12 kwietnia 2013

Aqua e Vino (Kraków)


Pisałam już kiedyś na blogu, że w Krakowie mamy 1953048207418... restauracji włoskich, i że jest to przesada. Nie pisałam, ile z nich jest prowadzonych przez Włochów, a można je policzyć na palcach jednej ręki. Aqua e Vino ukrywa się gdzieś na Wiślnej, dosłownie kilka kroków od Rynku Głównego, ale nie świeci reklamami o „piecu opalanym drewnem” – ba, w menu nawet nie ma pizzy! A nie świeci, bo nie musi.

Restauracja, prowadzona przez dwóch sympatycznych Włochów, została laureatem rankingu portalu Cracow Life w kategorii „Best Place to Eat 2012”, rankingu tworzonego od siedmiu lat na podstawie komentarzy klientów. Dopiero wtedy ta nazwa po raz pierwszy mignęła mi przed oczami. Bo mimo że Wiślną przechodziłam już setki razy, tego lokalu nie zauważyłam nigdy. A nawet gdybym zauważyła, pomyślałabym „ot, kolejna włoska knajpa” i poszłabym dalej (popełniwszy błąd).

Zamiłowanie Polaków do kuchni włoskiej przerodziło się już w pewnego rodzaju modę (czy może moda w zamiłowanie…?); modę, która jest dla mnie odrobinę męcząca i nierzadko po prostu irytująca. Mam nieodparte wrażenie, że wielu otwiera swoje podwoje z dumnym szyldem „prawdziwa kuchnia włoska” gdy tylko nauczy się gotować makaron. Albo gdy zbuduje piec opalany drewnem, rzecz jasna. Konsekwencja tego jest taka, że przeciętny Polak na pytanie „Jaka jest twoja ulubiona kuchnia?” odpowie „włoska”, tylko dlatego, że co weekend zamawia do domu pizzę. Włosi muszą mieć z tego niezły ubaw.

Podejrzewam, że Roberto i Francisco mieliby dość spory. W ich menu nie ma żadnej pizzy, co jest wspaniałe, bo zmusza odwiedzających do spróbowania czegoś innego i przekonania się, że Włochy to coś więcej niż cienki placek z kilkoma dodatkami ze stopionym serem.

Do Aqua e Vino trudno mi było trafić – przy ulicy wisi skromny szyld, a wszystkie sale znajdują się w piwnicy. Zanim odkryłam, że sala restauracyjna jest za grubą zasłoną, trafiłam najpierw do… toalety. Po uchyleniu zasłonki zastałam niewielką salkę z wielkimi, czarno-białymi fotografiami włoskich aktorów, lustrami, kamiennymi murami i skórzanymi kanapami otaczającymi całe pomieszczenie. Masywne stoliki poupychane są jeden obok drugiego, przez co dojście do kanapy nie jest wygodne i stwarza poczucie ciasnoty. Wnętrze – mimo że czarno-białe i chłodne – jest przytulne na tyle, na ile można to osiągnąć w piwnicznych lochach.

Na każdym stole czeka na gości ocet balsamiczny i butelka oliwy, a wraz z pojawieniem się koszyczka z pieczywem, dostawiany jest młynek z pieprzem i dodatkowa oliwa (według mnie gorsza od tej na stole, bo gorzkawa). Sympatyczna kelnerka (którą pamiętam z rozmowy telefonicznej, bo dawno nikt nie przyjmował ode mnie rezerwacji tak profesjonalnie) wymieniła wszystkie dania dnia – było ich dużo, przez co zapamiętałam tylko ostatnie; z pewnością bardziej komfortową opcją byłaby tu drukowana na bieżąco wkładka z propozycjami dnia.

Skusiłam się na carpaccio z wołowiny z octem balsamicznym, rukolą i parmezanem (30 zł). Podane zostało pięknie: cienkie plastry skropione balsamico w towarzystwie sałat, suszonych pomidorów, naprawdę pokaźnych plastrów parmezanu i czarnych oliwek. Słabym ogniwem były właśnie te ostatnie – bez pestek i bez smaku, mogłoby się obejść bez nich, bo reszta smakowała wybornie. Tymczasem jedną z polecanych przystawek było Moscardini (35 zł), czyli danie z ośmiorniczek, na które skusiła się osoba towarzysząca – mój osobisty ekspert od owoców morza. Skusiła się ona, ale całą porcję zjadłam ja – moskardyny zanurzone w aksamitnym sosie były cudownie pełne smaku. Och – geniusz, po prostu!

Choć mogłabym zajadać się nimi do końca dnia, uległam chęci spróbowania czegoś oryginalnego i padło na fagottini con ricotta e pera al burro e salvia, czyli sakiewki z ricottą i gruszką na maśle z szałwią (39 zł). Danie wygląda prosto, bo biały talerz wypełnia tylko makaron w formie maleńkich, delikatnych pierożków, bez zbędnych dekoracji, ale smak jest wyjątkowy, bo aksamitna ricotta w połączeniu z gruszką tworzy kompozycję słodką, ale jednocześnie wyważoną. Trudno przygotować danie na słodko, które będzie się chciało jeść w nieskończoność, a to było jedno z nich. Szkoda tylko, że porcja jest niewielka – gdyby nie przystawki, z pewnością czułabym niedosyt.

Po drugiej stronie stołu wypatrzyłam spaghetti z małymi małżami (które znam tylko pod nazwą amêijoas) i pomidorkami koktajlowymi (42 zł). Doskonale ugotowany i pełen smaku makaron oraz pokaźna liczba fantastycznie przygotowanych małży składały się na kolejne, w pełni kompletne danie.

Tak dobry posiłek można zakończyć tylko równie dobrym deserem. Wiedział o tym sympatyczny Francisco, który widząc nasze niezdecydowanie nad stroną z deserami, zaproponował nieco mniejsze porcje aż trzech naszych typów, miałam więc okazję spróbować gotowanej śmietanki z północy Włoch, czyli panna cotty (18 zł), która zaskoczyła ukrytym w środku musem truskawkowym; zapiekanych lodów z bakaliami pod lekką pierzynką cukru pudru (20 zł) i doskonałego musu czekoladowego (20 zł), z białej i mlecznej czekolady, z dodatkiem sosu truskawkowego i chrupiących płatków migdałów (20 zł). Tej rozpuście towarzyszyło wino o bursztynowej barwie i zabawnej nazwie (Pass The Cookies!, 15 zł za kieliszek; serwowane z ciasteczkami Cantucci – 22 zł), które, ze względu na podobieństwo z portugalskim Moscatel de Setúbal, bardzo przypadło mi do gustu dzięki wyczuwalnej nutce karmelu, miodu i owoców cytrusowych.

Jak w każdym kraju Europy południowej, gdzie siedzenie przy stole jest ulubioną formą spędzania wolnego czasu, a jedzenie jest wręcz celebrowane, posiłek zakończyłam kawą. Espresso w Aqua e Vino tanie nie jest (8 zł), nie jest też tym, czego się spodziewałam (a po Włochach spodziewałam się perfekcyjnego), ale podane zostało tak, jak na południu – w gorącej filiżance i w dobrych proporcjach.

Może i mamy te setki restauracji włoskich w Krakowie, może mamy ich nawet powyżej uszu, ale do Aqua e Vino grzechem byłoby nie zajrzeć. Duży minus w postaci wysokich cen jest czymś, co przestaje być istotne, gdy wkłada się do ust pierwszy kęs. Ci, którzy potrafią docenić wysoką jakość, południową gościnność i autentyczną, kompletną kuchnię, nie będą zawiedzeni!

Moją opinię o restauracji Aqua e Vino możecie również przeczytać w Lounge (#50).




Wszystkie zdjęcia, jak zwykle, w galerii na Facebooku.

3 komentarze :

  1. Choćby restauracja była nie wiadomo jak dobra, to i tak nie może się równać się z restauracjami we Włoszech. Co roku jeżdżę tam na wakacje więc mam porównanie. Jedzenie o niebo lepsze.

    OdpowiedzUsuń
  2. Jeśli chcesz zabłysnąć i zaprosić znajomych na naprawdę dobre, wyszukane jedzenie to śmiało polecam. Ja tak zrobiłem. Niestety 4 osoby, przystawka, danie główne plus duża karafka wina to wydatek sześciu stów! Nie na polską kieszeń. Sobota wieczorem. Było pełno. Koniecznie trzeba rezerwować stolik. Wokoło prawie sami obcokrajowcy. Wrzeszczący Amerykanie. Jakiś młody makroniarz wpadł spałaszować, widać swoje ulubione tagliolini z krewetkami. Obok nad jednym daniem "modliła" się miejscowa, zakochana para. Chyba zastanawiali się czy im starczy kasy jak zamówią jeszcze, świetne Tisramisu. Polecam Carpaccio a potem stek wołowy - jakościowo niemal jak argentyński. Wśród obsługi panuje dyscyplina i profesjonalizm. Cały czas między nimi krząta się szef. Włoch. Jeden z dwóch właścicieli. Oj wiedzą, że jest czego pilnować bo każdy gość jak już usiadł tu zostawi dużo.

    OdpowiedzUsuń
  3. fagottini con ricotta e pera al burro e salvia, -Kupione w Nort Coast A wiec niedopuszczalne wszystko mowi za siebie

    OdpowiedzUsuń

Spodobał Ci się tekst? A może nie zgadzasz się z moją opinią? Chętnie poznam Twoje zdanie!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...