27 kwietnia 2014

Ed Red (Kraków)


Polski steakhouse? Wchodzę w to! Otwarcie restauracji Ed Red było chyba jednym z najbardziej oczekiwanych wydarzeń ostatnich miesięcy w świecie krakowskiej gastronomii. Nie tylko ze względu na to, że szefem kuchni został Adam Chrząstowski (który po siedmiu latach zdecydował się odejść z Ancory), ale także za sprawą specjalnej, pierwszej w Polsce szafy Maturmeat, w której przed dwa tygodnie dojrzewa wołowina rasy limousine z polskich hodowli. Pojawiłam się tam już kilka dni po otwarciu.

Lokal znajduje się kilka kroków od Rynku, w kamienicy, w której wcześniej istniała restauracja Metropolitan. Wnętrze wyróżnia się na tle innych krakowskich restauracji – industrialne i dość surowe (nie każdy polubi widok odrapanego starego kaloryfera), ale w zasadzie całkiem stylowe za sprawą skórzanych ciemnozielonych sof, przyjemnego oświetlenia i wszechobecnego drewna świetnie komponującego się ze stalowymi elementami i emaliowanymi lampami. Wyżej wspomniana, przeszklona szafa z ogromnymi kawałkami sezonowanego na sucho mięsa stoi tuż przy wejściu – można, a nawet trzeba zajrzeć, bo robi wrażenie.

W ramach czekadełka uśmiechnięta kelnerka podała chleb i dwie miseczki – jedną z masłem, drugą z wieprzowo-wołowym mięsem mielonym. Fani flaków, podrobów cielęcych czy kaszanki nie będą zawiedzeni listą przystawek, ja jednak postawiłam na coś lżejszego – sałaty pod jajkiem w koszulce z polskim kozim serem (24 zł), a osoba towarzysząca – na siekany tatar z wołowiny (26 zł). Sałatka prezentowała się ładnie; oprócz chrupkich sałat i kapitalnego dressingu, miała też w sobie pomidorki koktajlowe, kilka cieniutkich plasterków rzodkiewki i ogórka zielonego oraz ser kozi, który jak na mój gust był zbyt długo grillowany, za suchy, a i jego charakterystyczny, intensywny smak ku mojemu rozczarowaniu gdzieś zniknął. Tatar został podany bardzo prosto, z drobniutko pokrojonymi dodatkami, zwieńczony idealnym żółtkiem. Mięso było wyborne, a świeżo mielony pieprz (na życzenie) świetnie podkreślił jego smak.

Jednak bohater wieczoru i główny punkt tej kolacji miał dopiero nadejść. Według karty sezonowane są: rostbef (New York), antrykot (Rib Eye) oraz rostbef z polędwicą na kości (T-bone). Cena zależy od wagi – wszystkie kosztują 19 zł za każde 100g. Do wyboru są cztery sosy: berneński, demi-glace, grzybowy, balsamiczny oraz masło Ed Reda. Skusiliśmy się na rostbef (39,90 zł) z masłem i pokaźnego T-bone (wyceniony na 89,30 zł) z sosem demi-glace, oba z bardzo dobrymi domowymi frytkami (7 zł).

Steki zostały podane na drewnianych deskach w towarzystwie frytek, kilku ziaren gruboziarnistej soli i pieprzu; przyniesiono także specjalne superostre noże. Roztopione ziołowe masło pokrywało większość rostbefu i też trochę nieapetycznie rozlało się na deskę. Samo w sobie było dobre, jednak okazało się zupełnie niepotrzebne, bo smak mięsa był niezwykle intensywny. Rostbef smakował mi bardzo, był soczysty i miękki, ale absolutnym hitem okazał się T-bone. Ogromny, równomiernie wysmażony według życzenia, w całości soczysty i kruchy, również na obrzeżach, no i ten intensywny, skoncentrowany smak! Ogłaszam wszem i wobec: nigdy nie jadłam lepszego steka – ani w Krakowie, ani nigdzie indziej. Perfekcja, po prostu.

Restauracja stopniowo zapełniała się gośćmi. Miałam jednak wrażenie, że młode kelnerki często nie mają co robić – bez celu spacerowały wzdłuż baru lub przyglądały się jak jemy, z kolei w kontakcie z klientem były dość spięte. Zauważyłam też pewne niedociągnięcia organizacyjne; nasz stolik obsługiwały ostatecznie trzy osoby, co spowodowało zabawną sytuację – po zakończeniu przystawki zapytano nas, co życzymy sobie na deser. Jak już przyszła jego kolej, czekaliśmy zdecydowanie za długo (tak jak na napoje na samym początku). Salceson z gorzkiej czekolady na waniliowym sosie (14 zł) w ogóle nie trafił w mój gust – ani ładnie nie wyglądał, ani nie smakował dobrze, a jego jedyną zaletą był fantastyczny sos, który także towarzyszył tarcie z kajmakiem, z cieniutkimi plasterkami gruszki i suszoną śliwką (13 zł), która wprawdzie przekonywała mnie do siebie powoli, ale skutecznie – mam teraz na nią wielką ochotę!

Powiem szczerze, że zasmuciło mnie odejście Adama Chrząstowskiego z Ancory. Jego nowoczesna kuchnia polska, oparta o wyselekcjonowane produkty lokalne, była zachwycająca. Mam nadzieję, że w Ed Redzie będzie miał okazję do dalszego rozwoju i kulinarnego zaskakiwania krakowian. Na razie jedno jest pewne: dowodzi w lokalu, w którym zjemy najlepsze steki w Krakowie (a Ed Red od razu wskakuje na moją listę polecanych miejsc). Gratuluję!

Plus: oryginalne wnętrze, najlepsze steki w Krakowie.
Minus: mało zorganizowana obsługa, krótka i mało ciekawa lista deserów.
Adres: ul. Sławkowska 3 | mapa | FB
Polecam: wielbicielom steków.
Średnia ocena: 4,25 na 5.     Jedzenie – 4.5/5     Obsługa – 3.5/5    Wnętrze – 4.5/5      Ceny – 4.5/5

By być na bieżąco w kwestii nowych restauracji w Krakowie, zaglądajcie do zakładki NOWE MIEJSCA lub na FB.


KOLEJNA WIZYTA: Czerwiec 2014


Nadal jest dobrze. Na szczególną uwagę zasługują podroby - rewelacja! Polecam głównie tym, którzy zwykle nawet nie myślą o tknięciu tego typu składników - dowiecie się, jak to powinno smakować i że może smakować naprawdę dobrze. Na zdjęciu poniżej grasica, policzek, móżdżek, ozorek i wątróbka. Świetnie doprawione, cudnie wyważone, z idealnie współgrającymi dodatkami.





Ed Red Menu, Reviews, Photos, Location and Info - Zomato


 Bądź na bieżąco:
Więcej zdjęć wkrótce tutaj.

5 komentarzy :

  1. nie mogę się doczekać wizyty w ER!
    dzięki za ciekawą recenzję.

    OdpowiedzUsuń
  2. Chcialabym zapytac o to w jakim stopniu wysmazonego zamowiliscie steka ze zdjecia?

    OdpowiedzUsuń
  3. jak dla mnie steki z Ed Red nie umywaja sie do tych z Pimiento.

    OdpowiedzUsuń
  4. No wlasnie, Pomiento czy Ed Red? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Po ostatnich wizytach w Pimiento, mogę śmiało powiedzieć, że oba miejsca są tak samo godne polecenia. :)

      Usuń