18 lutego 2014

Trzy Rybki (Kraków)


Jeszcze nie opisałam na blogu żadnej restauracji Grupy Likus, ani też żadnej wyróżnionej aż trzema sztućcami w przewodniku Michelin (2013). Wciąż czekałam na okazję do odwiedzenia restauracji Trzy Rybki w Hotelu Starym, bo patrząc na menu (i zawarte w nim ceny), czułam, że do tego typu lokalu nie wpada się przypadkiem podczas spaceru po Starym Mieście, na szybki obiad po pracy czy codzienny lunch.

Jak się pewnie domyślacie, okazja nadarzyła się 14 lutego. W delikatnie oświetlonym wnętrzu panowała bardzo przyjemna, elegancka i romantyczna atmosfera – na długich białych obrusach leżały płatki czerwonych róż, w wielu miejscach paliły się wysokie świece i pachniały świeże kwiaty. Łagodna, subtelna muzyka grała dość głośno, ale nie na tyle, by zagłuszać rozmowy. Nasz stolik znajdował się w przechodniej sali, tuż za recepcją i przy hotelowym holu. Choć widok krzątających się gości i pracowników był momentami rozpraszający, lokalowi udało się utrzymać intymny klimat, również dlatego, że między stolikami była zachowana spora przestrzeń (w całej sali jest tylko sześć stolików).

Na początek kelner zaproponował nam szampana Moët & Chandon (75 zł za kieliszek) i w ogóle nie spieszył się z podaniem menu, zostawiając nas samych na kilka długich minut, co akurat w taki wieczór zupełnie mi nie przeszkadzało. Karta jest nieco dłuższa niż się spodziewałam, składa się z czterech części: przystawki, pierwsze dania, dania główne oraz desery. W pierwszej chwili zasugerowało mi to, że porcje mogą być niewielkie, jednak nie daliśmy się skusić i postanowiliśmy skorzystać tylko z trzech części menu (jest również opcja sześciodaniowego menu degustacyjnego szefa kuchni Krzysztofa Żurka w cenie 290 zł).

Obsługujący nas tego wieczoru kelner był bardzo kulturalny, nienachalny i nie zaliczył żadnej wpadki, jednak w moim odczuciu był przy tym dość oschły. Nawet w tak luksusowym miejscu kelnerzy powinni pozwolić sobie chociaż na minimalny uśmiech i stworzenie jakiejś subtelnej, sympatycznej relacji z gośćmi, co zachęca przecież do zostawienia wysokiego napiwku.

Zanim podano nam przystawki, dostaliśmy czekadełko (kilka rodzajów przepysznych i bardzo wymyślnych minibułeczek i chrupiących „paluszków” z osobno podanym masłem) oraz poczęstunek w formie kulki z dorsza, który smakował prawie jak portugalski pastel de bacalhau (dorsz atlantycki, ziemniaki, natka pietruszki), ale strukturę miał znacznie bardziej wykwintną i delikatną. Kuleczka została podana w towarzystwie fantastycznego, gęstego sosu z wasabi przybranego szafranem.

Niedługo później na stole pojawiły się ostrygi w tempurze z majonezem ostrygowym i pianą imbirową (49 zł). Zawsze jadłam ostrygi w formie świeżej, tu więc rozczarował mnie brak intensywnego smaku i zapachu oceanu, jednak wynagrodziła mi go zjawiskowa piana imbirowa w połączeniu z wyborną, chrupiącą tempurą. Fantastyczne danie. Osoba towarzysząca następnie postawiła na czerwoną doradę z purée z truflowego ziemniaka i bezą z marakui (99 zł), z czego szczególnie ta ostatnia zrobiła ciekawe wrażenie – słodka żółta tabliczka w kontakcie z ustami znikała w mgnieniu oka. W całej stylowej aranżacji dania, któremu nic zarzucić nie można, zaskoczyła obecność kilku ziarenek prażonej kukurydzy, mocno kontrastującej z ciemnym tłem – gęstym purée.

Ja w tym czasie degustowałam kolejny „obraz”, czyli przypominającej runo leśne kompozycję z cudownie zaróżowionego, miękkiego i jędrnego, rozpływającego się w ustach filetu z jelenia z delikatnym pudrem grzybowym, szpinakiem i (wybornym!) sosem z lukrecji (99 zł). Nawet szpinak, który często przyrządzany jest banalnie, w Trzech Rybkach był soczysty, pełen intensywnego smaku, dodatkowo przyozdobiony grzybkami enoki. Następnie, przed deserem, otrzymaliśmy kolejny prezent – w wysokim kieliszku podano „pianę” o smaku szampana i truskawek; niby takie „nic”, bo w ustach momentalnie znika, a jednocześnie trudno było pogodzić się z faktem, że się skończy.

Marsjański krater (45 zł) na deser brzmiał intrygująco i faktycznie przedstawiał krajobraz jak z Marsa (przez pierwsze kilka sekund również dymił niczym wulkan), ale wolę bardziej estetyczne, mniej niedbałe aranżacje. Kawałki orzechów, lody czekoladowe i kuleczki z czekolady były świetne, czarna płynna „lawa” o mocnym smaku kawy do deseru mi nie pasuje, ale to już kwestia gustu. Wybór domowych lodów (35 zł) to jedna z najtańszych słodkich propozycji w karcie Trzech Rybek, i choć uważam, że cena i tak jest nieco przesadzona, te lody (szczególnie waniliowe) nie tylko były fenomenalne w smaku, ale też bardzo starannie i atrakcyjnie podane. Po deserze czekała na nas następna niespodzianka (podejrzewam, że było ich tyle z okazji Walentynek) – wysoki, przepyszny cupcake, którego już nie byłam w stanie dokończyć. Na koniec osoba towarzysząca zamówiła espresso; oprócz tego że było tylko poprawne, muszę też wspomnieć, że kosztowało… 10 zł.

Niestety, ceny mogą zrazić, bo wizyta w tej restauracji, szczególnie jeśli do posiłku chcemy zamówić butelkę wina (a jest ich duży i niezwykle ciekawy wybór), może kosztować naprawdę sporo - nawet do kilkuset złotych za osobę. Trzeba jednak przyznać, że Trzy Rybki zabierają gości na zupełnie nowy poziom doświadczenia kulinarnego, a na tle krakowskich restauracji wyróżniają się zaskakującymi połączeniami smaków, wysokiej jakości produktami, wyszkoloną obsługą, (w większości) atrakcyjną prezentacją dań i przede wszystkim – wspaniałą grą z teksturą. To prawdopodobnie jedna z najlepszych restauracji w Krakowie i na specjalną okazję jest warta polecenia.

Plus: świetna obsługa, szykowne wnętrze, niezapomniane doświadczenie kulinarne.
Minus: wysokie ceny, „chłodny” kelner.
Adres: ul. Szczepańska 5 (zobacz mapę).
Polecam: na bardzo wyjątkową okazję, kolację biznesową.
Średnia ocena:  4.5 na 5.     Jedzenie – 5/5     Obsługa – 4.5/5    Wnętrze – 4.5/5      Ceny – 4/5



Bądź na bieżąco:
Resztę zdjęć (tym razem wyjątkowo z telefonu) możecie zobaczyć tutaj.

2 komentarze :

  1. Czy szefem kuchni nie jest Paweł Twardosz? Naprowadziło mnie "czekadełko", które również jest w Bistro "Magnes". Dania są bardzo pomysłowe i pyszne.
    Gratuluję opisu, to już zaawansowana synestezja, wzrok, zapach i smak zaangażowane całkowicie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Juz nie jest szefem kuchni, ale kiedys był !! Teraz prowadzi Magnes. A co do przystawki to nie jest to szafran a liofilizowane nitki chili

    OdpowiedzUsuń

Spodobał Ci się tekst? A może nie zgadzasz się z moją opinią? Chętnie poznam Twoje zdanie!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...