13 lutego 2014

Relacja: Cervejaria Ramiro (Lizbona)


Przy jednym ze stolików na środku sali siedzi bardzo zadowolony, na oko osiemdziesięcioletni mężczyza. Mimo że w sali jest gorąco, on ubrany jest w garnitur, kurtkę i czapkę. Spod brody zwisa mu materiałowa biała serweta. Ze spokojem i w pełnym skupieniu, ani na moment nie podnosząc głowy znad swojego talerza, łamie kolejną nóżkę kraba. Niemal każdy kęs białego mięsa popija kilkoma łykami zimnego piwa, kiedy wokół… panuje prawdziwy chaos.

Mam wrażenie, że patrzę na scenę z filmu, gdzie kamera skupia się na głównym bohaterze, podczas gdy drugi plan, trochę rozmazany, rozgrywa się w przyspieszonym tempie. Obserwuję go zza szyby oddzielającej czekających od jedzących – już od kilkudziesięciu minut stoję w długiej kolejce w nadziei, że w końcu znajdzie się dla nas jakiś wolny skrawek stolika. Średnio co jakieś trzy sekundy przebiegają  obok mnie kelnerzy z tacami i piwem spływającym po szklankach, zwinnymi ruchami omijając czekających gości i oszkloną ladę, gdzie pełzają wciąż żywe langustynki. Tuż za nimi leży stos świeżych krewetek i góry przerażających percebes – przedziwne mięczaki; wyglądą jak długie czarne paluchy zakończone wielkim pazurem, ale jeśli chcecie wiedzieć, jak smakuje ocean, koniecznie musicie ich spróbować.


Za ladą ktoś, pełniący wcześniej rolę barmana, kroi ogromną świńską nogę – to presunto de pata negra. Niewielki talerzyk tego specjału kosztuje tu prawie 12 euro. Jeden z kelnerów, nie znajdując w danej sekundzie wolnego pracownika, nieomal w biegu sam zaczyna zwinnie nalewać piwo wciąż stojąc po drugiej stronie baru. W międzyczasie przed oczami zdążyły mignąć mi trzy sporych rozmiarów żywe langustynki – kelner zanosi je do klientów, a po zdobyciu akceptacji, lądują na tej samej ladzie, przy której polewane jest piwo, by po chwili migiem mógł zgarnąć je jeden z kucharzy i wrzucić prosto na skwierczącą patelnię. Inny kelner żwawo wymachuje gigantycznym żywym homarem przed parą gości, a ci przytakują głową z uznaniem na każde jego słowo, jakby w rytm ruchów skorupiaka, który chyba wie już, co go czeka, bo wszystko obserwował zza szkła akwarium, obok którego Portugalczycy ze smakiem zjadają jego towarzyszy. Z kolei kilka stolików dalej elegancko ubrana kobieta, za pomocą specjalnego szpikulca, wyciąga zawartość rozkolców, by podać je swojemu kilkuletniemu dziecku z burzą kręconych włosów, które grzecznie siedzi z rodzicami i z ukontentowaniem zajada się owocami morza. Przebiegający kelner jedną ręką rozczochruje loczki chłopczyka, drugą wyciąga lizaka z tylnej kieszeni spodni. Wkłada mu go do ręki, dodaje buziaka w głowę i biegnie dalej.

Wśród głośnych rozmów tłumu nieustannie słychać porozumiewawcze krzyki między zabieganą obsługą a pracującymi na najwyższych obrotach kucharzami, rozłupywanie skorupek, stukanie młotkiem, obijanie sztućców i muszli o talerze, szklanek z piwem o blaty i niecierpliwe wołania dzieci domagających się kolejnej krewetki. Wśród gwaru co jakiś czas da się słyszeć: „Oh, Luís!”, gdy jeden ze stałych gości próbuje zwrócić uwagę kelnera wołając go po imieniu – ten, bez słowa podrzucając mu slalomem kolejne piwo, klepie go po ramieniu i… biegnie dalej.


Stoję w kolejce już od godziny i ani myślę ustąpić, chcąc wziąć czynny udział w tym niesamowitym widowisku. Przy wyjściu przewinęło się w tym czasie sporo osób, głównie Portugalczyków, często długo i czule żegnanych przez przesympatycznego kierownika obsługi. Ale wyszli też turyści – dwójka Azjatów w smokingach ze swoimi kobietami wyglądającymi jak postacie z anime, w mocnych makijażach i długich wieczorowych sukniach. Pewnie przeczytali gdzieś, że to najlepsza restauracja w Lizbonie i założę się, że się bardzo zdziwili, gdy naprędce zostali usadzeni wśród nieustającego hałasu, rozgadanych tłumów i lejącego się piwa.

Początki Cervejarii Ramiro, dosłownie piwiarni, sięgają 1956 roku. Najpierw była to tak zwana casa de pasto, czyli coś lepszego niż tawerna, ale jeszcze nie restauracja. Dzięki panu Ramiro zaczęto serwować w niej owoce morza, przekształcając to miejsce w prawdziwą marisqueirę – restaurację serwującą marisco (owoce morza), presunto (szynkę długodojrzewającą) i pregos (mięso w bułce, tak po prostu). Obecnie jest to lokal uznany wśród Portugalczyków i obcokrajowców dzięki doskonałej obsłudze, produktom najwyższej klasy oraz idealnemu stosunkowi jakości do cen. To restauracja, która była na mojej liście „must eat” na długo przed wyjazdem, a lipcowa relacja Kominka tylko podsyciła mój apetyt.


Wierzcie lub nie, ale wolne miejsce, które mi przypadło, znajdowało się właśnie obok wspomnianego starszego Portugalczyka, którego to zza szyby obserwowałam najchętniej. Właściwie dosiedliśmy się do niego, stoły bowiem nie są w żadnen sposób rozdzielone – siedzi się i je obok siebie, jak jedna wielka rodzina. Ten samotny starszy pan naprawdę mnie rozczulał i wcale mi nie przeszkadzało, jak przez cały posiłek opryskiwał mnie sokami z kraba, w skupieniu stukając młotkiem w jego twardą skorupę.

Moment po tym, jak zajęliśmy miejsca, na stole wylądowało świetne, lekko tostowane portugalskie pieczywo – z masłem, po prostu. Nie wiem, czy jakikolwiek opis jest w stanie wyrazić to, jakie ono było dobre! Z interaktywnego menu w formie tabletu (!) wybraliśmy klasyki, począwszy od rozpływających się w ustach plasterków presunto de pata negra, czyli wysokiej jakości szynki długodojrzewającej z mięsa czarnych świń iberyjskich, w akompaniamencie – oczywiście – zimnego piwa w schłodzonej szklance.


Następnie przyszedł czas na jedną ze specjalności Cervejarii Ramiro – gambas à la aguillo. Doskonałe, sprężyste, kruche i pełne smaku; z nutą czosnku i wciąż pływające w doskonałej portugalskiej oliwie. Nigdy nie jadłam tak perfekcyjnie przyrządzonych krewetek i wiedziałam, że prędko już takich nie zjem, a już na pewno nie w Krakowie. Niezapomniany smak. W drugiej kolejności zamówiliśmy gambas tigre gigante, czyli krewetki tygrysie. Przekrojone na pół, grillowane, podane z ćwiartkami cytryny, bez żadnych zbędnych dekoracji – bo to, co się liczy w Portugalii, to jedzenie, a nie ozdoby. Wspaniałe!


Na percebes (pąkle kaczenice) u Ramiro się nie skusiłam, bo jadłam je kilka dni wcześniej przy oceanie, gdy przemierzałam region Alentejo. Wciąż jednak chciałam spróbować czegoś więcej i dosłownie w kilka chwil po zamówieniu na stole pojawiły się dwie piękne ostrygi. Ogromne, mięsiste, jakby dopiero co wyjęte z oceanu. Genialne! Na koniec prego, czyli świeżutka buła z kawałkiem soczystego mięsa, zwykle wołowego lub wieprzowego – śmieję się, że to taki deser w marisqueirach. Tylko Portugalczycy mogli na to wpaść: napchać  się owocami morza, by na koniec zjeść kawał mięcha.

Rachunek wyniósł niecałe 78 euro na dwie osoby, włączając w to piwo i końcowe cafezinho. Niedużo, biorąc pod uwagę sławę tego miejsca, perfekcyjną jakość produktów i lokalizację w jednej z europejskich stolic. To restauracja, którą koniecznie trzeba odwiedzić przy okazji wizyty w Lizbonie – mieście, w którym zakochacie się od pierwszego wejrzenia i od pierwszego kęsa. To dowód na to, że nie trzeba bywać w gwiazdkowych restauracjach, by chłonąć najlepsze kulinarne wrażenia!

---

Gdy staruszek skończył rozprawiać się ze swoim krabem, zjadł obowiązkowego prego, dokończył ostatnie piwo i oblizał już wszystkie palce, nie zdążył się nawet rozejrzeć po sali, bo Luís był już obok; podał mu rachunek, klepnął po ramieniu i powiedział: „Do zobaczenia w przyszłym tygodniu!”.

Cervejaria Ramiro, Rua Almirante Reis 1, Lizbona



____________________________________

Zapraszam też do przeczytania moich pozostałych relacji z podróży  m.in. z Brazylii, Portugalii, Gruzji czy Włoch oraz do obserwowania mnie na Instagramie.

*

Bądź na bieżąco:
Więcej zdjęć z tej relacji wkrótce tutaj.


6 komentarzy :

  1. O rany!!! zaraz sprawdzę połączenia lotnicze do Portugalii :)

    OdpowiedzUsuń
  2. From a Portuguese living in Krakow.

    I am following your blog for some time.

    Great review!! Great!!!

    Reminde me of one of my favorite restaurants! :)

    Great to see that you like one of the best Seafood Restaurant in Lisbon. Quality VS price, its probably the best in Lisbon. Outside Lisbon you are abble to eat also great seafood but cheaper. Like in the Alentejo Coast.

    Ramiro for me its a place where i went at least 2 times a month.

    Great service every time. Seafood its caught everyday. Always eat what fisherman caught in that day.

    Unfortunately, comparing to Lisbon, i agree with you!! Here in Krakow, we dont have any restaurant even close to the quality of portuguese Restaurant of Seafood, fish, cow meat and sushi.......

    But the Italian and French food here in Krakow, in 90% of the Restaurants, its better and much cheaper.

    Congratulations for your website, and for your great reviews, because has been helping me a lot, and i am following a lot then.

    Best Regards

    João Martins

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Thank you very much for your comment, João! I wish we had a nice Portuguese restaurant here in Cracow... :)

      Usuń
  3. No to lecę, Lizbona od dawna jest na mojej liście :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Miałam przyjemność być w Ramiro dwa razy podczas pobytu w Portugalii - wspaniałe miejsce! :) Krewetki z czosnkiem były nieziemskie...

    OdpowiedzUsuń