29 maja 2014

Wodna Wieża - Restauracja Steampunk (Pszczyna)


Pszczyna. Niewielkie miasto w województwie śląskim, które może pochwalić się uroczym rynkiem, pięknym parkiem i dawną rezydencją książąt Hochberg von Pless, czyli imponującym Zamkiem Pszczyńskim. To już wystarczające powody, by tam zajrzeć, gdy będziecie w okolicy w któryś ze słonecznych weekendów. Restauracja Steampunk, wyróżniona w plebiscycie Poland 100 Best Restaurant, to kolejna wymówka, by zboczyć z trasy.

Lokal mieści się na ósmym piętrze powstałej w 1926 roku czterdziestometrowej Wodnej Wieży. Przed wizytą przeczytałam, że wykorzystywane są w nim elementy kuchni molekularnej i modna ostatnio technika sous vide. Z przymrużeniem oka przejrzałam też kilka przerysowanych i nieco pretensjonalnych filmików na stronie internetowej (z wyjątkiem tego przedstawiającego menu degustacyjne, który ogląda się wyjątkowo przyjemnie) i przyznam, że obawiałam się trochę, że w Wodnej Wieży zastanę przerost formy nad treścią.

W środku jest zaledwie osiem stolików, a z okien roztacza się przepiękny widok na Pszczynę. Pierwszy rzut oka po wejściu do środka nie pozostawia wątpliwości – tak dopracowanej i jednocześnie dziwacznej sali restauracyjnej nie widziałam chyba nigdy. W industrialnym wnętrzu nawiązującym do rewolucji przemysłowej trybiki, koła zębate, spirale, miedziane rury i wszechobecna skomplikowana maszyneria wypełnia nie tylko niemal każdy centymetr ściany i sufitu, ale także blaty stolików. Nie wiem, czy przedziwne krzesła (mające podobno przypominać dziewiętnastowieczne fotele dentystyczne) bardziej mi się podobają, czy wręcz przeciwnie – wywołują ciarki na plecach.

Ubrani na czarno kelnerzy bez słowa podają karty i wracają do swoich obowiązków. Pracują niczym roboty, tak płynnie, zgranie, spokojnie i jednostajnie (jak w jednym z tych wyżej wspomnianych trybików), że w miarę upływu czasu zaczynam się zastanawiać, czy ten kompletny brak uśmiechu i rzucane trochę na odczepnego opisy przynoszonych dań to część inscenizacji, czy tylko złudne przekonanie kelnerów, że takie zachowanie będzie postrzegane jako bardziej profesjonalne. Dania natomiast podawane były szybko i sprawnie, w razie potrzeby jednocześnie przez dwóch kelnerów, którzy dbali o to, by wszyscy goście przy stoliku dostali posiłek w tym samym czasie.

Czekadełko, choć fikuśne, mocno rozczarowało. Miseczka z sosem czosnkowym z posiekanym szczypiorkiem i długie chyba na pół metra paluchy były smaczne, ale pomysł nadaje się raczej do osiedlowej pizzerii, a nie restauracji pokroju fine dining. Na szczęście to był pierwszy i ostatni element, na który mam prawo narzekać.

Na pierwszy ogień: chrupiące zielone szparagi, rozpływające się w ustach kalmary, dressing z pomidorów i pikantne salami (29 zł) zaskoczyły zachęcającą prezentacją i wzajemnym doskonałym uzupełnianiem się smaków. Towarzyszący mi goście zamówili marynowanego łososia z pieczonym burakiem, emulsją limonkową i granitą jogurtową (33 zł) oraz krem z zielonych warzyw z jajkiem zielononóżki i szynką parmeńską (19 zł). Spróbowałam obu tych starterów i choć łosoś był bez zarzutu, to zupa odjęła nam mowę – była niewiarygodnie aksamitna, z idealnie ugotowanymi szparagami i chrupiącą szynką. Nie dałoby się jej zrobić lepiej.

Następnie zamówiłam filet z dorady (49 zł) z rybnym consommé (dolewanym przez kelnera po dostarczeniu dania do stolika) w towarzystwie purée ziemniaczano-selerowego i pasków rabarbaru, którego intrygująca kwaskowatość stopniowo nadawała coraz ciekawszej nuty zarówno bulionowi, jak i rybie. Ta z kolei pokryta była chrupiącą, ale jednocześnie miękką skórą, skrywającą delikatną fakturę przyrządzonej w punkt dorady. Jedyne do czego mogę się przyczepić to rabarbar, który był miejscami za twardy.

Moi towarzysze w tym czasie zachwycali się swoimi daniami – kaczą piersią na różowo podaną z purée z kalafiora, musem z moreli i białą kapustą z imbirem i porzeczkami (52 zł), gdzie głównym bohaterem było mięso, zachwycające fakturą, miękkością i skoncentrowanym smakiem. Przepyszne policzki cielęce z sosem z czerwonego wina oraz purée z batatów i kleks z boczniaka królewskiego (lokal ma swoją własną hodowlę grzybów) w towarzystwie zielonego groszku (50 zł) wypełniały kolejny talerz przyjemnie kontrastującymi barwami. Policzki były doskonałe – rozchodziły się miękko pod najlżejszym naciskiem widelca.

Lista deserów nie porwała, ale prezentacja i smak przekonała mnie do z pozoru nudnych propozycji. Boska panna cotta (21 zł) w postaci walca podana z intensywnym sorbetem z marakui na długo będzie wyznaczała mój wzór panna cotty idealnej (choć czekoladowy dodatek, ze względu na jakby wręcz papierową fakturę, nie podszedł mi w ogóle). Semifreddo z malinami i francuskimi makaronikami (20 zł) okazał się, szczególnie w porównaniu do wyżej wspomnianego sorbetu, mało wyraźny w smaku i za bardzo zmrożony. Najlepszym elementem tego deseru były czerwone kuleczki, które po przegryzieniu eksplodowały malinowym smakiem.

O Wodnej Wieży dowiedziałam się od czytelnika, który po udanej wizycie i wciąż podekscytowany wysłał mi swoje zdjęcia z poprzedniego dnia z obiadu w tej restauracji. Oboje zgadzamy się, że gdyby została otwarta w Krakowie, ceny byłyby znacznie wyższe. Bardzo wysoki poziom kuchni i obsługi, oryginalne wnętrze i piękny widok na miasto sprawiają, że restauracja Steampunk nie tylko jest dobrą wymówką, by zboczyć z trasy, lecz wręcz powodem numer jeden, dla którego warto wybrać się do Pszczyny.

Szef kuchni: Dominik Duraj
Plus: prezentacja dań, widok na miasto, wyjątkowe wnętrze, własna hodowla rzadko spotykanych grzybów.
Minus: sztywna obsługa.
Adres: ul. Kilińskiego 5 | mapa | www | FB
Polecam: na romantyczną kolację, specjalne okazje, spotkanie biznesowe, miłośnikom grzybów.
Średnia ocena: 4,75 na 5.     Jedzenie – 5/5     Obsługa – 4.5/5    Wnętrze – 5/5      Ceny – 4.5/5


 Bądź na bieżąco:
Więcej zdjęć wkrótce tutaj.

6 komentarzy :

  1. Dzięki Aniu! Od jakiegoś czasu już zastanawiałem się czy tu zajrzeć, bo wydawało się niezwykle ciekawie. Po Twojej recenzji decyzja zapadła!

    Ja osobiście zachęcam Cię do spróbowania Bon Apetit na Dajworze w Krakowie - mój absolutny faworyt obecnie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że Cię przekonałam!
      Do Bon Appetit wysłał mnie Lounge Magazyn, moja recenzja pojawi się w czerwcowym numerze. :)

      Usuń
  2. Ciekawe miejsce jak na restauracje :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Fantastyczne opisy, dania prezentują się na zdjęciach genialnie. Faktycznie, zachęca do odwiedzenia tego miejsca :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Byłam wczoraj i wystrój doskonały i perfekcyjny w każdym detalu.Jezeli ktoś lubi industrialne klimaty. Kelnerzy bardzo profesjonalni. W recepcji kazano nam czekać ok.15 minut mimo iż restauracja była zupełnie pusta.Rozumiem jednak marketing polegający na niedostepnosci i ekskluzywnosci chociaż to był akurat wtorek w małym miasteczku.Ale ok.Entree składające się z domowej bułeczki i nspowietrzanego masła z grzybami nie powaliło, gaspacho było identyczne jak inne gaspacho w setkach innych restauracji. Tarta z gorgonzola bardzo pyszna, ciasto przepięknie kruche i dużo rukoli z góry, ale to była improwizacja na temat tarty.Lody domowe z makaronikami na deser tuzinkowe. Reasumując, latam po knajpach dużo i wszędzie, ale tu raczej nie wrócę, bo moje kubki smakowe nie doświadczyły niczego nadzwyczajnego.

    OdpowiedzUsuń
  5. Mam nadzieję, że obsługa na recepcji już się zmieniła...Byliśmy o 14...Knajpa była pusta ale odesłano nas z kwitkiem z propozycją rezerwacji na godz 17 (!). Dodatkowo baba z recepcji stwierdziła, że wcześniej musimy se dania wybrać 3h przed wizytą...Na nasze obruszenie ostatecznie stwierdziła...
    "O wiedzę, że państwo nie bywają w takich miejscach."
    Nie, nie bywamy. I całe szczęście już nie będziemy bywać!

    OdpowiedzUsuń