25 lipca 2014

Atelier Amaro (Warszawa)


Tego miejsca nikomu przedstawiać nie trzeba. Pierwsza gwiazdka w prestiżowym przewodniku Michelin dla polskiej restauracji zapewne wzbudza ciekawość nie tylko miłośników fine diningu. Dla kogoś, kto o jedzeniu czyta i pisze dużo i często, wizyta w Atelier Wojciecha Modesta Amaro staje się pewnego rodzaju powinnością, choć to nie nią kierowałam się rezerwując stolik. W pewnym momencie ciekawość zmieniła się po prostu w zabawną niecierpliwość, więc wreszcie postanowiłam i pojechałam do Warszawy – wyłącznie po to, by zjeść u Amaro. 

Restauracja znajduje się w Parku Ujazdowskim; to otoczony zielenią, skromny budynek z salą mogącą pomieścić zaledwie około trzydziestu gości, dla których pracuje dwudziestu siedmiu pracowników. Wnętrze jest bardzo proste, ale eleganckie, biało-czarno-szare, zaledwie z kilkoma, minimalistycznymi dekoracjami. Zbliżając się do przeszklonych drzwi widziałam, jak prawa ręka Amaro, Krzysztof Matej, już przygotowywał się do przywitania. Po wskazaniu stolika, zatroszczeniu się o okrycia wierzchnie, torebkę i kieliszek Chablis, dostaliśmy do ręki niewielką, piękną kartę z miękkiego papieru czerpanego z wypisanym hasłowo menu, zawierającym tylko trzy główne składniki każdego dania. 


W restauracji nie ma stałej karty dań, a goście mają do wyboru jeden z trzech zestawów degustacyjnych. Najmniejszy, składający się z trzech momentów, to koszt 185 zł za osobę. Zestaw z pięcioma momentami kosztuje 260 zł, a z ośmioma – 320 zł. Warto zaznaczyć, że w piątek i sobotę jedyną opcją jest 8 momentów. Dodatkowo można skusić się na degustację polskich alkoholi (199 zł) lub pozostać przy winie, którego wybór jest bardzo szeroki, dobrany pod okiem Wicemistrza Europy Centralnej Sommelierów Pawła Białęckiego.

Menu w Atelier Amaro bazuje na kalendarzu sezonowości i składa się z rzadko spotykanych lub dawno zapomnianych, głównie polskich, sezonowych produktów (menu może być modyfikowane codziennie, zmieniane jest raz na tydzień). Jest to też jedyna restauracja w Warszawie i druga w Polsce, która otrzymała rekomendację Slow Food Polska. Ja trafiłam na 29. tydzień roku, menu lekkie, kolorowe, letnie. Oto co zostało podane:

Błyszczący, ultracienki, znikający w ustach, lekko czosnkowy, mocno wytrawny 
czips z ziemniaka z kroplami żelu z wódki:


Chrupiący ogórek z nasionami rzeżuchy i kwiatami czarnuszki wypełniony 
zaskakującym, przezroczystym musem z węgorza:


Kwiat nasturcji z czereśnią:


Trzy rodzaje pieczywa zaserwowane w woreczku z podgrzanymi kamieniami: chleb z czarnuszką i palonym sianem, croissant z kminkiem, słodka bułeczka z tymiankiem; podane z masłem z wędzoną solą. Palce lizać!


Moment pierwszy: POMIDOR / WERBENA / ROZMARYN

Gazowane pomidorki, smażone foie gras, werbena cytrynowa oraz delikatny wywar z jabłka z dodatkiem rozmarynu, z cudnym, cytrynowym posmakiem werbeny:


Moment drugi: KRÓLIK / BÓB / LAWENDA

Nerki królicze i bób w emulsji ze szparagów i trybuli 
zwieńczone liśćmi nasturcji, do tego odrobina pudru lawendowego:


Cudnie kremowe lody z zielonego groszku z pudrem ze stewii i mięty:


Moment trzeci: TROĆ / PORZECZKA / NASTURCJA

Troć sous-vide (gotowana 20 minut w 39 stopniach) z musem z liści nasturcji, granitą z buraka i kwaśnymi czarnymi porzeczkami. Wyjątkowe naczynia to część spektaklu – większość plam i plamek na tym zdjęciu to wyżłobienia, dziurki i malunki na talerzu, a nie składniki dania:


Moment czwarty: OGÓREK / ŻÓŁTKO / KOPER

Wywar z ogórka z żółtkiem sous-vide, ogórkiem grillowanym i kwiatami kopru:


Moment piąty: CUKINIA / RUKIEW WODNA / MALINA

Żółłta i zielona cukinia z lodami z białego buraka i koziego sera, kwiatem cukinii, kawiorem z malin i rukwią wodną, na dziwacznym, imponującym talerzu:


Moment szósty: TURBOT / PAPRYKA / SŁONECZNIK

Turbot z nasionami słonecznika, koprem i pieczoną papryką, podany z jadalnymi kwiatami, m.in. z ogórecznikiem i begonią:


Moment siódmy: SARNA / SŁÓD / POZIOMKA

Sarna z kaszą gryczaną karmelizowaną z maślanką 
z dodatkiem poziomek w pudrze z musztardy:


Czips z selera z musem z kurek, smażonym szpikiem i kwiatami tymianku. 
To niesamowite jaką pełnię smaku mogą mieć tak maleńkie elementy:


Podane na kamieniu lody z kwiatów maku z nasionami gorczycy:


Moment ósmy: BAKŁAŻAN / CZARNY BEZ / DYM

To chyba najbardziej zaskakujące połączenie (tak zaskakujące, że osoba towarzysząca nie miała odwagi, by dokończyć ten moment). Bakłażan w syropie z czarnego bzu z biszkoptem jałowcowym i z liofilizowanymi truskawkami, zanurzony w jogurcie z tymiankiem i majerankiem (na zdjęciu bakłażan jest niestety naruszony łyżką – z wrażenia zaczęłam jeść przed wykonaniem zdjęcia):


Podana na lodzie w srebrnej szkatułce orzeźwiająca truskawka z lodami pietruszkowymi:


I nas sam koniec: czekoladki własnego wyrobu 
(opakowanie również było jadalne):


Niby osiem momentów, a tak naprawdę… siedemnaście. Nawet najmniejsze amuse-bouche, na jeden czy dwa kęsy, każdy „przerywnik” w tym wydawałoby się niekończącym kulinarnym przedstawieniu, był osobnym momentem. Zachwycająca jest ta zabawa z teksturami, jak w lodach z zielonego groszku, gdzie wierzchnia warstwa pęka przy ugryzieniu podobnie jak cienka czekoladowa powłoka w lodach na patyku, jednocześnie dostarczając lekkiego jak puch orzeźwienia mięty i słodyczy stewii. To oszukiwanie zmysłów, jak w drugim momencie, gdzie schowane pod parasolem z liści nasturcji znalazłam pokryte emulsją i wyglądające niemal identycznie bób i rozpływające się w ustach królicze nerki. Albo gazowane pomidorki, które zdradzają swoją zabawną naturę dopiero wtedy, gdy dotkną podniebienia.

Jak możecie się domyślić, długo zastanawiałam się, jak ta kolacja będzie wyglądała, czy będę w stanie odróżnić smaki, rozpoznać produkty, czy będzie to coś zupełnie absurdalnego i niespotykanego, czy będzie to wzruszające, czy śmieszne, czy może po prostu bardzo dobre. A może nie będzie smakować w ogóle? Bałam się, że nie będę w stanie tych wrażeń opisać – ale przecież żadnych wrażeń nie da się opisać tak, by osoba czytająca  w pełni zrozumiała, jak coś smakuje i nie jest tak tylko w przypadku restauracji gwiazdkowych. Opisać mogę prezentację i wygląd, mogę spróbować opisać teksturę, mogę coś pobieżnie określić jako słonawe, słodkie albo delikatne, ale nigdy nie przekażę czytelnikowi smaku w stu procentach. Tym bardziej w przypadku haute cuisine, gdzie jedzenie wchodzi jakby na inny poziom, gdzie odczucia są tak piękne lub tak dziwaczne, że aż trudno cokolwiek powiedzieć poza zwykłym „Wow…”. 


Jeśli miałabym wybrać dania słabsze, co w tym przypadku oznacza dania, które dostarczyły mniej wrażeń niż inne, byłby to czwarty moment ze względu na nieco nudny, mało zróżnicowany i mało intensywny smak całości. Coś, co najmniej mi smakowało, to chyba „deser”, czyli bakłażan w pudrze jałowcowym – smak był tu tak nieoczekiwany, że musiałabym chyba zjeść trzecią porcję, by w pełni się do niego przyzwyczaić. Najbardziej utkwił mi w pamięci doskonale wyważony moment siódmy, gdzie ucieszyła mnie obecność kaszy i zachwyciło połączenie poziomek z delikatnym pudrem musztardowym, nie wspominając o absolutnie genialnej, rozpływającej się w ustach sarnie, lekko chrupiącej z zewnątrz, doskonale miękkiej w środku, a jako całość przyjemnie intensywnej w smaku.

W Atelier Amaro na szczególną uwagę i osobny akapit zasługuje obsługa. Po raz pierwszy nie miałam absolutnie żadnych obiekcji do automatycznie naliczanej opłaty za serwis. Zaskakująco młoda ekipa Amaro była w swej pracy po prostu perfekcyjna. Kolacja tam to nie tylko show kulinarny, ale też przedstawienie na temat zawodu kelnera. Tak spokojnych, profesjonalnych i bezbłędnych, a przy tym niezwykle sympatycznych i uśmiechniętych pracowników restauracji nie widziałam nigdy. To jak sprawnie i naturalnie wymieniali się odpowiedzialnością, przenikali między stolikami niemal niezauważenie i bezszelestnie, jak cierpliwie i z dumą tłumaczyli skomplikowane kompozycje dań, jak szybko reagowali na najmniejszy ruch gości jest po prostu fantastyczne.


To, co było dla mnie szczególnie urzekające podczas wizyty w Atelier Amaro, to twarze jedzących gości. Byli to głównie obcokrajowcy i w większości nie znałam języków, którymi się posługiwali, ale widziałam to, co malowało się na ich twarzach. Czasem był to zachwyt, czasem zdziwienie, czasem niedowierzanie; innym razem ekscytacja, radość, ciekawość. To musi być piękne dawać gościom emocje podczas tak zwykłej przecież czynności, jaką jest jedzenie posiłku. To po prostu mistrzostwo. No i czy istnieje lepsza nagroda za ciężką, wieloletnią, pełną oddania pracę w kuchni? Nie sądzę.

Czy było warto? Było. Choć koszty niektórym mogą wydawać się absurdalne, szczerze polecam takie doświadczenie – choć raz w życiu lub raz na jakiś czas, na wyjątkową, specjalną okazję. Jestem pewna, że nie pożałujecie.

Atelier Amaro, ul. Agrykola 1, Warszawa

Kilka praktycznych informacji: stolik należy rezerwować z dużym wyprzedzeniem. Ja czekałam zaledwie półtora miesiąca, ale to prawdopodobnie dlatego, że ktoś anulował swoją rezerwację. Krzysztof Matej wspomniał, że obecnie rezerwacje na piątki lub soboty przyjmowane są na styczeń, szybciej można dostać wolny stolik w tygodniu (w niedziele nieczynne). Oprócz kosztów menu degustacyjnego, warto wziąć pod uwagę koszt wina (o ile pamiętam, najtańsze było za ok. 180 zł/butelkę), ewentualnie wody mineralnej (19 zł za dużą butelkę, co jest lekką przesadą), espresso (14 zł), czy np. proponowany na początku kieliszek Chablis za 38 zł. Nie zapomnijcie o automatycznie doliczanym serwisie (10%) do końcowego rachunku. Wnętrze jest eleganckie, ale nie zakładajcie smokingów ani sukni wieczorowych – atmosfera jest bardzo przyjemna i wcale nie sztywna. Kolacja składająca się z 8 momentów trwa około 3 godzin.

W marcu 2016 roku druga restauracja w Polsce otrzymała gwiazdkę Michelin, niedługo później udało mi się ją odwiedzić. Tutaj możecie przeczytać moją opinię o Senses Restaurant w Warszawie.


*

  Bądź na bieżąco:



73 komentarze :

  1. Ja bym nie poszla, dania małe i nie mówie o cenie.
    marketing....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ,,...dania małe...''mentalność polaków tu chodzi o doznania smakowe a nie schabowego z furą ziemniaków za 19.99

      Usuń
    2. "dania małe, marketing" - omg. polecam w takim razie bar troll na ul. grażyny w krk, na całe szczęście każdy znajdzie miejsca dla siebie.

      Usuń
    3. Za taka cene niektorzy musza miesiac przezyc. Zle bym sie czula wydajac tyle pieniedzy na takie male porcje i podejrzewam, ze nawet efekt "Wow" by tego nie zmienil. Jednak recenzje z takich restauracji czyta sie zdecydowanie ciekawiej od innych.

      Usuń
    4. "marketing" niestety, nic dodać nić ująć, wszystko na ten temat.

      Usuń
    5. tylko dla bogaczy nie dla przecietnego polaka z pensja 2000.....za taka kase wole inne doznania , 360 pln za ociupinke czegos....ale jak niektorzy maja pensje 50.000 miesiecznie to czemu nie.....

      Usuń
    6. Z taką wielkością dań to bym musiał zamówić chyba wszystkie.

      Usuń
    7. To ja jednak wybieram schabowego jak ręka plus surówka i góra frytek :) za 19,99 bo jak idę do restauracji to tylko i wyłącznie z zamiarem najedzenia się ma być dobrze i dużo . Więc nie dla mnie ale recenzja świetna

      Usuń
    8. Trochę nie mogę zrozumieć ludzi, którzy piszą w stylu "to tylko bogatym takie rarytasy", "tylko dureń tyle wyda na jakieś nowe smaki ja wole schabowego i fryty" Ludzie czy Wy z życia nie chcecie czerpać wszystkiego co możliwe? Macie jedno życie a jedyne co Wam do szczęścia trzeba to naprawę nażreć się schabowym nie poznawszy różnych smaków? Jakby Ludzkość tak do wszystkiego podchodziła i nie chciała odkrywać nowości to byśmy do dzisiaj jedli mięso z ogniska bez przypraw i siedzieli w jaskini... No bo po co poznawać przyprawy skoro jest mięso i się tym najadamy, po co poznawać cegły, drewno skoro w jaskini mamy spoko... Przeanalizujcie tak naprawdę ile pieniędzy wydajecie na byle g*wno w swoim życiu a szkoda Wam raz wydać 360zł na poznanie czegoś innego niż schabowy? Porażka serio... Zarabiam 2000 ale z chęcią odkładam akurat czas oczekiwania na stolik (kilka miesięcy) i pójdę zobaczyć jak mnie podniebienie może jeszcze w życiu zaskoczyć :)

      Usuń
    9. Korzystać z życia trzeba, ale czy korzystanie z życia, to znaczy wyrzucać 360zł za kwiat nasturcji z czereśnią?
      Poznawanie "innych smaków", nie ogranicza się do wsuwania bakłażanów u Modesta, bo ma gwiazdę Michelin, za 360zł można spróbować wielu specjałów zagranicznej kuchni.
      Nie płacisz za jedzenie, płacisz za przynależność do samozwańczej "elyty" która stołowała się u TEGO Amaro.

      Usuń
  2. Przeżyłam taką degustacyjną przygodę u Gordona Ramsaya w Australii. Nie wiem, czy Gordon został uhonorowany gwiazdką, ale ceny na to jednoznacznie nie wskazywały :-) Dania podawane tak samo pięknie, smaki zaskakujące. Nigdy nie zapomnę głębi smaków każdego, nawet najmniejszego jadalnego skrawka na talerzu.
    (Koszt 5 daniowej kolacji to $50 AUS, doliczyć należy hamburgera, którego zjadłam po wyjściu-bo wciąż byłam głodna :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha, dobrze, że nie musiałam jeść burgera; wręcz przez jakiś czas po wizycie w Amaro miałam trudność z powrotem do "normalnego" jedzenia. :)

      Gwarantuję, że po 8 momentach nie wychodzi się głodnym. Wręcz słyszałam opinie, że 5 momentów wystarczy. Prawdopodobnie dania są wtedy większe.

      Ale pamiętajmy, że tu chodzi bardziej o przeżycie kulinarne i spróbowanie czegoś zupełnie nowego niż najedzenie się po brzegi. ;)

      Dzięki za komentarz!

      Usuń
    2. Wiadomo! Ale głodna chodzić nie zamierzam, choćbym artystycznie była nasycona :-)

      PS. Aneczko, wracasz czasem na Konfederacką 4? Ciekawa jestem, czy tendencje wzrostowe czy spadkowe?

      Usuń
    3. :)

      Nie byłam tam od czasu ostatniej aktualizacji recenzji (znajdziesz ją pod tekstem tutaj: http://www.dania-kontra-ania.blogspot.com/2012/09/konfederacka-4.html). Trochę się boję. ;)

      Usuń
    4. Tak, znam, znam. Sama się pod tym wpisem wyprodukowałam. Ja się już nie złamię, nie pójdę...ale żal i smutek jest, oj jest.

      Usuń
    5. Oj myślę że tu nie chodzi o żadne "doznania smakowe" tylko o to żeby zjeść kolację u jakiegoś Amaro. Mentalność Polaków, mentalnością Polaków, ale skoro takie są ceny to klient głodny nie powinien wychodzić. Może wiochę nazwijmy wiochą? Co to za mega wypasiona restauracja z takimi cudami kuchni jeżeli klient zostawiając w niej kilka stów czy nawet 1000 zł wychodzi głodny? To jest mentalność typowej warszawki, iść, pochwalić się przed znajomymi że się było u Amaro na kolacji (nie wiem czy tak prymitywna nazwa jak kolacja jest tu na miejscu, przeciez chodzi o doznania smakowe a nie o jedzenie...), pochwalić niesłychany kunszt, ale już przemilczeć to że po powrocie do domu na szybkiego się wszamało bułkę z serem

      Usuń
    6. Wydaje mi się, że to kwestia patrzenia na sprawę. W przypadku takich restauracji człowiek nie idzie tam, żeby zwyczajnie się najeść jak to zazwyczaj wychodząc ,,do knajpki". Nikt też nawet nie mówi, że po odwiedzeniu Amaro, trzeba ogłosić całemu światu, że się tam było, więc argument o powodzie do lansu, też się nie broni.
      Nie byłam tam jeszcze, ale pójdę. Jest drogo, owszem, ale nie uważam, żeby to był czysty marketing.
      Zamierzam tam pójść jak na dobre przedstawienie w którym wezmę czynny udział. Ktoś, kto raz zje w dobrej restauracji rozumie, jaką radość i ,,emocje" daje możliwość spróbowania czegoś niezwykłego. Może dlatego dania nazywają się ,,momentami" bo nie są to po prostu pozycje z menu, a momenty doznań smakowych. To sztuka. Takie rzeczy są bezcenne, więc zapłacenie tych kilkuset złotych nie jest wcale wygórowaną ceną. Wie pan/pani ile kosztuje skok ze spadochronem? Albo lot motolotnią, czy inne ,,ekscesy"? Również sporo, ale nikt w przygotowanie tego nie wkłada takiej pomysłowości specjalnie dla klientów, ani nawet serca, czy po prostu talentu. Ale widzę, że pan/pani tego nie rozumie

      Usuń
  3. Też bym się raczej na taki obiad/kolację nie skusiła ze względu na ceny. Mnie zjadłyby wyrzuty sumienia, gdybym tyle pieniędzy wydała na jeden wypad do restauracji. Zdecydowanie bardziej wolę restauracje, w których mogę zamówić jedno - dwa dania - może trzy dania, zapłacić mniej, ale móc tam wrócić co jakiś czas. Nawet gwiazdka i niespotykane doznania kulinarne do mnie nie przemawiają.
    Ale może, gdy zostanę milionerką...

    OdpowiedzUsuń
  4. Dania prezentują sie przepieknie. Jednak czy takimi porcjami idzie sobie pojesc? :D

    OdpowiedzUsuń
  5. Pięknie podane, smakowicie wygląda.Też jestem zdania, że jeśli ktoś może - powinien spróbować menu w Amaro. Warto popróbować niespotykanych gdzie indziej produktów, albo niepopularnego ich podania

    OdpowiedzUsuń
  6. Dania wyglądają fenomenalnie. Zgadzam się z poprzedniczką - na pewno warto spróbować tych specjałów.

    OdpowiedzUsuń
  7. kasowanie za wodę to lekkie przegięcie nie bylem w wielu takich lokalach ale w większości woda była serwowana za darmo

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 19 zł jest za kieliszek. Potem woda jest na bieżąco uzupełniana.

      Usuń
    2. No i co to zmienia, że potem "woda jest na bieżąco uzupełniana"? 19zł za kieliszek czegoś, co przeciętnie kosztuje 1,50zł za LITR? Ktoś tu chyba pomylił głowę z inną, niżej położoną częścią ciała (nie chcę być wulgarna). Za 19zł to mam porządny obiad, sałatkę dla całej rodziny.

      Usuń
    3. To jest właśnie mentalność polaka...
      Po co przepłacać? ;>

      Usuń
    4. Nie, to jest po prostu rozsądek.

      Usuń
    5. Dokładnie rozsądek, jeśli ktoś czuje się ''podniecony '' płacąc za coś co nie jest warte swojej ceny to jego problem i niech płaci he he . I teraz uwaga proszę państwa... mnie stać na bardzo ''drogie''dania i potrawy ale i tak ich nie kupię z rozsądku. .. . Dziękuję.

      Usuń
  8. wszystko fajnie, na pewno też pysznie ale 1000 zł za jedną kolację to niektórzy mają na cały miesiąc jedzenia....

    OdpowiedzUsuń
  9. dodajmy ze są restauracje gdzie kasuje sie więcej. to nie są bary przy drodze. za wyrafinowane specjały trzeba płacić za elitarność też.
    Ceny na pewno są na poprawnym poziomie, biorąc pod uwagę ,że to są autorskie dania szefa, gdzie nigdzie indziej nie napotkamy tak zaserwowanego jedzenia i smaku. Po za tym jesli nawet jedzenie by nie przekraczało 50zł za danie to czas oczekiwania na rezerwacje pewnie przekroczył by rok.... Tak wiec ceny dań już wprowadzają pewną selekcjie

    OdpowiedzUsuń
  10. Ja jak tylko będę miała nadprogramowy 1000zł wybiorę się na 8 momentów na pewno. Zastanawiam się tylko jaką porę roku wybrać, bo chyba zimą z lokalnych produktów, szczególnie owoców to nic by mnie nie urzekło. Zatem zbieram pieniążki i czekam na lato ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Super! Koniecznie daj potem znać jak wrażenia! :)

      Usuń
  11. SNOBIZM lansowany przez snobów i pismaków nie mających pojęcia o dobrej kuchni. Wszystko byle zaistnieć. Z elegancką, smaczną i prawdziwą kuchnią ma to niewiele wspólnego. Z pewnością smaczniej jest zjeść w portowej trattorii w San Sebastian lub włoskiej knajpie prowadzonej prze Libańczyka w Berlinie ... O eleganckich lokalach, w pełnym tego słowa znaczeniu, których w tm kraju brak, nie wspomnę.

    OdpowiedzUsuń
  12. to ja sie nie dziwie ze w hell's kitchen ludzie mają problem coś ugotować, skoro większość dań nie wygląda super apetycznie, już wole sobie pojsc do kfc, zamówic classica i wiem że pojem :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Użycie słowa "pojem" jednoznacznie wskazuje na pochodzenie autora komentarza.

      Usuń
    2. Dziękuje, Szlachcicu, że oddzielasz chłopów od "elyty" :>

      Usuń
  13. to jaka jest cena za kolację na osobę? ile za ten serwis? ile za picie? napisz proszę, bo ciężko się przygotować nie wiedząc nic :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ewelina, wszystkie informacje są w recenzji. :)

      Usuń
  14. Za, Chrupiący ogórek z nasionami rzeżuchy i kwiatami czarnuszki wypełniony
    zaskakującym, przezroczystym musem z węgorza, życzyli sobie w grudniu 2014 r, 180 zł ;d

    OdpowiedzUsuń
  15. A czy mają pestkę z dyni podsmażaną na maśle z południowo-wschodnich Karaibów, w towarzystwie drugiej pestki, opiekanej w Toskanii, z lekką nutą musu z jesiotra? Podobno doskonały smak, niezwykle wyrafinowany, tak co najmniej na 300 zł.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie mają, bo menu opiera się wyłącznie na polskich produktach. :)

      Usuń
  16. Nie moje klimaty. Co z tego, że coś jest smaczne, jak trwa nie dłużej niż właśnie ... moment. Od tej drobnicy pomyślałbym, że to degustacja, po czym stwierdziłbym, że najlepszy był Turbot, więc przynieście mi teraz za 1000 zł porządny filet z Turbota. Ale nie - karzą mi płacić 1000 zł za degustację ziemniaków, żelowanej wódki, pietruszki, kwiatów i innych węgorzy w płynie. Nie miałbym sumienia na wydanie tam nawet służbowych pieniędzy.

    Niedawno za 800 zł sprowadziłem sobie wołowinę KOBE i testowałem smak w zależności od stopnia wysmażenia, popijając moim ulubionym American India Pale Ale. Wiecie jaka zabawa? Można się przy tym najeść i popić.

    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz rację, 1000 zł za degustację ziemniaków to rzeczywiście KARA

      Usuń
  17. Jak czytam o tym Waszym "najedzeniu się" idąc do restauracji tego typu nie powiem chce mi się śmiać. I mega Wam współczuję takiego toku myślenia. W Polsce za mało człowiek cieszy się chwilą. Tylko myśli jak by tu zarobić aby sie nie orobić i to naprawdę widać. Jestem pewna, że nie jeden ciekawy wrażeń przeciętny polak zbierał na wyjście do Atelier. Bo to jest jak wyjscie na wystawę do muzeum, gdzie spodziewasz się czegoś wyjątkowego, nie kolki z przesytu. Pozdrawiam i zazdroszczę! Czekam na swoją kolej w Atelier Amaro

    OdpowiedzUsuń
  18. nietypowy klimat, oferta bardzo szeroka i elegancka i na pewno klientów nigdy nie jest brak

    OdpowiedzUsuń
  19. Odwiedziłam to miejsce we wrześniu i nie żałuję . Wybraliśmy 8 momentów i pomimo minimalistycznych porcji najedliśmy się do syta, ciekawe doświadczenie kulinarne, które polecam kazdemu pomimo wygórowanej kwoty

    OdpowiedzUsuń
  20. Witam. mam na imie Piotr i nigdy nie wypowiadam się na tematy kulinarne bo to jest kwestia smaku i gustu. gotuję bardzo chętnie i dość dużo dla swojej rodziny i znajomych.(smakuje im :) . Nie zarabiam 50.000 pln miesięcznie a mimo to myślę że każdy kto choć trochę interesuje się gotowaniem i kulinariami powinien odwiedzać takie "wyalienowane" miejsca. niewiele ich u Nas i niewiele w ogóle, tak że na pewno wysupłam parę zyla i odwiedzę Mistrza Amaro i dopieszczę swoje skromne podniebienie kosmicznymi kompozycjami smaków(ale popłynąłem) i zdam wam relację laika.

    OdpowiedzUsuń
  21. Yyhh, Polaki cebulaki. Jak czytacie recenzje Ferrari, czy oglądacie biżuterię Svarowski zza szyby w galerii, to też marudzicie, że marketing słaby, z pensja 2tys się ledwo da żyć i w ogóle to Ferrari to lipa jakaś, bo do Forda wejdzie więcej?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Samochód służy przez lata, biżuterię też nosi się latami, a nawet pokoleniami gdy przechodzi z matki na córkę itd. Jak może to porównywać z jedzeniem?! Tak małe porcje zje się w dosłownie moment, przez moment poczuje się ich smak... i tyle. Osobiście nie krytykowałabym tak wysokich cen gdyby porcje były normalne (dosłownie normalne, nie gigantyczne) a nie jak dla kolibra. Przy takich porcjach ceny wypadają wręcz absurdalnie. Co innego za 1000zł kupić piękną bransoletkę, a co innego wydać tyle na swoistą "kolację" która polega na degustacji minimalnych porcji fantazyjnych dań.

      Usuń
    2. A teraz wyobraź sobie, co czują ci, którzy wydają kilkaset złotych na dwugodzinny koncert ulubionego zespołu - nawet sobie nie pojedzą!

      Widzisz, ja nie wydaję pieniędzy na bransoletki, bo wolę płacić za emocje i doświadczenia.

      Kolacja trwała 3 godziny, składała się z 17 elementów i była jak spekakl teatralny. Życzę Ci, byś mogła tego kiedyś doświadczyć. :)

      Usuń
  22. Bardzo pożyteczna recenzja. Ja też w przyszłości wybieram się do tego miejsca, trochę niechętnie ale z ciekawości pójdę.
    Co do cen, to uważam, że to jest drogo jak na polskie zarobki. Ponadto słyszałem negatywne opinie o Amaro jako pracodawcy.

    OdpowiedzUsuń
  23. Wybieram się z mężem na kolację z okazji rocznicy ślubu i moje pytanie, jak się ubrać?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podczas mojej wizyty weszli nawet turyści w T-shirtach i z plecakami i obsłużono ich tak samo jak całą resztę. :) Ja do takich miejsc lubię się ubrać bardziej elegancko, ale też bez przesady - suknia wieczorowa jest zbędna. :)

      Usuń
  24. kogo stać ten sie stoluje w takich miejscach

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To nie są miejsca do "stołowania się". Równie dobrze można co niedzielę odnawiać ślub, codziennie chodzić do SPA na zabiegi zamiast się umyć, czy urządzać co dwa swoje imieniny, zamiast rozmawiać ze znajomymi przez telefon, jak stołować się w takim miejscu.

      Usuń
  25. Przygoda dla bogatych lub kucharzy, ludzi związanych mocno z gotowaniem i szukających nowych inspiracji kulinarnych których mocno jarają takie klimaty...czyli wąskie grono ludzi. Dlaczego jest tam wielu obcokrajowców? Odpowiedź nasuwa się sama...turystów z zachodu przy obecnej wartości złotówki na to stać i to bez wyrzutów sumienia dla wartości wydanych pieniędzy...wszystko na ten temat.

    OdpowiedzUsuń
  26. Wszystkie krytyczne głosy względem cen i wielkości serwowanych w restauracji dań nazywa się tutaj "mentalnością Polaka". Wychodzi na to, że ekonomia i zdrowy rozsądek jest ową "mentalnością Polaka". Rzeczywiście, bardzo to złe i wręcz skandaliczne, że w czasach wszech obecnego kryzysu, gdy pensje Polaków nie rosną, ale ceny tak, komuś żal wydawać 1000 zł na posiłek w restauracji. O tempora, o mores! Mogę narwać na łące trawy, polać ją syropem malinowym i przyozdobić galaretką z nagietka, a następnie kazać sobie zapłacić za ten "moment" 15 zł. Jak sądzę, większość osób mówiących o "delektowaniu się kuchnią", uznałaby to za kulinarne faux pas i niemalże gwałt dokonany na sztuce kulinarnej, czyż nie? Jeśli te osoby uprawiające, jak to autorka blogu pięknie po polsku napisała, "fine diningu" zarzucają rozsądnym ludziom, że mają "typową mentalność Polaka", to im samym zarzucić można "typowy snobizm", bo jak inaczej to nazwać? Już nie mówię o Polakach, ale jakie trzeba mieć sumienie, żeby delektować się trawą, za którą trzeba płacić 300 zł, podczas gdy w Afryce nawet nie uchodzi ona za rarytas, a za ostatnią deskę ratunku. I kieliszek za 19 zł? Możecie mnie uznać za "mentalnie typowego Polaka", ale uprawianie "fine diningu" nie wzmocnia Waszego ducha, nie jest nawet czystą formą artyzmu, ale próbą poprawy swojego beznadziejnie snobistycznego życia. To tak jak z wczasami na Teneryfie, w Egipcie albo Tunezji - wyrwał się jeden z drugim z wioski, dorobił kilku groszy i wczasy tylko w tych kurortach, no bo przecież go stać! Nad polskie morze? Na Mazury? A po co? Tam jeżdżą tylko biedacy, ja, bo mam "pincet" dziennie w portfelu, mogę jechać wszędzie, a po powrocie zjeść u Amaro, a co? Smutne, ale prawdziwe: człowiek z wiochy wyjdzie, ale wiocha z człowieka już nie. I tak widzę "stołowanie się" u Amaro.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Złote słowa!

      Usuń
    2. A bo widzisz - Ty nie jesteś zwykłym Polakiem, tylko zwykłym głąbem. Niestety cebulactwo z człowieka nie wychodzi, co świetnie widać na Twoim przykładzie.

      Narwać na łące trawy, polać syropem malinowym i przyozdobić galaretką z nagietka? Pewnie, jeżeli Ci wyjdzie to tak dobre, jak serwowane w tej restauracji - bierz nawet i 100 zł, bo nadajesz się na szefa kuchni własnej restauracji.

      Wczasy na Teneryfie, w Egipcie, Tunezji? No patrz, byłem nad polskim morzem, gdzie przez 6 dni lało i zdarli ze mnie 50 zł dziennie za kwaterę, bez wyżywienia, a dojazd trwał w sumie dobę i kosztował kolejne 150 zl. Za 4 dni na Cyprze zapłaciłbym 400 zł za pobyt w hotelu ze śniadaniem, a nie ciasnej kwaterze i miał gwarancję przynajmniej 30 stopni i pełnego słońca. A powiem Ci nawet, że dopłaciłbym i dwa razy tyle - bo teraz podczas urlopu nawet nie odpocząłem i tylko zmarnowałem czas, a tam bym miał gwarancję zadowolenia. Tak samo jest z jedzeniem. Albo dajesz 20 zł za suchego schabowego z frytkami z supermarketu, albo spróbować czegoś czego prawdopodobnie nigdy w życiu nie jadłeś i już raczej nie zjesz.

      Usuń
  27. Jezu ludzie żal mi was "za tyle pieniędzy to bym nie poszła" nie tylko wokół pieniędzy świat się kręci. Sama byłam i poleca doznania smakowe nieziemskie a to że po pięciu momentach się wychodzi napędzanym ja osobiście byłam dwa razy raz zamówiłam pięć momentów a raz osiem i za każdym razem wyszłam najedzona. Gorąco polecam :)

    OdpowiedzUsuń
  28. Nie wszystkie kobiety noszą brylanty ;-))))

    OdpowiedzUsuń
  29. wlasnie dlatego wiekszosc gosci u amaro to obcokrajowcy, bo oni nie maja mentalnosci polakow, zeby sie tylko nazrec do oporu i po kosztach, bylem u amaro ostatnio i bylo to swietne przezycie, a idzie sie najesc u niego nawet 3 momentami, bo miedzy daniami jest podawanych tyle przekasek ze czulem sie mocno najedzony jak wychodzilem

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. nie, większość to obcokrajowcy bo oni mają za co tam pójść.

      Usuń
  30. czy win można kosztować "na kieliszki"? :)

    OdpowiedzUsuń
  31. 360 zł za coś takiego.. jak kogoś stać to czemu nie. To nie na moje chłopskie podniebienie. Tyle to ja na miesiąć na jedzenie wydaje.

    OdpowiedzUsuń
  32. Dlaczego ludzie są tak zwyczajnie i po prostu... głupi?

    Czy chodzą ze swoją 13 letnią córką do baru "Mordobicie" w ciemnej dzielnicy portowej? Tani, każdego stać, ma wielu klientów z całego świata! Nie? Cholera może jednak nie wszystkie miejsca są dla wszystkich i może o dziwo nie ma przymusu tam chodzić i można samemu sobie wybierać co się chce? Jeśli tak po po cholerę wciskać nos w cudze sprawy? Niech każdy chodzi gdzie chce, a jak ktoś nie chce to po co się z tym obnosi niepytany? Jakoś przechodnie na ulicy nie mówią, że nie idą do toalety, bo im się nie chce kupy, więc po co tyle osób tutaj, niepytanych pisze, że nie pójdzie do Amaro?

    Tak prosto to napisałem, a oni pewnie i tak nie zrozumieją, prawda?

    OdpowiedzUsuń
  33. Ja z chęcią kiedyś się wybiorę. Nie należę do osób z "grubym portfelem", ale to nie szkodzi. Chyba dużo osób myśli, że w takim miejscu bywa się co weekend na obiadek z rodziną. Jakbym patrzyła na to z tej perspektywy to oczywiście, że spory wydatek, drogo i pójdę tam dopiero jak wygram w lotto. Przykładowo wystraczy przez jeden miesiąc nie kupować papierosów i już się znajdą fundusze. Ludzie lubią narzekać i obrzydzać innym życie. Chciałabym zjeść u Amaro bo schabowe są nudne i sama w domu potrafię je przyrządzić.

    OdpowiedzUsuń
  34. Stac mnie na wypad do Amaro nawet codziennie:ale nie pojde.Szkoda mi tylu pieniedzy.Serio.Ja na nie duzo pracuje-nie oddam lekka reka ot tak.Nie jestem az tak"zakochana w zyciu"zeby je"poznawac ile wlezie"smakujac egzotyczne potrawy i fikajac po egzotycznych wyspach.Nazywam to pragmatyzmem.Dwa:za takie kwoty mam sie jeszcze umawiac z wyprzedzeniem...?jak to robia turysci,skoro wychodzi na to,ze wchodza "z miejsca"?....Sam fakt"umawiania sie"juz jest dla mnie nieporozumieniem:w mysl zasady"place-wymagam".Nie bronie natomiast nikomu tam degustowac i czerpac doznania.Kazdy kroj na swoj stroj :D.Ps.ze sztuki wybrala bym festiwal filmowy w Canes.Dwa,do Pana,ktory twierdzi,ze na Cypr skoczy na 4 dni:gdzie Pan taka wycieczke znalazl?,chyba ze objazdowa.Najkrotsze sa te tygodnowe.Nalezy sie liczyc rowniez z oplatami dodatkowymi za np.obiady i kolacje( all inclusive to nie jest 600 pln...niestety).Sama wybieram Polskie morze i Polskie kraje.nie musze sie gimnastykowac po angielsku badz niemiecku,za bezcen mam wszystko(nie od parady nawiedzaja nas nagminnie turysci z zagranicy) a gdy pada siedze w spa w hotelu.Jesli ktos "ciula"caly rok a budzet ma okrojony zawsze bedzie niepocieszony:bo padalo,bo bylo za goraco tudziez zbyt chlodno.Poniewaz nie ma srodkow juz na starcie aby sobie zapewnic dobra zabawe.Pozdrawiam wszystkoch wielbicieli sztuki.Recenzja udana :D

    OdpowiedzUsuń
  35. "Nie zapomnijcie o automatycznie doliczanym serwisie (10%) do końcowego rachunku". Ciekawe ile przeciętnie zarabia tam Kelner... ?

    OdpowiedzUsuń
  36. Wiele bym dała żeby się tam znaleźć i będę do tego dążyć i nie przeszkadzają mi wysokie ceny tylko odległość i brak czasu:-( pracuje jako kucharz i wiem ze to co znajduje się na talerzu jest warte ceny w dobrej restauracji nie chodzi o jedno danie które wypełni nas całych tylko pruba nieznanych smaków jak chcemy się na jeść po uszy proponuje zakupy i obiad w domu.

    OdpowiedzUsuń

Spodobał Ci się tekst? A może nie zgadzasz się z moją opinią? Chętnie poznam Twoje zdanie!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...