19 stycznia 2014

Introligatornia Smaku (Kraków)

Introligatornia Smaku to nowa restauracja na Kazimierzu. Została otwarta około trzy miesiące temu przy ulicy Józefa, gdzie wcześniej faktycznie mieścił się zakład introligatorski. Zachowała się po nim maszyna do cięcia papieru, która stojąc w jednym z rogów długiego pomieszczenia, zdobi dość proste wnętrze tego lokalu. Muszę przyznać, że jego niebanalna nazwa od razu zwróciła moją uwagę. Czy Introligatornia oferuje również niebanalną kuchnię?

W środku dominują czerń i biel, a jedyne odstępstwo od tych barw występuje w postaci dość pokracznych malunków przedstawiających regał ze starymi księgami i czerwonej lodówki eksponującej desery. Litery, które chyba mają nawiązywać do introligatorni, widnieją także na bieżnikach i okryciach czarnych plastikowych krzeseł, są też nieco koślawo naszkicowane na jednej ze ścian. Na tym wystrój wnętrza się kończy, nie licząc znajdującej się na stoliku niezapalonej świeczki czy czarnej bombki położonej na zwiędniętej gałązce. Sala jednak wygląda o wiele lepiej niż na zdjęciach, które są na stronie internetowej restauracji; szczególnie pod wieczór, gdy liczne lampy dają delikatne, punktowe światło na stoliki.

Po pierwszym rzucie oka na kartę dań (również czarno-białą), byłam trochę zagubiona i niezbyt przekonana. Dania główne znajdują się w czterech odrębnych częściach menu, z których jedna, pod nazwą „Twoja introligatornia smaku”, pozwala na samodzielne skomponowanie dania. Taki zestaw kosztuje 40 zł, a wybierać można spośród ryb, mięs, dodatków warzywnych i skrobiowych (dokładnie tak jest napisane) oraz sosów, a nawet… przypraw. Uparłam się, że z tej oferty nie skorzystam, bo w końcu do restauracji chodzimy po to, by kucharz zachwycał nas swoimi pomysłami i sposobem łączenia poszczególnych części dań (w tym przypraw i sosów!) – i za to brał odpowiedzialność. Podejrzewam jednak, że dla wielu gości ta opcja może być atrakcyjna.

Taka była dla mojej osoby towarzyszącej, która postanowiła skorzystać z zestawu dnia (45 zł), składającego się z kremu z pomidorów (sycący, ale mało aromatyczny, niedoprawiony; ostatnio lepszy jadłam na przykład tu) i dania z polędwicą wieprzową, którego pozostałe składniki miała dobrać sama – ziemniaki pieczone z rozmarynem i kolorowy pieprz młotkowany – tworząc dość banalną kompozycję. Mięso było w miarę miękkie, ale mogło być bardziej delikatne, a w smaku – dość  proste. W zestawie był również deser, tego dnia torcik orzechowy, który był fantastyczny – mocno kremowy, ale nie mdlący i nie za słodki, z mnóstwem chrupiących kawałków orzechów.

Ja długo nie potrafiłam się zdecydować, jedynie pierś z gęsi marynowanej w soli i ziołach na sałacie z oliwą czosnkowo-ziołową (19 zł) wybrałam od razu, bo pamiętałam, że apetycznie prezentowała się na zdjęciu zamieszczonym na FanPage’u Introligatorni. Z daniem głównym miałam jednak niełatwo. Krewetki w krakowskich lokalach mnie wręcz odrzucają, bo tyle razy się na nich przejechałam (ostatnio tu), że nie wiem, czy prędko zaryzykuję po raz kolejny. Na pytanie odnośnie pochodzenia makaronu kelnerka z lekkim śmiechem odparła, że od podstaw w Introligatorni go nie robią, a po wizycie w Rzymie na sklepowy nie mam już ochoty. Mimo że w części „Casual dining” aż sześć wykrzykników przekonywało mnie, że „dla każdego coś fajnego !!!!!!”, na taką meksykańską tortillę, na przykład, też mnie smak nie naszedł. Ostatecznie, po naprawdę udanej przystawce (doskonała marynowana gęś!), zdecydowałam się jednak na makaron, po tym jak kelnerka zapewniła mnie, że znajduje się w nim włoska szynka „typu parmeńska”. Niedługo potem na stoliku niczym samolocik wylądował minipakunek utworzony przez połączenie dwóch przeciwległych rogów serwetki trzymanej przez kelnerkę (z kilkoma zestawami sztućców w środku). Nigdy nie widziałam takiego sposobu podania sztućców, nawet w przydrożnym barze.

Na dania nie musieliśmy specjalnie długo czekać, ale okazało się niestety, że kelnerka, prawdopodobnie niecelowo, mnie zmyliła. Makaron pappardelle Alfredo z szynką  i parmezanem (19 zł) długodojrzewającej włoskiej szynki na oczy nie widział (widział za to sos śmietanowy, który nie został wyszczególniony w menu), ale był delikatnie rozpływający się w ustach, słowem – przygotowany perfekcyjnie. Jako że nie za gęsty sos też w niczym nie wadził, było to całkiem udane danie, jednak podana do niego ciężka i twardawa focaccia oprószona oregano była całkowicie zbędna. Mały „włoski” akcent zauważyć można było też w czekadełku numer jeden – „ślimakach” z ciasta z sosem pomidorowym. Trudno było się go jednak doszukiwać w czekadełku numer dwa, czyli tatarze ze śledzia, który, mam dziwne wrażenie, był najlepszym daniem tego wieczoru…

Plus: sympatyczna obsługa, ładna prezentacja dań.
Minus: brak alkoholu w menu, wpadki obsługi, niedopracowane wnętrze, nierówne dania.
Adres: ul. Józefa 20 (zobacz mapę).
Polecam: ?
Średnia ocena: 3,38 na 5.     Jedzenie – 3/5     Obsługa – 3.5/5    Wnętrze – 2.5/5      Ceny – 4.5/5





Wkrótce więcej zdjęć na Facebooku.

1 komentarz :

  1. Również jadłam Alfredo w Introligatorni i mój sos niestety był zbyt ciężki, aż za tłusty.. Jednakże sztućce podano nam w koszyku ;)

    OdpowiedzUsuń