9 stycznia 2014

Resto Illuminati (Kraków)

Ulica Gołębia to jedna z najbardziej urokliwych uliczek Starego Miasta. To na niej mieści się restauracja Resto Illuminati, w której, tak się składa, byłam już trzy lata temu. Wtedy jednak nie miałam okazji opisać moich wrażeń na blogu, bo założyłam go dopiero trzy miesiące później. W międzyczasie lokal ten zdążył zdobyć rekomendacje przewodnika Michelin (w 2012 jeden i w 2013 dwa komplety sztućców) oraz certyfikat jakości Trip Advisor. Okazja do ponownej wizyty nadarzyła się dopiero teraz.

Mam wrażenie, że nic nie zmieniło się we wnętrzu, które pamiętam sprzed trzech lat; może z wyjątkiem umiejscowienia fortepianu, który wcześniej schowany był w głębi sali. Kolor czarny, obecny między innymi na pokaźnej (od sufitu do podłogi) tablicy, na której wypisane są specjały dnia, w połączeniu z ceglanymi ścianami zawsze zdaje egzamin i tworzy elegancki wystrój. Do tego wnętrze jest bardzo przytulne dzięki długim zasłonom, świeżym kwiatom, subtelnemu oświetleniu i już nieco bardziej barwnemu barowi. Romantyczny klimat utrzymuje się właściwie przez cały dzień, bo do wnętrza nie wpada zbyt wiele dziennego światła.

Obsługa od pierwszego momentu jest nienaganna. Kartę dań podaje tuż po usadowieniu się gości przy stoliku, natychmiastowo zapala świecę, proponuje odwieszenie kurtek, a przy wyjściu otwiera gościom drzwi. Jest nienachalna i niemal niezauważalnie przemyka między stolikami, do tego używa minimalnej liczby słów w kontakcie z klientem. Może jedyne, czego mi brakowało w tym wyszkolonym profesjonalizmie, to uśmiech. Zauważyłam też jedną zaskakującą rzecz, której chyba nie widziałam dotąd w żadnym innym lokalu w Krakowie: cały proces obsługi odbywał się niezwykle spokojnie i wolno, ale jednocześnie sprawnie, co było bardzo relaksujące, wszak widok zagonionych kelnerów nie sprzyja pozytywnej atmosferze.

Karta jest niedługa – zawiera kilka przystawek i sałatek, zupę dnia, osiem dań głównych i sześć deserów. Dodatkowo w środku znaleźliśmy wkładkę lunchową, z której skorzystała moja osoba towarzysząca. Lunch można skomponować wybierając z listy przystawek, dań i deserów dowolne dwie (39 zł) lub trzy (49 zł) pozycje. To atrakcyjna oferta, bo w Resto Illuminati za cenę takiego trzydaniowego lunchu zwykle możemy zjeść tylko jedno danie, a tu dodatkowo w cenie jest napój. 

Łosoś marynowany w cytrynie z warzywami, crème fraîche z wasabi i chlebem z Guinnessa i orzechów włoskich (poza menu lunchowym - 30 zł) to pierwszy irlandzki akcent w karcie; zupełnie one nie dziwią, bo szef kuchni Michael J. Cooney jest z pochodzenia Irlandczykiem. Szkoda, że w chlebie nuta Guinnessa była niewyczuwalna; za to przyjemnie chrupiące były orzechy i połączenie delikatnego płatu łososia z nutą wasabi w odrobince śmietany. Medaliony z polędwicy wołowej z marmoladą z czerwonej cebuli i risotto z dodatkiem suszonych pomidorów (niedostępne poza kartą lunchową), w porównaniu do innych propozycji było chyba najnudniejszym daniem w menu, idealnym dla tych, którzy nie lubią eksperymentować (i nie skuszą się na przykład na sernik z kalafiora z parmezanem ze strony z przystawkami). Było smaczne i byłoby poprawne, gdyby nie nieudany stopień wysmażenia – medaliony miały być średnio wysmażone, a w środku nie były nawet różowe.

Znacznie bardziej zadowolona byłam z moich wyborów. Kozi ser na grzance z sałatką z pieczonym burakiem w miodzie, papryką i pomidorowym pesto (30 zł) było jedną z tych przystawek, które chętnie zamówiłabym po raz drugi. Chrupiąca, lecz jednocześnie lekko miękka grzanka oraz słodki pieczony burak i krucha sałata delikatnie usunęły się na drugi plan, ustępując miejsca fantastycznemu, aksamitnemu serowi.

Z kolei spośród dań głównych najbardziej zaintrygowała mnie, być może z mojej miłości do sushi, makrela na dwa sposoby (49 zł), czyli filet z patelni z szafranowym risotto i kawiorem z bakłażana oraz sashimi z czarnym kawiorem, kandyzowanym imbirem i piklowaną marchewką. Pierwsze wrażenie po spróbowaniu nie było pozytywne: makrela wydawała się całkowicie pozbawiona soli, a pasta z bakłażana (bo tak bym to nazwała), wyglądała i smakowała, lekko mówiąc, nieciekawie. Jednak po połączeniu wszystkich smaków i faktur doceniłam zawartość talerza; zaskoczyła mnie doskonale krucha, słodkawa skóra makreli w połączeniu z subtelnym, szafranowym ryżem. Żałowałam też, że nie jest otoczony większą ilością tej cudownie mięsistej i soczystej ryby – w kompozycji znajdowały się zaledwie trzy kręgi „sashimi”. Jedyne, co nie pasowało, to oryginalny, słodki kandyzowany imbir – był do tej kompozycji zdecydowanie za twardy.

Panna Cotta z kandyzowanym ananasem i z sosem z owoców passiflory, kokosu i limonki (poza menu lunchowym - 20 zł) podana została z dość biednie wyglądającym winogronem przekrojonym na pół, ale rozpływała się w ustach, tak jak cieniutka, karmelowa warstewka otaczająca plasterek ananasa. Z kolei mój wybór – duo z belgijskiej czekolady – to kieliszek wypełniony dwoma musami: z ciemnej czekolady z zanurzonymi w nim kawałkami pomarańczy i drugi – biały, aksamitny, który zdecydowanie bardziej przypadł mi do gustu ze względu na waniliową nutę irlandzkiego Baileysa.

Irlandzkim akcentem rozpoczęłam i zakończyłam więc ten poniedziałkowy obiad i choć mam wrażenie, że trzy lata temu wyszłam z Resto Illuminati znacznie bardziej zachwycona, obie wizyty będę wspominać pozytywnie, głównie dzięki bardzo przyjemnej, relaksującej atmosferze miejsca, interesującej karcie i nienagannej obsłudze.

Plus: doskonały serwis, dość oryginalna karta, bardzo przyjemne wnętrze.
Minus: stosunkowo wysokie ceny poza porą lunchową, trochę „zimna” obsługa.
Adres: ul. Gołębia 2 (zobacz mapę).
Polecam: na romantyczną kolację, na lunch.
Średnia ocena: 4,38 na 5.     Jedzenie – 4/5     Obsługa – 5/5    Wnętrze – 4.5/5      Ceny – 4/5

Jestem fair w stosunku do moich czytelników i informuję, że za dania opisane w powyższej recenzji zapłaciłam otrzymanym od restauracji bonem, jednocześnie zachowując swoją anonimowość aż do końca wizyty. Moje zasady przyjmowania zaproszeń szczegółowo opisałam TUTAJ.





Reszta zdjęć, jak zwykle, na Facebooku. Zapraszam!

7 komentarzy :

  1. Taka pasta bakłażanowa jest zwana kawiorem w wielu przepisach kulinarnych. Nie ma mieć struktury kawioru po prostu jest tak nazywana, mimo, że jest pastą.

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziękuję za wskazówkę. :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Właśnie miałem się tam wybrać. Dzięki za recenzję.

    OdpowiedzUsuń
  4. Delikatny zgrzyt - nazwa likieru to Baileys nie Bayleys.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz rację, już poprawiłam literówkę. :)

      Usuń
  5. Wspaniałe miejsce. Byłam parę razy i w 100% odwiedzę jeszcze raz. Obsługa super, profesjonalizm w każdym calu. Znajomość personelu dań i win bezbłędna. A sernik z kalafiora to moja ukochana przystawka, za każdym razem równie dobra.

    OdpowiedzUsuń
  6. Byłem w piątek, ok. 22.00, obsługa faktycznie ciut "zimna" /jak dla mnie trochę za późno podchodzą do stolika/. Nie wiem z czego wynika to,że menu na stronie nie odpowiada menu w restauracji. Na szczęście dania bardzo nam smakowały więc ogólne odczucie bardzo dobre. Pan przygrywający na pianinie niestety trochę zagłusza lokal i siedząc naprzeciwko siebie przy stoliku trzeba dość głośno mówić,żeby się słyszeć.

    OdpowiedzUsuń