3 czerwca 2013

Alchemia od Kuchni (Kraków)

W Krakowie dzieje się coraz lepiej. Jak zwykle nowe knajpy wyrastają jak grzyby po deszczu, ale mam wrażenie, że z każdym rokiem jest lepiej, że coraz więcej jest miejsc, do których będzie warto często zaglądać i które mogą regularnie zaskakiwać. Klub Alchemia na Kazimierzu kojarzył mi się zawsze z bardzo popularnym, klimatycznym, ale dość mrocznym wnętrzem. Tymczasem tuż za jego ścianą odkryłam nową stronę Alchemii.

Jest zupełnie inaczej: jest światło, jest miło. Czarny sufit kontrastuje z szarością jednej ściany i białymi kafelkami na drugiej. Z kolei ściana ceglana celowo eksponuje czarne kable reflektorów, a naprzeciw niej, tuż przy długiej ciemnoturkusowej kanapie z wysokim oparciem, stoi kilka tak modnych ostatnio dwuosobowych stolików. Wnętrze jest, niestety, dość małe (przewiduję, że już niebawem będziemy się bić o rezerwacje), ale choć wydaje się banalne, widać, że jest przemyślane.

Dostaliśmy nie za długie, przejrzyste, świeżo drukowane menu – brakowało wersji angielskiej, ale to podobno dlatego, że jest często aktualizowane (ciekawe jak poradzili sobie z nim siedzący wtedy w lokalu liczni obcokrajowcy?). Kelnerzy są młodzi, sympatyczni, ale wciąż jeszcze nieco przestraszeni (restaurację otwarto zaledwie dwa tygodnie temu) i momentami sprawiający wrażenie niedoświadczonych, choć pozytywnie zaskoczyła mnie reakcja na pochwały – kelner, zamiast grzecznie podziękować, dopytywał, co szczególnie przypadło nam do gustu. Przypomina mi to zupełnie odmienną, kuriozalną sytuację sprzed tygodnia w Pizzy Hut (w której, od razu mówię, wylądowałam raczej z przymusu niż z chęci), gdzie niby profesjonalna kelnerka przybrała bardzo zabawną, zszokowaną minę (po czym odeszła), gdy odważyłam się skrytykować sałatkę dosłownie pływającą w occie balsamicznym – po co pytanie „Czy wszystko u państwa w porządku?”, skoro nie wie, co zrobić, gdy się okaże, że nie?

W menu spotkaliśmy pozycje bardzo różnorodne: są potrawy mięsne i wegetariańskie; są pewne wpływy azjatyckie i włoskie; są owoce morza (w intrygującym Fish Pie) i hamburgery. Właśnie jeden z tych ostatnich, z serem halloumi, przykuł moją uwagę w pierwszej kolejności, ale ostatecznie poszłam w inną stronę: na przystawkę wybrałam pizzerini, czyli minipizzę z sosem pomidorowym, mozzarellą, szynką parmeńską, salami i kiełbasą włoską (9 zł). Jeśli chodzi o pizzę, jak wiecie, podchodzę do niej sceptycznie w miejscach, które nie są moim faworytem (którego nikt jeszcze nie był w stanie pobić), ale ta w Alchemii była szalenie smaczna: cieniutka, cudownie chrupiąca, ze świetną kombinacją składników; podana z minisałatką w emaliowanej miseczce skropioną wyborną oliwą z oliwek.

Następnie spróbowałam szaszłyków z marynowanego kurczaka (satay) z sałatką z cytrusów, sosem z orzeszków ziemnych i chlebkiem naan (21 zł). Kurczak sam w sobie banalny, ale może dlatego, że to sos był absolutnym bohaterem tego dania – doprawdy, dawno nie jadłam czegoś tak pysznego; wyrazisty smak orzeszków przeplatany słodyczą wiórków kokosowych, czy to z miękkim mięsem, czy chrupiącym chlebkiem, smakował obłędnie! A sałatka z kawałkami grejpfruta i pomarańczy dodawała całemu daniu miłego orzeźwienia.

Tymczasem naprzeciw mnie osoba towarzysząca zajadała się burgerem z kiełbaskami chorizo (24 zł) i miała przy tym niemały problem, bo kiełbaski za nic nie chciały się trzymać w obrębie bułki, za to doskonale komponowały się z rukolą. Uważam że zarówno sos czosnkowy, jak i domowe frytki, z którymi podany był burger, mogłyby być lepsze (ten pierwszy bardziej aromatyczny i lżejszy, a ziemniaczki – przyprószone ziołami i mniej tłuste), ale całość, w tym prezentacja, wyszła jak najbardziej na plus.  

I na tym skończyłaby się ta recenzja, a pochwałom nie byłoby końca… gdyby nie potwornie długi czas oczekiwania na dania. Zegarka nie kontrolowałam, ale burgerożerca uświadomił mi, że nie było to pół godziny (jak ja myślałam), lecz godzina od momentu naszego wejścia do Alchemii od Kuchni, aż dania główne dotarły do naszego stolika. I tym nieco negatywnym akcentem zakończyłabym ten tekst, gdyby nie to, że na stole wylądowały dwa desery na koszt firmy w ramach zadośćuczynienia za opieszałość kuchni. Lemon posset (wartość 14 zł) – okazał się pysznym, aksamitnym, lekko cytrynowym kremem przybranym słodko-kwaśnym musem z rabarbaru, podanym w uroczym słoiczku w towarzystwie dwóch ciepłych maślanych ciastek.

I wtedy aż miałam ochotę osobiście pogratulować temu, kto dowodzi tym przybytkiem – tak właśnie powinno się traktować swoich klientów. I mówię to ja, po wielu nieudanych wizytach w krakowskich restauracjach, po częstym zażenowaniu i wielu rozczarowaniach krakowską obsługą i podejściem do gości. Brawo Alchemio od Kuchni – bez wątpienia do ciebie wrócę!

Plus: nieszablonowe potrawy, dopracowany koncept całości, pyszne dania, zainteresowana klientem obsługa.
Minus: długi czas oczekiwania na posiłek.
Polecam na: oryginalne dania z różnych stron świata.
Adres: ul. Estery 5 | mapa | Facebook
Średnia ocena: 4,36 na 5.    Jedzenie – 4.5/5      Obsługa – 4/5      Wnętrze – 4/5     Ceny – 5/5



8 komentarzy :

  1. Ładne, jasne wnętrze, przyzwoicie smacznie choć bez kulinarnych fajerwerków, jak na tego rodzaju menu wg mnie nieco wygórowanie ceny: za sałatkę z buraków, bez jakiś specjalnych dodatków, wielkości przystawki 21pln to trochę za dużo. ale ogólnie na plus :)

    OdpowiedzUsuń
  2. uwielbiam ten lokal i moge napisac tylko tyle,ze wole zaplacic ciut wiecej i dluzej poczekac ale zjesc tak jak lubie..gorace,estetycznie podane i smaczne:)

    OdpowiedzUsuń
  3. Kurczak satay i kurczak curry zdecydowanie wymiatają. Takoż dołączany do nich chlebek naan. Trochę szkoda, że w nowym menu nie ma już marokańskiego gulaszu, bo bardzo miałem ochotę go spróbować. Ceny nieco wzrosły i obecnie nie można już nazwać ich niskimi. Obsługa specyficzna, zwyczajnie nonszalancka, ale mimo wszystko profesjonalna. Niezwykle miły akcent stanowią "darmowe" czekadełka. Mnie uraczono pysznymi, wielkimi winogronami. Na pewno jeszcze tam zajrzę.

    OdpowiedzUsuń
  4. Byłam , jadłam sałatkę z serem hallumni i kokosowy deser - pyszności:) jedynie obsługa...jakby nie z tego lokalu...pasowaliby raczej do zakopconej knajpy i podawania hektolitrów piwa a nie jedzenia...A poza tym i wnętrza i jedzonko bardzo dobre:) mało chlebka naan- tak smaczny, ze zjadłoby się więcej:)

    OdpowiedzUsuń
  5. jesli chcesz przyjsc do lokalu w towarzystwie 20 latkow - swietne miejsce, jesli nie - nie polecam

    OdpowiedzUsuń
  6. Chyba po ponad dwóch latach działalności restauracji trochę się zmieniło. Byłam i zamówiłam lunch dnia. Zupa oraz risotto byłyby bardzo dobre gdyby nie szalona ilość soli w obu daniach. Jednak najgorsze było to, że kelnerzy wiedzieli, że dania są niejadalne, bo kiedy zapytano nas czy wszystko ok, odpowiedzieliśmy, że niestety nie, po czym kelner od razu zapytał czy było za słone. Kiedy to potwierdziliśmy przyjął informację bez żadnego poruszenia ani odrobiny przeprosin. W duchu liczyliśmy na jakąś zniżkę do rachunku skoro obsługa wie, że daje jedzenie, którego nie da się przełknąć, ale niestety nie. Także więcej chyba nie zajrzę, chyba że urzeknie mnie jakieś konkretne danie.

    OdpowiedzUsuń
  7. Aniu, może odświeżysz tą recenzję, w menu (poza burgerem) niema już ani jednego z recenzowanych dań, poza tym, fajnie by było dowiedzieć się jak Twoim zdaniem zmieniła się ta restauracja.

    OdpowiedzUsuń
  8. Recenzja niestety ma się nijak do aktualnej rzeczywistości :( Restauracja obniżyła poziom i to znacząco. Surowe w środku burgery (uprzedzam: nie krwiste bo to z mielonego mięsa jest zrobione) frytki przypalone i ewidentnie zmięte jakby czekały kilka godzin aż ktoś je uratuje i zje. Makaron z krewetkami zawierał 3 (!!!) malutkie krewetki - jak ktoś ma ochotę na dobrego burgera to wystarczy wejść za róg w ulice Warszauera a na makaron do Horai na Plac Wolnica ;)

    OdpowiedzUsuń