11 lipca 2013

Alrina. Barka. Food & Live Music

Wybaczcie mi chaos w tytule, ale jestem lekko zdezorientowana. Logo mówi: Food. Life. Music. Barka mówi: Food & Live Music. Strona internetowa mówi: Alrina. Ale jeśli napiszę to ostatnie, to założę się, że nikt nie będzie wiedział, gdzie to jest. A Barka, to – wiadomo – może być tylko na Wiśle.

Ta, grubo ponad stuletnia, przycumowana jest przy Bulwarze Kurlandzkim tuż obok łączącej Podgórze z Kazimierzem Kładki Ojca Bernatka. Trochę w cieniu nowoczesnej Augusty, z zewnątrz może nie wygląda zbyt zachęcająco i pewnie dlatego przez długi czas ją omijałam, nie wiedząc nawet, że na jej pokładzie znajduje się restauracja. Pewnie większość kojarzy ją bardziej z przyjęć, imprez czy koncertów, które często są na Barce organizowane. Sama, w jesienny wieczór, spontanicznie trafiłam na jeden z nich z zaproszenia koleżanki. Zaskoczyły mnie wtedy dwie rzeczy. Pierwsza – jak stylowo i przytulnie urządzone jest jej wnętrze – wygodne kanapy przy okrągłym designerskim regale na książki, podwieszane białe tkaniny pod sufitem i oryginalne meble tworzące zgraną całość. I druga – dlaczego, oprócz kilkunastu znajomych mojej znajomej, prawie nikogo tam nie było?

Odniosłam wtedy wrażenie, że nikt o Barce nie wie, tak jak ja do tamtej pory. Ale teraz jest inaczej – jest ciepło, słonecznie, wakacyjnie, a na Kładce masa spacerujących turystów, rodzin z dziećmi i par wstępujących tłumnie i ochoczo na słoneczny pokład Barki. Zastanawiałam się, czy szybko zapełniający się gośćmi zadaszony pokład był oznaką tego, że Barka jest już znana, czy może tego, że przypadkowi turyści byli zwyczajnie spragnieni chłodnych napojów? Po tym jak między jesienią a wiosną miałam w tym lokalu kilka krótkich i nie do końca satysfakcjonujących epizodów, postanowiłam pójść na całość i zjeść tam raz a porządnie, od A do Z, od przystawki do deseru.

Menu jest krótkie, sezonowe i nie tylko ładne, ale też takie, które przyciąga wzrok; w porównaniu do poprzedniego jest bardziej intuicyjne, ze specjalnymi symbolami oznaczającymi typ dania (na przykład wegetariańskie, rybne, mięsne), rodzaj smaku, intensywność kawy. Jednak nie sam projekt menu, co jego zawartość jest godna uwagi. Przypuszczam, że niejeden przeciętny kładkospacerowicz wytrzeszczył na nie oczy i z powodu braku schabowego z frytkami wstał i poszedł szukać dalej. Ja zostałam, z niecierpliwością czekając na zamówione dania.

Moje „A”, czyli przystawka, czyli łosoś marynowany w burakach z chrupiącymi sałatami, świeżymi ziołami i winogronami (22 zł), była chyba najpiękniejszą sałatką jaką jadłam w ostatnim czasie – buraczki nadały płatom wędzonego łososia intensywnej purpurowej barwy, a w towarzystwie połówek winogron, kilku rodzajów sałat (faktycznie chrupiących) i kleksów gęstego sosu jogurtowego prezentowały się nadzwyczaj atrakcyjnie. Szkoda, że efektów tej marynaty właściwie nie było poznać – buraczki zostawiły po sobie bardzo znikomy smak, ale i tak całość – zarówno wizualnie, jak i smakowo – bardzo przypadła mi do gustu. Tego samego nie mogę jednak powiedzieć o kremie z młodych porów z kwaśnym jabłkiem (12 zł). Zupa okazała się mdła, niezbyt gęsta, porów nie było czuć właściwie wcale, a całość miała taki posmak, jakby ucierpiała z nadmiaru śmietany. Doceniam jednak pomysł z kosteczkami jabłka – dość oryginalne zagranie.

Polędwiczka wieprzowa w prażonej kaszy gryczanej z sosem z czarnej porzeczki na purée z fasoli (34 zł) to jedna z zaledwie siedmiu propozycji w sekcji Dania główne. Zwróciła moją uwagę dzięki kaszy – zdałam sobie sprawę, że dawno nie widziałam jej w restauracyjnym menu. Kojarzy się nam raczej z kuchnią domową, a przecież tak świetnie mogłaby się sprawdzić w nieco bardziej wyrafinowanej kuchni, czego dowodem było właśnie zamówione przeze mnie danie. Kawałki polędwiczki posmarowanej musztardą zwieńczone były przepysznymi, chrupkimi ziarenkami kaszy gryczanej i świeżymi kiełkami lucerny, a spoczywały na sosie z porzeczkami i delikatnym fasolowym purée. Towarzyszył im też szpinak, o którym nie było słowa w menu i który był jedynym słabym ogniwem tego dania. Zamiast niego chętnie zobaczyłabym na talerzu więcej wybornej kaszy czy purée z fasoli, bo porcja była naprawdę niewielka. Gdyby nie pokaźna przystawka w formie sałatki z łososiem, na pewno wyszłabym z Barki głodna.

Mam to szczęście, że najczęściej do restauracji nie chodzę sama i miałam okazję spróbować również polędwiczek z dorsza w sosie beurre blanc (35 zł). To klasyczny, pochodzący z Francji maślany sos, którego jednak nie byłam w stanie tu odróżnić… Ryba za to była delikatna i przyjemnie przypieczona, położona na długich, cienkich, chrupiących paskach marchewki oraz aksamitnym purée z pietruszki i zielonego groszku. Prezentowało się pięknie, było smaczne, ale – ostatecznie – to prażona kasza tego dnia wygrała!

Obsługujący nas kelner może nie był zbyt uśmiechnięty, ale za to zwinny i nienachalny. Wszystkie dania zostały podane w dobrym, nie za długim czasie, co pozytywnie mnie zaskoczyło, biorąc pod uwagę że był to słoneczny weekend pełen gości (tu zdecydowana poprawa w porównaniu do moich poprzednich wizyt na Barce). Ciastko francuskie z kremem waniliowym i konfiturą (12 zł) też dotarło w dobrym tempie i okazało się urocze – były to dwa puszyste kwadraty z ciasta francuskiego przedzielone pysznym, nie za słodkim kremem i truskawkową konfiturą posypane cukrem pudrem tuż obok dwóch kremowych krążków ozdobionych świeżymi truskawkami.

Mam wrażenie, że obecnie niewielu docenia kulinarny potencjał tego miejsca; obawiam się, że przechodnie wstępują na Barkę tylko na piwo lub deser, nie ryzykując „niepewnych” pozycji z menu lub też wychodzą zniechęceni maleńkimi porcjami. Lecz to tylko moje przypuszczenia, które biorą się stąd, że wcześniej nic o Barce nie słyszałam. Okazuje się jednak, że może się ona pochwalić naprawdę przyjemnym wnętrzem (które według mnie prezentuje się znacznie lepiej wieczorem niż w ciągu dnia), równie przyjemnym pokładem i przede wszystkim – świetnymi daniami, na które też szalenie przyjemnie się patrzy!

Tę recenzję napisałam dla magazynu Lounge (#53).





Wszystkie zdjęcia dań obejrzycie w galerii na Facebooku.

1 komentarz :

  1. Uwielbiam Barke, choc bywam tam raz na jakis czas wlasnie na koncertach. Z tego, co wiem kucharz sie zmienil i menu takaze a po francuskich ciastkach nie ma juz sladu. Ja z tego powodu nie ubolewam, bo probowalam i mam odmienne od Pani zdanie - to byl totalny niewypal, calosc bez smaku i wyrazu, mocno przekombinowane danie, slowem duze rozczarowanie. Beza okazla sie duzo lepszym pomyslem, choc nie byla niczym odkrywczym. Rok wczesniej natomiast mialam okazje probowac strucle gruszkowa i to byl deser jaki lubie - tradycyjny, prosty i smaczny dodatek do kawy. Dla mnie danie nie musi byc wyszukane zeby bylo atrakcyjne, musi byc poprostu smaczne. Na szczescie Barka ma juz nowe menu i nowego kucharza, co mnie niezmiernie cieszy.

    OdpowiedzUsuń

Spodobał Ci się tekst? A może nie zgadzasz się z moją opinią? Chętnie poznam Twoje zdanie!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...