeszcze niczym nie różniły się od tych zwykłych, no chyba, że wielokrotnie ceną. Pracownicy również odeszli bez wypłaty. Jeśli chodzi o sferę ducha, rownież się zgadzam. Uważam, że właścicielka coraz bardziej zagłębia się w swoim szaleństwie naciągając coraz to więcej ludzi.

    OdpowiedzUsuń
  3. Bzdury wypisujecie a dlaczego to wiem nie chce mi się tu rozpisywać napisze w skrócie JEsteSCie bardzo Złośliwe ...

    OdpowiedzUsuń
  4. Jeżeli ktoś kogoś zwalnia z pracy to póżniej wypisuje bzdury

    OdpowiedzUsuń
  5. Podpisuję się pod pierwszymi dwoma opiniami obydwoma rękami. Miejsce wyjątkowo surowe i niesympatyczne - tak jak włascicielka lokalu. Opisana w recenzji sytuacja nie była absolutnie wyjątkowa. Tak było każdego dnia. Lokal zimny, pusty... pewno dlatego klientów można było na palcach u jednej ręki policzyć. Co do wypłat nie mogę się wypowiedzieć, bo nie byłam pracownikiem tej Pani - na szczęście. Bardzo dobrze, że miejsce to znikło z mapy krakowskich restauracji, nie ma czego żałować.

    OdpowiedzUsuń
  6. oczyszczczka zagubionych dusz...a ilu ludziom wisi pieniadze.......teraz naciaga pod marka na fb "kocham raw food - ale jej czas sie konczy

    OdpowiedzUsuń