25 lipca 2013

Bistro Magnes (Kraków)

Za każdym razem gdy przechodziłam obok tego lokalu, myślałam: „O, to jest to dobre bistro, koniecznie muszę tam pójść!”, a jako że przechodziłam tamtędy wielokrotnie, jak mantrę nieświadomie wbiłam sobie do głowy, że to miejsce nadzwyczajne. Wszystko przez to, że wszelkie zasłyszane opinie o Bistro Magnes były bardzo zachęcające, łącznie z recenzją Wojciecha Nowickiego, której treści dokładnie nie pamiętam, lecz przesłanie owszem: trzeba się wybrać, bo warto!

Uroczy kącik na zewnątrz lokalu, idealny na odpoczynek po pracy, w popołudniowym słońcu wyglądał nadzwyczaj przytulnie (w porównaniu do wnętrza, które jest raczej zimne, szare i pustawe). Dodatkowym plusem pozostania na zewnątrz byłby widok, gdyby nie meleksy skutecznie zasłaniające Rynek i Sukiennice. Tak więc przy stukocie końskich kopyt zmieszanym z dźwiękiem czujników cofania ulubionego środka transportu turystów w Krakowie, zaczęłam analizować menu.

Cała oferta Bistro Magnes mieści się dosłownie na jednej stronie (zdobi też szybę lokalu). W tym minimalistycznym, zapisanym kursywą menu jest raptem trzynaście pozycji , które nie są nawet podzielone na kategorie. Według kelnerki karta jest bardzo często modyfikowana; zapewnia mnie, że czasem nawet codziennie, w zależności od dostępności świeżych składników i spontanicznych decyzji kucharza. A ceny? Tego dnia od 12 do 39 zł: dwie przystawki (w tym kurki z jajkiem przepiórczym), dwa desery, trzy sałatki, jedna kanapka, dwa chłodniki, spaghetti, dorsz i kotlet schabowy (z cyklu: znajdź niepasujący element).

Jako czekadełko na stół zostały (dosłownie) rzucone dwa talerzyki, masło i tajemnicza papierowa torba, w której kryły się dwa rodzaje ciepłej bagietki – jedna ciemna (świetna), druga jasna (bardzo zwyczajna). Krótko po niej – tak krótko, że nawet nie zdążyliśmy dokończyć jej jeść – na stole wylądowały dwa chłodniki: ogórkowy z łososiem (12 zł) i pomidorowy z pastą oliwkową (12 zł), które nie do końca mnie do siebie przekonały. W tym pierwszym znalazłam rozczarowująco małą porcję wędzonego łososia, w drugim pływały dwie namoknięte już grzanki posmarowane pastą oliwkową, których jedzenie nie zależało do najwygodniejszych. A zupa, z jednej strony o przyjemnej, lekkiej konsystencji, po kilku chwilach pozostawiała w ustach gorzko-kwaśny posmak.

W ramach dania głównego zamówiliśmy najdroższą i najtańszą pozycję z menu – bagietkę z rostbefem i warzywami (18 zł) oraz dorsza pieczonego w cieście (39 zł). Rozmiar tej pierwszej i jej przyciągające oko kolory robiły wrażenie! Smak cienkich płatków doskonale przyrządzonego rostbefu nieco gubił się w górze kolorowej papryki i sałat, ale i tak uważam tę kanapkę za bardzo udaną. Patrząc na gości wokół, to ona cieszyła się największą popularnością – trudno jednak powiedzieć, czy to dlatego, że jest dobra, czy po prostu dlatego, że jest tania? A dorsz z kolei to danie, które, podobno, wróciło na życzenie gości i które, cytując kelnerkę, „miałam szczęście jeść”. I choć osobie towarzyszącej bardzo smakował, mnie mocno rozczarował – panierowane kawałki ryby zostały podane ze zwykłymi frytkami i nieco tłustym, śmietanowym dipem z kaparami i kawałkami ogórka kiszonego. Spodziewałam się czegoś więcej!

Za to zupełnie nie spodziewałam się, że po tym, gdy powiem kelnerce, że właśnie zapłaciliśmy rachunek gości obok (który był, nota bene, niższy od naszego) ta, zamiast pójść na zaplecze zastanawiać się jak cofnąć transakcję z terminala, podeszła do pary Greków (których rachunek omyłkowo zapłaciliśmy), ze spokojem zajadających się bagietką, i próbowała ten problem rozwiązać razem z nimi! W konsekwencji, niezależnie od tego jak kuriozalnie to zabrzmi, nieznający się goście w restauracji musieli rozliczyć się między sobą – ja byłam jednym z nich i widziałam zażenowanie tych drugich. Obsługująca nas pani oczywiście bardzo uprzejmie przeprosiła, lecz rozwiązanie, choć sprytne, nie wiem, czy było do końca stosowne.

Ciekawe czy równie mocno przeprosiła ją koleżanka, która narobiła tego całego zamieszania. To ją poprosiliśmy o rozliczenie, a ta, zamiast załatwienia od "naszej" kelnerki notatek, poprosiła nas o wyrecytowanie zamówienia. Mimo to rachunki jakimś cudem i tak zostały podmienione... Na domiar złego na naszą prośbę o zapłatę kartą, niedoświadczona kelnerka w pierwszej chwili próbowała przekonać nas, by jednak kartą nie płacić, bo "jeszcze nie potrafi obsługiwać terminala". Jakie to szczęście, że inna kelnerka na czas przybyła na ratunek i wyciągnęła ją z opresji!

Nie chodzi mi tu o zlinczowanie właściciela Bistro, ale właściwie, i po raz kolejny, kieruję te słowa do wielu, jeśli nie sporej większości restauratorów w Krakowie – przestańcie brać obsługę kelnerską z ulicy, proszę was! Niestety ja z tego lokalu nie mam zbyt dobrych wspomnień, więc, oddani fani Bistro Magnes, będziecie musieli się bardzo postarać, by przekonać mnie do powrotu. Może pan Nowicki na ochotnika?

Plus: krótkie, sezonowe, często zmieniane menu.
Minus: niewyczulona i niedoświadczona obsługa. 
Polecam na: bagietkę z rostbefem?
Adres: Plac Mariacki 1 | mapa 
Średnia ocena: 3,0 na 5.   Jedzenie – 3/5     Obsługa – 2.5/5      Wnętrze – 3/5      Ceny – 3.5/5



Wszystkie zdjęcia w albumie na moim profilu na Facebooku.

3 komentarze :

  1. Ja również wyszłam z Bistro Magnes ze złą opinią o obsłudze. Coś w tym musi być. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja tam jeszcze nie było. Ciekawie piszesz o knajpkach i widać, że masz wymagania.

    Kultura

    OdpowiedzUsuń