23 czerwca 2013

El Toro (Kraków)


Ramon z Kraju Basków i Marco, jego zastępca pochodzący z Katalonii, odpowiedzialni są za kuchnię w tej otwartej zaledwie miesiąc temu hiszpańskiej restauracji przy Placu Wolnica. Lokal mogący pochwalić się rodowitymi kucharzami z Hiszpanii z pewnością połowę marketingowego sukcesu ma już za sobą – ale i tak to jedzenie musi obronić się samo.

Zimna kolorystyka wnętrz El Toro, tylko gdzieniegdzie przełamana kolorowymi zdjęciami z gorącej Hiszpanii, zmierza raczej w kierunku skromnej elegancji gdzie nie ma zbędnych bibelotów. Ciemne blaty kontrastują z dekoracyjnymi bieżnikami i postawionymi na sztorc śnieżnobiałymi serwetami, a z kuchennych drzwi spoglądają na gości dwie czerwone głowy byków. Mimo hiszpańskiej nuty w głośnikach (był też czas na brazylijską lambadę…), raczej trudno poczuć się tam jak na wakacjach, ale przecież Hiszpania to nie tylko złociste plaże i drinki z parasolką, liczyłam więc na to, że to kuchnia wyjdzie w El Toro na pierwszy plan!

Do wizyty zachęciło mnie pewne słowo-klucz wypisane kredą na tablicy przy wejściu: bacalao. Kocham kuchnię portugalską i z utęsknieniem czekam na dzień, aż ktoś otworzy prawdziwą portugalską restaurację w Krakowie, gdzie mojego bacalhau będzie można zjeść na tych tysiąc i jeden sposobów, którymi chwalą się Portugalczycy. Hiszpanie tego fantastycznego, uprzednio mocno solonego i suszonego dorsza, przed przyrządzeniem moczonego co najmniej dwadzieścia cztery godziny, nie wykorzystują aż w takim szalonym stopniu jak ich zachodni sąsiedzi, ale jak widać i tu się pojawia – choć w El Toro tylko w jednym daniu oraz sałatce o nazwie templada z bacalao z sosem pil-pil (25 zł).

Ona więc wylądowała na moim stole jako pierwsza, choć do końca miałam wątpliwości co do tego, czy naprawdę zjem tego dorsza, bo kelnerka nie miała pojęcia, czy to dorsz atlantycki czy po prostu dorsz (jak głosi karta) i musiała dopytać w kuchni (a różnica jest znaczna – nie żartuję). Mieszanka różnych sałat w towarzystwie dwóch pomidorków koktajlowych była polana bardzo gęstym, ciepłym, nieco kleistym i słodkawym sosem, który krył pod sobą kawałki mięciutkiego dorsza (i dodatkowo posypany był niezjadliwym czosnkiem). Sos – im dłużej się go jadło, tym mniej smakował, ale bacalhau – niebo w gębie. Jak na początek nie było więc źle.

Bardzo byłam ciekawa ośmiornicy, którą chciała zamówić moja osoba towarzysząca, a wiedząc, że kosztuje zaledwie 28 zł, szczególnie chciałam zobaczyć rozmiar porcji, ale akurat tego dnia ośmiornicy nie było. W zamian polecono serwowane z ryżem basmati faszerowane kalmary (28 zł), według informacji kelnerki z nadzieniem z papryki, borowików, krewetek i pomidorów, w praktyce raczej bez tych ostatnich i też z niemal niezauważalną papryką. W każdym razie połączenie delikatnych borowików, krewetek i kalmarów uważam za fantastyczne odkrycie! Ja w tym czasie jadłam klasykę hiszpańskiej kuchni, czyli paellę. Wybrałam tę na sławnym ryżu z Calasparry w wersji „mixta”, czyli jednocześnie z mięsem (kurczakiem), owocami morza i warzywami (30 zł) – w El Toro z zieloną fasolką szparagową i czerwoną papryką. Była pyszna, ale to, co było w niej najpiękniejsze to intensywny zapach – zapach oceanu!

Ponownie w El Toro mój wybór podyktowany był wspomnieniem z Portugalii – to tam jadłam pierwszy raz gruszkę w czerwonym winie. W El Toro od razu zdecydowałam się więc na jabłko w karmelu i gruszkę w winie Rioja (12 zł). Ale deser mnie nie zachwycił – wino na talerzu mieszało się z karmelem, jabłko było w piecu zdecydowanie za długo, a bita śmietana okazała się zupełnie niepotrzebna i bardzo słaba. Tarta trzy czekolady (12 zł) też nie była strzałem w dziesiątkę – wyglądała jak torcik z raczej mało zachęcającym wierzchem, podana z jakimiś mało apetycznymi, papierowymi wiórkami czekoladowymi i tą samą nieszczęsną bitą śmietaną.

Wyszliśmy najedzeni, ale nie do końca zadowoleni, a ja czułam, że jeszcze nie koniec testowania tego miejsca. Brakowało bowiem jednego, jakże ważnego elementu hiszpańskiej kultury – tapas! Ulotki, które otrzymaliśmy po pierwszej wizycie uprawniały do darmowego tapas przy kolejnej, co, gdy nadarzyła się okazja, zachęciło nas do ponownego wejścia do El Toro.

Wszystkie tapas dumnie wystawione są na ladzie tuż przy wejściu. Największe wrażenie robi szynka iberyjska (jamon ibérico de bellota), która uznawana jest za najbardziej wykwintną, cytuję z Facebookowego profilu El Toro, „gdyż świnie wypasane są na wolności i karmione żołędziami”. Co dziwne, szynka nie jest podawana w formie tapas (chorizo niestety też nie), a jedynym sposobem na spróbowanie jej jest zamówienie zestawu za 46 zł, gdzie oprócz talerza szynki dostaniemy dwie lampki wina. Można też poprosić o skosztowanie dosłownie plasterka, co uczyniliśmy i, muszę przyznać, jest naprawdę genialna.

Jedna rzecz, która w organizacji tapas w El Toro mi się średnio podobna, to fakt, że nie ma menu. Jeśli goście siedzą w sali w głębi, muszą przejść cały lokal, by stanąć z kelnerem tuż obok innych jedzących klientów, i czekać aż ten opisze każdy rodzaj z osobna, nie podając przy tym konkretnych cen (wszystkie tapas wahają się od 4 do 20 zł). Owszem, ten system może i sprawdza się w hiszpańskich cervecerías, gdzie goście wiedzą czego chcą i od razu o to proszą nie potrzebując indywidualnej pielgrzymki do lady, ale w Polsce, gdzie jeszcze wielu nawet boi się popatrzeć na małże czy krewetki, uważam że menu z konkretnym opisem i cenami sprawdziłoby się lepiej. Choćby dlatego, że trudno zapamiętać co każde z nich zawiera, a wybór jest spory!

Mimo to odrobinę mnie rozczarował. Na pierwszy rzut oka wszystko wydawało się pływać w oliwach, winegretach lub majonezach i miałam wrażenie, że jedno podobne jest do drugiego – brakowało różnorodności, po prostu. Gratis otrzymaliśmy sałatkę (ensaladilla russa, 6 zł) i tortillę (tortilla española, 8 zł). Ta pierwsza – z marchewką, ziemniakami, jajkiem, groszkiem i majonezem była okropna – kwaśna i tłusta, aż bałam się ją dokończyć, a druga – choć smaczna (dobre połączenie cebuli i ziemniaków), nieco wyschnięta, bo pewnie od rana zdobiła ladę El Toro. Oprócz tego skusiliśmy się na salpicon de mariscos, czyli sałatkę z owocami morza (m.in. krewetki, paluszki krabowe, małże, ośmiornica) z dodatkiem papryki oraz sałatkę z krewetek i paluszków krabowych – też z zieloną i czerwoną papryką i majonezem. Do tego też pintxos, czyli małe kanapeczki sprzedawane na sztuki w cenie 8 zł – jedna z kurczakiem i jabłkiem, druga z małymi pikantnymi hiszpańskimi kiełbaskami – obie były bardzo, bardzo smaczne, choć cena nieco wygórowana, a i przygotowanie chyba przerosło kucharza, bo czekaliśmy na te dwie sztuki zdecydowanie za długo.

Obsłudze podczas pierwszej wizyty, oprócz małych luk w wiedzy na temat dorsza, nie można było niczego zarzucić – kelnerka była uśmiechnięta i rozmowna, a napoje i dania pojawiały się na stole bardzo szybko. Podczas drugiej wizyty było jednak nieco gorzej z powodu długiego czasu oczekiwania na napoje i kilku pomyłek, z których jedna była szczególnie nieprzyjemna – do rachunku doliczono „darmowe” tapas. Ze zwrotem oczywiście problemu nie było, ale gdybym zorientowała się w domu, mające zachęcać ulotki tylko bardzo by mnie zniechęciły… Z mojego doświadczenia w El Toro wynika, że jest to wciąż nierówna restauracja, zarówno pod względem obsługi, jak i jedzenia – czas pokaże, jak będzie się rozwijać i jak otwarci na tego typu kuchnię są mieszkańcy Krakowa.

Plus: ciekawa karta (a w niej dorsz atlantycki), schludny wystrój.
Minus: małe wpadki obsługi, nietrafione desery.
Polecam na: dorsza atlantyckiego, paellę, kalmary, pintxos; na randkę, oficjalne spotkanie.
Adres: Plac Wolnica 9 | mapa | Facebook
Średnia ocena: 3,75 na 5.   Jedzenie – 3.5/5     Obsługa – 4/5      Wnętrze – 3.5/5      Ceny – 4/5




Pozostałe zdjęcia, jak zwykle, w galerii na Facebooku - kliknij tutaj.

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz