4 października 2013

Ganesh (Kraków)

Miłośnicy kuchni indyjskiej nie mają w Krakowie łatwo – dużego wyboru nie ma. Na dodatek właśnie został zamknięty lokal Roti Roti* na Węgłowej. Darzyłam go dużą sympatią, bo mógł pochwalić się oryginalną koncepcją, która wydawała się być skazana na sukces. Tymczasem w lutym w Krakowie otwarto restaurację, która na pewno już go odniosła, ale gdzie indziej – bo gdyby nie, nie byłoby jej w ośmiu lokalizacjach w Polsce. Jak Ganesh ma się w Krakowie?

Chyba średnio, biorąc pod uwagę absolutnie pusty lokal w weekend w porze obiadowej. Niewiele brakowało, bym nie zjadła tam posiłku, bo restauracja wyglądała na zamkniętą. Zajęło mi dobrą chwilę zanim zeszłam po dziesiątkach schodów (oglądając po drodze fotografie z innych restauracji sieci), przeszłam przez zupełnie pustą część z barem, następnie przez równie puste, podłużne pomieszczenie, które, na litość, można łatwo pomylić z jakimś klubem, aż trafiłam do ciemnej, pokaźnej sali i na wychodzą ku nam kelnerkę o urodzie przeciwnej do indyjskiej. 

I tylko dlatego byłam w stanie ją dostrzec. Od razu poprosiłam o włączenie światła, bo niewielkie ozdobne lampki powieszone na metalowej konstrukcji to za mało, by móc zobaczyć zawartość talerza, a prezentację potraw oceniać lubię. Rozejrzałam się po sali – maleńkie kamyczki w wyżej wspomnianych lampkach były jedynymi kolorowymi elementami tego wnętrza. Cała reszta tonęła w czerni, odcieniach szarości i okurzonych murów, a puste drewniane ramy na ścianie, choć przepiękne, dodawały tej sali jakiegoś grobowego charakteru. Do tego to niepraktyczne wnętrze obok – z pufami i niskimi kwadratowymi stoliczkami. Doprawdy, dziwaczny pomysł.

Za to menu przypadło mi do gustu od razu, z wyjątkiem... cen. Większość dań głównych kosztuje 25-35 zł (wegetariańskie 23-28 zł), są i droższe, a do tego zwykle trzeba wybrać dodatek, na przykład placek indyjski lub ryż (porcja zwykłego basmati – 10 zł!). Wybraliśmy więc jedną porcję ryżu na dwie osoby – Saffron Pulao  (13 zł), czyli kolorowy ryż basmati (z nóg nie powalił) oraz porcję pszennego chlebka Naan (9 zł), który był doskonale wypieczony – odpowiednio chrupki i jednocześnie odpowiednio miękki! Uwielbiam.

Uwielbiam też herbatę indyjską za jej aromat i słodycz (11 zł), ale w restauracji Ganesh mnie rozczarowała brakiem zarówno jednego, jak i drugiego. Smażone pierożki z kurczakiem, Kukad Samosa (14 zł), podane z fantastycznym sosem z tamaryndowca i mniej fantastycznym miętowym, okazały się całkiem spore, ale zdecydowanie zbyt dużą ich część zajmowało ciasto – było za grube i zapychające, a w farszu kurczaka wiele nie było przez co miałam wrażenie, że jem wersję wegetariańską. Pomijając jednak konsystencję ciasta, smak oceniam na plus. Wspominałam już, że ten brązowy sos był świetny?

Dania główne, czyli kurczak marynowany w jogurtowej paście z imbiru, czosnku i mięty (Chicken Hariyali Tikka, 30 zł) oraz baranina w sosie Curry (Mutton Curry, 31 zł) to było dokładnie to, czym kuchnia indyjska być powinna – esencja Indii przejawiająca się w niezwykle wyrazistych smakach i aromatach. Sos, w którym zanurzone były mięciutkie kawałki mięsa był wręcz tak doskonały, że miałam ochotę zabrać resztki do domu, bo byłam pewna, że on sam, nawet na drugi dzień, nawet ze zwykłym ryżem, smakowałby wybornie. Szkoda tylko, że kurczak podany był z dziwaczną surówką, którą uważam za spore nieporozumienie – była zupełnie, absolutnie zbędna, a poza tym po prostu niedobra.

I tym razem deseru zabrakło, nie tylko dlatego że rachunek wynosił już 120 zł, ale też dlatego, że w ten całkiem ładny wrześniowy dzień nie chcieliśmy dłużej przesiadywać w nieprzyjemnej piwnicy, która pod względem klimatu prawie niczym nie różni się od krakowskich klubów. Wielka szkoda, że właściciele tej restauracji odeszli od barwnej i bogatej kultury Indii na rzecz próby stworzenia eleganckiego wnętrza, która – według mnie – zupełnie się nie powiodła.

* Po jakimś czasie restauracja została ponownie otwarta.
 
Plus: niezła indyjska kuchnia, sprawna obsługa.
Minus: raczej wysokie ceny i odstraszające, klubowe wnętrze.
Adres: ul. Św. Tomasza 18 (zobacz mapę).
Polecam: na indyjskie jedzenie dla osób z grubym portfelem.
Średnia ocena: 3 na 5.     Jedzenie – 4/5     Obsługa – 4/5    Wnętrze – 1.5/5      Ceny – 2.5/5



Reszta zdjęć wkrótce w albumie na Facebooku.

5 komentarzy :

  1. Ja od lat wierna jestem restauracji Indus.

    OdpowiedzUsuń
  2. Jak dla mnie [zamowilem klasyczne curry] popełniają tam PODSTAWOWY BŁĄD kuchni indyjskiej - WSZYSTKO BYŁO ZA OSTRE. Próbowałem również innych 4 potraw od znajomych. W każdym podręczniku kuchni indyjskiej jest napisane , że ta kuchnia nie być za ostra tylko BOGATA W RÓŻNE SMAKI - ostrość ma być jedną z cech dania. A tutaj DAŁO SIĘ WYCZUĆ TYLKO MEGA-DUPNĄ ostrość.
    Nevermore.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeśli kuchnia indyjska jest dla Ciebie za ostra to idź do MacDonald's zamiast takie głupoty pisać.

      Usuń
    2. ,albo do baru mlecznego ! hahah mega ostrość w kuchni indyjskiej coś nie prawdopodobnego hahaha

      Usuń
  3. Ja bym trochę obroniła opinię przedmówcy, gdyż kuchnia indyjska w moim przekonaniu ma być aromatyczne i bogata - a jeśli dominuje w niej ostry smak, to potrafi on przytłumić inne, bardziej subtelne. Poza tym, jak na restauracje o takich cenach, klient powinien być lepiej obsłużony w zakresie dobory ostrości potraw - powinien dostać próbki potrawy łagodnej, średnio ostrej i ostrej. Dla przykładu powiem, że tam, gdzie przeciętny Polak powie, że coś jest ostre w smaku, dla mnie ostrość jest ledwo wyczuwalna. W owej restauracji zamówiłam coś wegetariańskiego co miało być tak ostre, że kelner mi współczuł i życzył wytrwałości. Fakt, ostre było, ale z nóg nie zwaliło. Jadłam ostrzejsze. Z większością opinii Ani się zgodzę - ceny zabójcze, tak, ale porcje na tyle duże, że polecam przyjść z przyjacielem na obiad i zamówić jedną na dwoje - i każdy wyjdzie syty.

    OdpowiedzUsuń