18 czerwca 2014

Dym na Wodzie (Ustka)


Ustka? Czyżby była tam restauracja, o której warto napisać na krakowskim blogu? Przed wyjazdem nad polskie morze poprosiłam moich czytelników o parę kulinarnych rekomendacji, bo poza kilkoma adresami w Trójmieście nie znałam żadnego lokalu nad Bałtykiem, w którym można naprawdę dobrze zjeść. Restauracja Dym na Wodzie została wprawdzie wymieniona tylko raz, ale po wstępnym rozeznaniu wiedziałam już, że gdy będę w Ustce, to właśnie tam zjem obiad.

Miałam duży kłopot ze znalezieniem lokalu. Adres się zgadzał, ale jedyne co rzucało mi się w oczy, to z jednej strony budka z kebabem, a z drugiej lokal z zapiekankami i absolutnie żadnego śladu jakiegokolwiek szyldu. Dopiero będąc przy drzwiach dojrzałam niewielką nalepkę poświadczającą wyróżnienie w plebiscycie Poland 100 Best Restaurants – nazwy restauracji od strony promenady ani widu, ale powyższe przekonało mnie, że byłam we właściwym miejscu.

W pierwszej chwili wnętrze uderzyło mnie swą banalnością. Beżowe ściany przełamane brązowo-czarnym marmurem, tiulowe firanki zakręcone wokół karnisza, wszechobecne świeczki-podgrzewacze i kiepskie zdjęcia produktów spożywczych wątpliwie zdobiące sale. Sytuację ratowały stare drewniane meble, elegancko ubrany kelner i widok z okna wprost na morze i sunące po horyzoncie statki. No i menu.

Krótkie, ciekawe i z cenami niższymi, niż można by się spodziewać. Do tego zmienne, lokalne i sezonowe, bo dostosowane do polskiego kalendarza (lato, złota polska jesień, słoty, zima, przednówek, wiosna) i wykorzystujące rodzime produkty z Ustki i okolic (np. deser z sosem z krówek z kawiarni „Mistral” czy wędliny ze Starkowa). Po średnio udanym czekadełku – słupkach marchewki z dipem tzatziki – czekałam już na panna cottę ze zsiadłego koziego mleka z pieczoną botwinką w glazurze miodowo-maślanej i pieczonymi żółtymi burakami (26 zł). Po kilku długich minutach od podania czekadełka zakłopotany kelner poinformował nas jednak, że tej przystawki nie będzie (kilka minut wcześniej musiał nam zakomunikować także brak wybranego przez nas wina).

Zastanowiło mnie, skąd takie opóźnienie tej informacji, ale jako że widziałam kilka ciekawych pozycji w karcie, bez dłuższego wahania postawiłam na mule w cydrze (29 zł). To, co dotarło do stolika, przerosło moje najśmielsze oczekiwania: przepiękne, ogromne i przepyszne mule w cudownie aksamitnym, gęstym, białym sosie absolutnie odjęły mi mowę (bardziej niż te w Breydel de Coninc w Belgii. Nie żartuję.). Gdy już nic z nich nie zostało (a musiałam dzielnie walczyć, by nie wykradła mi ich osoba towarzysząca), miałam ochotę dokończyć sos, maczając w nim pieczywo, jednak jego czosnkowa nuta za bardzo ingerowała w ten doskonały smak. Musiałam więc z bólem patrzeć, jak kelner odbiera talerz pełen pustych muszli i odchodzi wgłąb sali… Ach!

Nienaganny tatar z łososia bałtyckiego (29 zł), wybór mojego towarzysza, nieco się chyba różnił od tego opisanego w karcie, bo ani maślanych okruszków, ani płatków chabrów nie uświadczyliśmy. Był za to imponujący liść musztardowca, kapary, marynowana cebulka i ogórek, a wszystko to w pięknej, symetrycznej kompozycji.

Delikatny dorsz na maśle z rozmarynem (35 zł) podany został na ciekawym, brązowo-niebieskim ceramicznym talerzu, w towarzystwie pieczonych ziemniaków z ziołami i kolorowej sałatki z cieniutkimi plastrami marchewki, rzodkiewki, czerwonej cebuli  i pomidorkami oraz ze świetnie wyważonym winegretem. Tworzył tym samym nie tylko smaczne danie, ale też niezwykle miłą dla oka, kolorową kompozycję. Moje danie – łosoś bałtycki z czarnuszką, chips z wędzonego boczku ze Starkowa, duszona młoda kapusta z pomidorami i koprem, pierożki z ziemniakami i dymką (42 zł) – również nie zawiodło. Cudnie podany kawałek ryby z przyjemnie chrupiącą, rozpływającą się w ustach skórką i zwieńczony liśćmi nasturcji wyglądał niezwykle apetycznie. Uszka z ziemniakami były odrobinę rozgotowane, ale smakowe połączenie całej zawartości talerza było bardzo w moim guście.

Choć porcje były pokaźne, dotychczasowe menu okazało się tak dobre, że nie mogłam nie skusić się na spróbowanie choć jednej pozycji z listy deserów. Sernik z rabarbarem i wanilią (16 zł) został podany ze świeżymi owocami i sosem czekoladowym, który nie dość skutecznie przełamywał kwaskowatość rabarbaru ze względu na swą deserową naturę. I choć kulka lodów waniliowych przywróciła harmonię, następnym razem wybrałabym inny deser. Może też zostałby szybciej przyniesiony – na ten musieliśmy czekać zdecydowanie za długo, tak samo jak na rachunek – w restauracji usadowiło się już kilku nowych gości i widać było, że jeden kelner na cały lokal nie dawał rady z obsługą. Mimo to uważam, że Dym na Wodzie to miejsce niezwykle ciekawe kulinarnie i pozycja obowiązkowa podczas pobytu nad Bałtykiem!

Szef kuchni: Rafał Niewiarowski
Plus: lokalne produkty w karcie, świetna kuchnia, prezentacja dań.
Minus: niedopracowane wnętrze bez wyrazu, brak niektórych pozycji z karty, długi czas oczekiwania w przypadku większej liczby gości.
Adres: ul. Chopina 9 | mapa | www | FB
Polecam: na doskonały posiłek nad Bałtykiem.
Średnia ocena:  4 na 5.     Jedzenie – 4.5/5     Obsługa – 4/5    Wnętrze – 2.5/5      Ceny – 4.5/5


Instagram:



Bądź na bieżąco:
Więcej zdjęć wkrótce tutaj.

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz