5 grudnia 2013

Tradycyja (Kraków)

O tym, że nie potrafię przekonać się do dwóch odległych kuchni pod jednym szyldem wiecie z poprzednich recenzji; nie trafiają do mnie włosko-góralskie, argentyńsko-czeskie czy śląsko-japońskie kombinacje. Polsko-włoska Tradycyja ma jednak na to połączenie całkiem niezłą wymówkę – restauracja znajduje się w historycznej Kamienicy Pinocińskiej (a jej nazwa z kolei wzięła się od pochodzącego z Włoch Hieronima Pinocciego). Jej świecące, mocno czerwone logo bardzo łatwo zauważyć spacerując po Rynku, ale czy warto?

Wyczytałam, że Tradycyja oferuje aż osiem sal, ale jako że zaproponowano nam miejsce tuż przy wejściu, widziałam niestety tylko jedną z nich. Kolorowa fototapeta przedstawiająca uroczą włoską uliczkę oraz intensywny, ciemnożółty kolor ścian od razu przywołują na myśl klimat Wiecznego Miasta. I choć jest w niej pewien przesyt nieco przypadkowo porozstawianych i nie zawsze współgrających ze sobą rekwizytów, dzięki żeliwnym balustradom, markizom i licznym kwiatom można poczuć się w niej jak na włoskim patio. Na każdym stoliku biały obrus, lśniące kieliszki, postawiona na sztorc biała serweta, gruba świeca, bukiet kwiatów, balsamico i oliwa.

Choć jest to restauracja z daniami polskimi i włoskimi, ja postanowiłam się trzymać raczej tej drugiej opcji z dwóch powodów. Po pierwsze: dopiero co wróciłam z Rzymu i chętnie skonfrontuję moje doświadczenia z tego miasta z krakowską gastronomią, a po drugie: jakoś nie mogę sobie wyobrazić jedzenia śledzia, później bruschetty, następnie żurku, a potem włoskiego makaronu, by na koniec spróbować golonki i całość zamknąć tiramisu. Tak że wybaczcie mi, ale nie będzie to więc gruntowna recenzja.

Na początek, w ramach czekadełka, na stole pojawił się koszyczek świeżego chleba z doskonałą tapenadą z czarnych oliwek; z czosnkiem, cebulą i oliwą. Niedługo po niej – wybrana przeze mnie tylko lekko podpieczona, chrupiąca i skropiona oliwą bruschetta z pomidorami i szynką parmeńską (18 zł) estetycznie podana na desce z ciemnego drewna, a także – wybór osoby towarzyszącej –  bresaola ze sporą ilością parmezanu, rucolą, dwoma pomidorami cherry i kilkoma kroplami balsamico (18 zł). Obie przystawki sprawiły, że ucieszyłam się z wyboru włoskiej ścieżki – były doskonałe.

Na drugi ogień – Saltimbocca a la Romana (45 zł). Choć danie to często występuje w formie zawiniętej, w restauracji Tradycyja „eskalopki” prezentowały się podobnie jak te, których miałam okazję spróbować w Rzymie. Cienkie plastry cielęciny z szynką parmeńską, a pod nią skryte aromatyczne liście szałwii, to naprawdę świetne danie samo w sobie, stąd pesto w tagliatelle było już dla mnie niepotrzebne. Z kolei porcja, mimo dodatku makaronu, była niewielka. Za to tagliatelle z kurczakiem i szpinakiem w aromacie trufli (24 zł) to potężna, ciężka góra makaronu z dużą ilością gęstego, śmietanowego sosu, o którym menu nie informowało (był on w pozycji niżej, pappardelle z łososiem!). Tu niestety duże rozczarowanie, bo choć smakowo nie było tak źle, obiecany aromat był niewyczuwalny, wygląd niezbyt apetyczny, a całość zdecydowanie za ciężka i mdła.

Kelner obsługujący nasz stolik był bardzo uprzejmy i towarzyski, widać, że pracuje od lat w zawodzie, co miło było obserwować po ostatnich przygodach w krakowskich restauracjach. Na koniec z dumą zaproponował nam torcik malinowy na białej czekoladzie (17 zł), który prezentował się bardzo ciekawie, zarówno na zewnątrz, jak i w środku, gdzie skrywał konfiturę wiśniową. Otoczony był kawałkami gorzkiej czekolady i płatkami białej i, choć ta w torciku była niemal niewyczuwalna, nietłusta, kremowa konsystencja tworzyła bardzo przyjemną, smaczną kompozycję, która, wbrew ostrzeżeniom kelnera, nie była wcale bardzo słodka.

Na koniec muszę wspomnieć o sytuacji, która nie pasowała mi do eleganckiej zastawy i ogólnej uprzejmości obsługi. Jeden z kelnerów, podając rachunek zagranicznym gościom siedzącym przy stoliku obok, powiedział: „I don't want to be rude but I would like to remind you that service is not included”. Rozumiem, że obcokrajowcy, ze względu na różne zwyczaje w kwestii napiwków, mają czasem z nimi problem, ale skromna adnotacja w menu informująca o tym, że serwis nie jest wliczony w cenę, chyba skutecznie rozwiałaby ich wątpliwości…? Dla mnie zachowanie kelnera, które było bardziej rude niż mógły się spodziewać, jest nie do zaakceptowania, bo jak sami trafnie zauważyliście – „dobra obsługa nie wymaga żebrania”.

Plus: włoska atmosfera, prezentacja dań, świetne przystawki, obsługa na dobrym poziomie (nie licząc jednej poważnej gafy).
Minus: nie do końca harmonijne wnętrze, nieudany makaron, wpadka kelnera.
Adres: ul. Rynek Główny 15 (zobacz mapę).
Polecam: na wspomnienie klimatu włoskich wakacji.
Średnia ocena: 4 na 5.     Jedzenie – 4/5     Obsługa – 4/5    Wnętrze – 4/5      Ceny – 4/5

Jestem fair w stosunku do moich czytelników i informuję, że za dania opisane w powyższej recenzji zapłaciłam otrzymanym od restauracji bonem, jednocześnie zachowując swoją anonimowość. Moje zasady przyjmowania zaproszeń szczegółowo opisałam TUTAJ




Reszta zdjęć, jak zwykle, na Facebooku. Zapraszam!

4 komentarze :

  1. Niedługo będę w Krk, więc może się wybiorę! :)

    OdpowiedzUsuń
  2. niestety Pani Aniu, myli się Pani pisząc, że 'dobra obsługa nie wymaga żebrania'. w naszych realiach niejednokrotnie ma miejsce sytuacja kiedy to goście nie potrafią się zachować: wydają pokaźne sumy w restauracjach i nie zostawiają przy tym napiwku dla (zaznaczam - dobrej) obsługi. może nie zdaje sobie Pani sprawy, że jest w zdecydowanej mniejszości. wcale nie dziwię się, że kelnerzy zaczynają praktykować takie zwyczaje.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie zmienia to faktu, że gdybym ja coś takiego usłyszał poważnie zastanowiłbym się nad rozmową z menadżerem. I oczywiście nie zostawiłbym nic, niezależnie od wcześniejszej jakości serwisu.

      Usuń
  3. To że nie daję napiwku oznacza, że nie umiem się zachować? To tylko moja dobra wola czy go dam czy nie. Przecież kelnerzy dostają wynagrodzenie za swoją pracę...

    OdpowiedzUsuń