9 lutego 2014

Kogel Mogel (Kraków)

Jest kilka miejsc w okolicy Rynku, do których podchodzę z pewną dozą podejrzliwości. Wszystko w nich wydaje się perfekcyjne – niemal bajkowe wnętrze dopracowane w każdym najmniejszym szczególe, zdecydowane przesycenie nawiązujących do polskiej tradycji bibelotów, mówiąca w kilku językach superuprzejma obsługa nastawiona na wysokie napiwki (czasem wręcz ich żądająca, czego byłam już świadkiem) i anonimowy szef kuchni. Mówiąc szczerze, nie spodziewałabym się kulinarnych fajerwerków w restauracji, która na pierwszy rzut oka wygląda mi na pułapkę na kieszenie zagranicznych turystów, a Kogel Mogel takie właśnie sprawiał wrażenie.

Już na pierwszej stronie menu zamiast rekomendacji szefa kuchni czy listy przystawek, czytamy o tym, jak bardzo Kogel Mogel spodobał się „znamienitym Gościom”, czyli dziennikarzom z zagranicy. Oprócz tego jest coś, co mnie bardzo irytuje w kartach dań – zdrobnienia (kruchutka, pierzynka, bułeczka, cebulka, kapustka, masełko…). Na szczęście szyk zdań jest normalny. Kogel Mogel szczyci się kuchnią polską, ale nie jest to takie oczywiste patrząc na – chyba zbędne – krewetki, crème brûlée, ricottę czy awokado w menu, bo chyba nie jest to odniesienie do owego „innego wymiaru”, w którym to kuchnia polska, według twórców, ukazana jest w Koglu Moglu.

Wnętrze dopracowane jest w każdym calu, ale nie przesadnie jak w niektórych z tych przyrynkowych przybytków. Na stronie internetowej podejrzałam, że każda sala wygląda nieco inaczej. My usiedliśmy w niewielkiej żółtej salce z zaledwie czterema stolikami, otoczeni przez malunki kur znoszących złote jajka i wyhaftowane lub wymalowane obwarzanki krakowskie. Wkomponowane były we wnętrze tak, że w żaden sposób nie gryzło się to z elegancką zastawą, ale z brazylijską bossa novą w głośnikach już trochę tak.

Spróbowałam jednej zimnej i jednej ciepłej przystawki, z czego ta pierwsza, mięsisty śledź w śmietanie z cebulką, jabłkiem i buraczkami (14 zł), całkiem estetycznie podany w pucharku (ładnie podać śledzia łatwo nie jest), była zdecydowanie bardziej udana i w pełni warta swej ceny (porcja więcej niż zadowalająca). Ta druga natomiast – złociste placuszki ziemniaczane z kwaśną śmietaną (13 zł), zamiast chrupiące, były przesadnie „złociste”, bo wręcz lekko przypalone i twarde. Śmietana została podana osobno (za co plus) i w dużej ilości, ale i tak cena za te dwie niewielkie sztuki – o zgrozo!

W następnej kolejności moją uwagę w menu zwróciła gęsina, bo rzuciła mi się w oczy adnotacja: „I miejsce w konkursie na najlepszą gęsinę w Polsce w 2012”. Skusiłam się więc na tę konkursową nóżkę z gęsi confit (49 zł) marynowaną w winie i miodzie z majerankiem, polskimi śliwami i serwowaną z renklodami. I mowę mi odjęło! Te kwaskowate śliwki w zestawieniu z soczystym i mięciutkim mięsem w gęstym, mocno bordowym i wyczuwalnie winnym, fenomenalnym, jednocześnie słodkim i kwaśnym sosie, tworzyły danie doskonałe. Nawet prosta czerwona kapusta, miękka i aromatyczna, dopełniała całość. Na boku z kolei podjadałam kaszę jęczmienną (6 zł) z masłem (przepraszam – z „masełkiem”), bo rzadko widuję ją w restauracjach – i była bez zarzutu.

Osoba towarzysząca z takim samym zachwytem co ja zajadała się żeberkami marynowanymi z rozmarynem, oliwą i czosnkiem (33 zł) podanymi z ziemniakami opiekanymi (7 zł). Mięso łatwo odchodziło od kości, zachwycało smakiem i imponowało intensywnym sosem: gęstym, nieco słodkim, w smaku jakby lekko wędzonym, zdradzającym obecność suszonych śliwek, czerwonego wina i goździków. W moim odczuciu wygrała gęsina, ale osobie towarzyszącej bardziej smakowały żeberka. Ot, kwestia gustu – ale oba dania fantastyczne.

Choć nie było łatwo wyobrazić sobie po tym wszystkim jedzenia deseru, byliśmy ciekawi „tytułowego” Kogla Mogla, czyli świeżych owoców zapiekanych pod pierzynką zabajone (14 zł). Podczas całej wizyty obsłudze niczego nie mogłam zarzucić, jednak zdanie „te świeże owoce to truskawki”, które wymsknęło się kelnerce, trochę mnie zdziwiło, bo dla mnie „świeże truskawki” to te z czerwca. Tak czy owak, oryginalny to deser, muszę przyznać; niemiłosiernie słodki i przywołujący jeden z milszych kulinarnych wspomnień z dzieciństwa (choć kogla mogla z owocami nie jadłam nigdy). Przeszkadzał mi w nim jednak smak i zapach przypalonego zabajone, choć domyślam się, że ten efekt był zamierzony.

Koniec końców, Kogel Mogel mnie zaskoczył. Pokazał,że wypieszczone wnętrze na turystycznym szlaku nie znaczy wcale, że w środku lekceważy się kuchnię i że tylko zwiedzający Kraków znajdą w niej coś godnego uwagi. Choć wcześniej byłam przekonana, że do Kogla Mogla wejdę tylko raz w celu napisania zleconej przez Naczelnego recenzji, coś czuję, że ta gęś będzie mi się śnić po nocach – i że wrócę.

Tę recenzję napisałam dla magazynu Lounge (#58).

Plus: sprawna i sympatyczna obsługa, dopracowane i przyjemne wnętrze, fenomenalna gęś.
Minus: przesadzone ceny niektórych dań.
Adres: ul. Sienna 12 (zobacz mapę).
Polecam: na kolację z rodziną, spotkanie biznesowe, turystom.
Średnia ocena:  4,38 na 5.     Jedzenie – 4.5/5     Obsługa – 4.5/5    Wnętrze – 4.5/5      Ceny – 4/5




Więcej zdjęć dań z recenzji - wkrótce tutaj.

4 komentarze :

  1. Z podobną rezerwą jak Ty traktuję restauracje tej sieci - bo to już jest sieć, jeśli ktoś ma 7 lokali w podobnym stylu :-) Z drugiej strony, Mamma Mii trudno cokolwiek zarzucić poza jakąś bezbarwnością. A może to ja jestem zbyt wymagająca...

    OdpowiedzUsuń
  2. Mnie też zawsze śmieszy ta nowomowa kulinarna. Dzisiaj np. przeczytałam na stronie Zakładki, że "jedzenie jest autentyczne, hojne i przyjazne", cokolwiek miałoby to znaczyć... ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Świetna gęsina to jest w Siewierzu :) Nie pamiętam nazwy i łatwiej się tam wjeżdża jadąc z Katowic w kierunku Wawy. "Przerost" treści nad formą bo lokal wyglądowo ot taki zwyczajny. Barowy wręcz :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Byłem tam ostatnio i stanowczo odradzam wizyty w tym miejscu.
    Ceny są nieadekwatne do jakości jedzenia, w dodatku polędwica wołowa(wg karty najprzedniejszego gatunku), którą zamówiłem była przesmażona! Opiekane ziemniaki(dodatek) hmmm nic specjalnego. Musze też wspomnieć o sałacie(4 liście) z winegretem, której nawet nie chciało się porwać na mniejsze kawałki. I to miało być danie za 70pln, kiepski żart...
    Kaczka po krakowsku? też średniak, nawet pani Zosia z mlecznego taką zrobi...
    Za tą cenę jest multum miejsc, w których zje się o niebo lepiej.

    OdpowiedzUsuń