6 maja 2014

The Dorsz British Fish & Chips (Kraków)


Ostatni raz prawdziwe fish & chips jadłam rok temu w Dublinie, w jednym z tych kultowych miejsc, do których ustawia się niebotyczna kolejka miejscowych i w których zazwyczaj wisi tablica z nazwiskami połowy Hollywood i najsławniejszych muzyków świata. Fajnie było zjeść w tym samym miejscu co Mick Jagger, U2 czy Tom Cruise, ale najmilej wspominam moment olśnienia po rozwinięciu papieru i wzięciu do ust pierwszego kęsa: frytki z rybą, tak po prostu, mogą być naprawdę dobre.

Istniejący od 1913 roku Leo Burdock uzmysłowił mi, na czym polega fenomen fish & chips, nie znaczy to jednak, że stało się ono daniem, za którym w Krakowie szczególnie tęsknię. Stąd, gdyby nie Naczelny*, który wysłał mnie do tego nowego lokalu przy ul. św. Anny, zapewne przez długi czas bym tam w ogóle nie zajrzała.

The Dorsz od progu prezentuje całkiem estetyczne wnętrze, choć przewidywalne do bólu, z motywem przewodnim londyńskiego metra. Designerskie czarne stołki, jasne drewno i białe, gładkie cegły na ścianie składają się na jasną i ogólnie schludną aranżację. W lokalu obowiązuje samoobsługa, nie jest to jednak nigdzie napisane, a kelnerka i tak musiała przejść całą długą salę, by poprosić nas o złożenie zamówienia przy kasie. Za nią znajduje się mało czytelne menu w formie planu metra, a obok – bardziej czytelne nazwy dań wypisane na ścianie kolorową kredą.

Zwróciłam uwagę na krewetki (30 zł), ale doszło już do tego, że gdy widzę je w menu, przestaję mieć na nie ochotę – mam traumę, bo w Krakowie nacinam się na nich zbyt często. Zamówiłam zupę z owoców morza (15 zł), która, jak się dowiedziałam dopiero po zapłaceniu rachunku i zajęciu miejsca, już się skończyła. By mnie pocieszyć, uprzejma kelnerka zaproponowała zupę dnia (6 zł) z… kiełbasą. Niestety nie wiedziała, co to za kiełbasa, zapewniła jednak (jakby to miało związek z moim pytaniem), że przygotowywana jest na bazie czarnego dorsza. Zgodziłam się, ale o różnicy w cenie musiałam przypomnieć sama.

W zupie, oprócz aż dwóch plasterków kiełbasy, pływały ziemniaki, marchewka, czerwona papryka, kawałki ryby i kleks ze śmietany. Nie była zła, ale też nie jest to zupa, na którą się wraca. Fish & chips z czarnym dorszem (można wybrać też okonia, morszczuka, mirunę czy dorsza atlantyckiego) i frytkami (cena promocyjna za mały zestaw, czyli 100g – 19 zł) podane zostało na talerzu, a nie tradycyjnie w gazecie, co jest pewnie wymogiem sanepidu. W zamian za zamieszanie z zupą dostaliśmy dość nudny sos curry. Frytki podane zostały bez soli (na każdym stole czeka jednak solniczka, butelka ketchupu i ocet); miejscami były miękkie, miejscami twarde. Przyjemnie chrupiąca panierka, którą otoczona była ryba, okazała się przesadnie słona. Danie miało jednak swoje plusy: ryba była wilgotna, aksamitna, delikatna i sama w sobie bardzo, ale to bardzo smaczna. Tak jak rybne nuggetsy (14 zł), z którymi podano też frytki, choć prosiłam tylko o wersję z dipem (świetny sos tatarski). Zestaw surówek (6 zł), to gigantyczna porcja, wielkości osobnego dania; nawet zasmakowała mi żydowska z ogórkiem kiszonym, pozostałe okazały się bardzo zwyczajne. Wraz z fish & chips podawane jest też odstraszające wyglądem purée z groszku – glutowata jasnozielona breja bez smaku – trzymajcie się od niego z daleka!

Na koniec smażony i opanierowany Snickers (8 zł). Dobrze pamiętam, jak bez skutku szukałam smażonych batoników w Dublinie i nie sądziłam, że pierwsza okazja do spróbowania tego dziwactwa nadarzy się w moim mieście. Wyglądał strasznie, a smakował… jak ciepły i roztopiony Snickers – ot, cała filozofia. I jest z nim chyba tak, jak z tym całym fish & chips – fajnie to zjeść, ale raczej tylko raz. I najlepiej na Wyspach – dla klimatu, dla zdjęcia na Instagramie, na pamiątkę. Ale kto wie, może ta kuchnia znajdzie swoich amatorów także w Krakowie?

*Tę recenzję napisałam dla magazynu Lounge (#61).

Plus: estetyczny wystrój, świetna ryba.
Minus: oprócz wyżej wspomnianej ryby jedzenie bez rewelacji.
Adres: ul. św. Anny 4 | mapa | FB | www
Polecam: na spotkanie ze znajomymi, wielbicielom fish & chips.
Średnia ocena: 3,5 na 5.     Jedzenie – 3/5     Obsługa – 3/5    Wnętrze – 4/5      Ceny – 4/5

By być na bieżąco z nowymi restauracjami w Krakowie, zaglądajcie do zakładki NOWE MIEJSCA lub na FB.


 Bądź na bieżąco:
Więcej zdjęć wkrótce tutaj.

6 komentarzy :

  1. Bardzo podoba mi się twój blog! :)

    Jeśli chcesz możesz wpaść na mojego blogi:
    nutkaciszy.blogspot.com
    truskawkowa-fiesta.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  2. Byłam niedawno właśnie w The Dorszu. Ryby były niezłe, zaskakująco dobre kalmary (co rzadkie w Polsce), ale frytki KOSZMARNE. Nasiąknięte tłuszczem i paskudne. Kelner nie przyjął tego do wiadomości. Tłumaczył, że to dlatego, że są "bez chemii" i że muszą być dobre, bo "kucharz jest z Anglii". :D

    OdpowiedzUsuń
  3. odradzam to miejsce. ryba byla za sucha czyli po prostu przesmazona, paniera niesmaczna, frytki jak w opisie autorki bloga. najgorsza breja z groszku - w smaku przypominala klej biurowy - serio! hipsterski wystroj nie wystarczy zeby zrobic dobre miejsce na lancz. jedynie deser byl smaczny ale przeeciez to nie jest cukiernia. trzymam sie od tego baru z daleka.

    OdpowiedzUsuń
  4. byłam, zjadłam, odradzam. Wszystko ocieka tłuszczem (kalmary, ryba, frytki), mało wyraziste smaki, a potem sensacje zołądkowe.

    OdpowiedzUsuń
  5. Na fb wczoraj napisali, że od 7 marca się zamykają, ludzie zaczęli pytać czy chwilowo na remont, na dobre itd. ale jeszcze nikt nie odpisał. Dopóki coś się nie wyjaśni, należy przyjąć najgorszą wersję - likwidują się. :(
    Marta/migota21

    OdpowiedzUsuń

Spodobał Ci się tekst? A może nie zgadzasz się z moją opinią? Chętnie poznam Twoje zdanie!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...