13 maja 2013

Pastele (Kraków)


Z okazji drugich urodzin bloga zorganizowałam głosowanie, w którym moi czytelnicy mogli wybrać restaurację w Krakowie, o której miałam napisać w następnej kolejności. Pojawiło się kilka ciekawych propozycji, ale najwięcej głosów otrzymała restauracja Pastele (pełna lista – tutaj). Dopiero teraz więc miałam okazję wstąpić do tego otwartego w zapowiadany dzień końca świata lokalu. A co zastałam? Prawdziwy koniec świata czy restaurację z potencjałem?

Na początek lokal bardzo miło mnie zaskoczył, bo prezentował się o wiele lepiej niż na zdjęciach. Wnętrze jest długie, stoliki z jasnego drewna ustawione są w rzędzie pod ścianą, ale lokal ma też osobny kącik pośród półek z butelkami win z jakże modnym ostatnio common table – tu stół z ciemnego drewna świetnie komponuje się z wysokimi czarnymi krzesłami, niezwykle oryginalnym sufitem w postaci gęsto pozawieszanych kołyszących się lekko białych „lampionów” i mnogością kolorów, drewna i różnorakich faktur i materiałów w zaskakujący, ale harmonijny sposób wypełniających całą restaurację. Na końcu na gości czeka przyjemny ogródek, choć może to zbyt duże słowo na określenie kawałka trawnika z leżakami i kilkoma zwykłymi stolikami, ale i tak jest to całkiem przyjemne miejsce jak na centrum miasta, bo tuż przy Parku J. Kurka. Cały efekt tego zmyślnie zaprojektowanego, nowoczesnego wnętrza psują odrobinę parasole z reklamą piwa, ale pomijając ten szczegół, restauracja ma fajny, lekki klimat, wręcz trochę nie-krakowski; może to dlatego, że nie kryje się ani w w zabytkowej kamienicy, ani w mrocznych piwnicach?

Karta jest niedługa, co niektórych może zniechęcić, ale należy cieszyć się, że coraz więcej lokali stawia na krótkie menu, które wzbudza większe zaufanie co do świeżości dań i składników. Roladki z grillowanej cukinii ze szpinakiem i serem feta (13 zł) oraz Bruschetta z pomidorami (9 zł) pojawiły się na naszym stoliku jako pierwsze i też tu pojawiło się pierwsze rozczarowanie. Bruschetta dla mnie była niezjadliwa (choć towarzysz dał jej radę, lecz bez większej przyjemności) – pomidory musiały przeleżeć już swoje, bo pachniały mało apetycznie, a więc i smak był dla mnie nie do zaakceptowania. Niedoprawiona, bardzo przeciętna przystawka, która wymaga przemyślenia. Za to roladki się obroniły – nie mam im nic do zarzucenia, ale też czy połączenie szpinaku i fety mogłoby się kiedyś nie sprawdzić?

Na drugie danie wybrałam polędwiczkę wieprzową z sosem z młotkowanego pieprzu (23 zł) z mieszanką sałat z winegretem (6 zł) i opiekanymi ziemniakami (6 zł) – wszystko było świetne (może oprócz ziemniaków – w towarzystwie ziół, ale nieco niedosolone; jadałam lepsze) – i wyborny sos z wyraźną nutką pieprzu, soczysta, i miękka polędwiczka, i chrupiąca rukola z dressingiem. Szkoda tylko, że kelnerka wprowadziła mnie w błąd, gdy pytałam, czy do dań należy dobrać dodatki – usłyszałam odpowiedź twierdzącą, co według mnie mijało się z prawdą, bo ilość rukoli podana z polędwiczkami bez wątpienia uznana może być za dodatek, a przez tę błędną informację kelnerki zamówiłam osobną sałatkę; i choć pyszna, była po prostu zbędna. To niestety nie ostatnia wpadka uśmiechniętej obsługi – dania główne przyniesiono bez uprzedniego usunięcia naczyń po przystawkach, zabrane wraz z naczyniami zużyte serwetki nie zostały zastąpione nowymi, a brudne talerze sprzątnięte zostały w pierwszej kolejności z pustych stolików, a dopiero później z naszego i tym podobne.

Tego wieczoru spróbowałam też domowego burgera z serem cheddar i frytkami (19 zł). Prezentował się bardzo apetycznie: okazały burger z bardzo smacznego, soczystego mięsa wołowego, doskonale wysmażony chrupiący boczek w towarzystwie czerwonej cebuli, plastrów pomidora, ogórka kiszonego i ogromnych liści dobrej jakości sałaty, a wszystko to na świetnie podpieczonych, pokaźnych połówkach bułki oprószonej sezamem i z miseczką ketchupu, z którego w ogóle nie skorzystałam, bo po prostu nie wolno psuć sobie tak genialnego doznania smakowego jakimś sztucznym pomidorowym sosem. Ten burger był fantastyczny. Gratulacje!

Na koniec zmieściliśmy jeszcze tiramisu (9 zł) i choć początkowo obawiałam się, że będzie porażką (jaką było na przykład TU) ze względu na sposób podania w stożkowym kieliszku, okazało się bardzo dobre – obawiałam się, na samym dnie znajdę kawalątek biszkoptu, a dostałam bardzo smaczny deser poprzekładany warstwowo. W Pastelach doświadczyłam więc kilku rzeczy zdecydowanie na „tak” i… kilku na „nie”. Ale choć lokal podczas mojej wizyty zaprezentował się tak niejednolicie, ma w menu kilka perełek i myślę, że jest tylko kwestią czasu, trafnych wyborów i odpowiedniego przeszkolenia obsługi, by stał się restauracją, do której czasem warto będzie wracać.

Plus: nietuzinkowe wnętrze, muzyka, niedługie menu, fantastyczny hamburger.
Minus: drobne, ale liczne wpadki obsługi, niektóre dania niedopracowane.
Polecam na: obiad, lunch, posiłek ze znajomymi.
Adres: ul. Szlak 67 (zobacz mapę)
Średnia ocena: 3,75 na 5             Jedzenie – 4/5      Obsługa – 2.5/5      Wnętrze – 4.5/5     Ceny – 4/5




5 komentarzy :

  1. pyszne burgerki ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. coraz ciężej o dobry personel...

    OdpowiedzUsuń
  3. Gdyby płacili przyzwoicie to nie byłoby problemu z zatrudnieniem profesjonalnego kelnera. Obsługa jak na taki lokal jest w porządku. Jeśli chce się mieć super jedzenie, wspaniałą obsługę i do tego cudowne wnętrze to polecam restaurację Trzy Rybki w Hotelu Starym. Wszystko idealne. A ceny także dostosowane do jakości.

    OdpowiedzUsuń
  4. okropne jedzenie :-(

    OdpowiedzUsuń

Spodobał Ci się tekst? A może nie zgadzasz się z moją opinią? Chętnie poznam Twoje zdanie!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...