19 sierpnia 2014

La Campana (Kraków)


Za każdym razem, gdy przechodziłam ulicą Kanoniczą, rzucałam okiem na ogródek La Campany, obiecując sobie, że w końcu skuszę się na wizytę w tym miejscu. Czekałam na sprzyjającą okazję, czyli naprawdę piękny, ciepły, letni wieczór, by móc usiąść w tym ogródku i choć przez chwilę poczuć się jak na wakacjach we Włoszech. Jeden z lipcowych, upalnych weekendów był więc na to idealny.

Przy dokonywaniu rezerwacji telefonicznej dopiero na koniec rozmowy kelnerka poinformowała, że ze względu na odbywający się w ogrodzie koncert, do rachunku doliczone zostanie dodatkowe 10 zł od osoby. Zdziwiło mnie to, bo czy koncerty w lokalach nie powinny być jedynie dodatkową atrakcją,  a nie czymś, za co klient jest zmuszony zapłacić, gdy chce zjeść posiłek w wybranej restauracji? Pierwszy raz spotkałam się z taką praktyką i choć nie do końca się z nią zgadzam, postanowiłam pozostać przy moim wyborze.

Ogród jest ogromny i piękny. Palące się świeczki, latarnie pomiędzy krzewami i wszechobecne kolorowe kwiaty składają się na bardzo relaksującą, piękną aranżację. Stoliki, do których dochodzi się brukowanymi ścieżkami, pokryte są białymi obrusami, postawionymi na sztorc serwetami i błyszczącymi sztućcami; znajdują się w zaułkach ogrodu, gdzie oddzielone są roślinnością, tworząc intymną przestrzeń dla małych grupek gości. To bez wątpienia jeden z najpiękniejszych restauracyjnych ogrodów w mieście!

Szkoda, że tę idylliczną atmosferę zakłócał pośpiech kelnerów, którzy niemal w biegu przemykali między stolikami. Trudno zrelaksować się w miejscu, w którym bez przerwy obserwuje się taką gonitwę. Choć w lokalu pracowało tego wieczoru naprawdę wielu kelnerów, nie byli oni w stanie sprawnie i ze spokojem obsłużyć ogrodu pełnego gości. Obsługująca nas kelnerka z niecierpliwością przyjmowała zamówienie i nawet na końcu, gdy już część ogrodu opustoszała, na dokonanie płatności – od momentu poproszenia o rachunek do momentu płacenia – musieliśmy czekać blisko 20 minut.

Ale od początku. W menu jest wszystko, czego szukają miłośnicy włoskich smaków (no, oprócz pizzy). Jest również podział na primi piatti (makarony) i secondi piatti (dania mięsne i rybne), co sugeruje, że należałoby wybrać coś z każdej kategorii. My jednak stawiamy na jedno danie, ale za to wybieramy przystawkę. Wśród tradycyjnych starterów i antipasti próbujemy znaleźć coś najmniej banalnego. Padło na crostini misti, czyli włoskie grzanki w różnych smakach (16 zł). Podane zostały mało starannie, na zwykłym, przytostowanym białym pieczywie (z kolei jako czekadełko podano ciemne – smaczne, gorące i chrupiące) w towarzystwie nieśmiertelnych… kiełków.
 
Grzanka z prawdziwkami i świeżą pietruszką była mało wyrazista, podobnie jak ta z pomidorami, czosnkiem, cebulą i bazylią – pomidory nie miały żadnego smaku. Wybroniła się tylko ta z pysznym łososiem i delikatną ricottą. Tatar z łososia (26 zł) również mógł być podany bardziej starannie (na talerzu leżała mało kształtna, posklejana masa), ale nadrabiał smakiem, bo w towarzystwie oliwek, kaparów, cebulki i mango smakował naprawdę dobrze.

W menu uprzedzono, że czas oczekiwania na dania może wynieść do 30 minut. Od momentu podania nam przystawek do momentu podania dań głównych minęła godzina (sprawdziłam czas wykonania zdjęć). I nie byłby to szczególnie duży problem, bo atmosfera (również dzięki muzyce na żywo) była idealna do długiego, przyjemnego przesiadywania przy kieliszku wina i rozmowie. Gorzej, że po tym czasie zrobiło się już całkiem ciemno i gdy dotarły do nas talerze z daniem głównym… poczułam się jak w Dark Restaurant. Mieliśmy pecha, bo nasz stolik, jako jeden z niewielu, nie miał w pobliżu latarenki, a jedyna, niewielka świeczka niewiele w tej sytuacji pomagała. To doprawdy niesamowite, że nikt z obsługi nie zorientował się, że przecież nie widzimy tego, co jemy. Po jakimś czasie sama poprosiłam więc o rozwiązanie problemu – kelnerka w biegu dołożyła pierwszą lepszą, ledwo tlącą się świeczkę, która to, jak możecie się domyślić, nie zrobiła dużej różnicy.

Dopiero wtedy na własnej skórze doświadczyłam, jak bardzo brak estetycznych wrażeń z posiłku może wpłynąć na doznania z jedzenia. Moje tortellacci z ricottą i borowikami (36 zł) były bardzo smaczne, ale ciągle miałam wrażenie, że to posiłek niekompletny. Choć ciasto rozpływało się w ustach, a sos był cudownie kremowy i całkiem przyjemnie komponował się w borowikami i smaczną ricottą, brak możliwości przeanalizowania pod względem wizualnym tego, co jem, był po prostu irytujący. W gorszej sytuacji była osoba towarzysząca, która próbowała rozprawić się z kaczą skórką z poprawnego, lecz dość banalnego grillowanego filetu z kaczki z sosem z mango na białym winie (37 zł) (do tego opiekane ziemniaczki z rozmarynem za jedyne 8 zł – mam duże wątpliwości, czy były domowej roboty). Jedzenie deseru straciło jakikolwiek sens.

Wyszliśmy więc z La Campany z mieszanymi uczuciami. Podczas tej wizyty trochę było pecha (nieoświetlony stolik), ale też sporo winy sympatycznej, lecz niezbyt zorganizowanej obsługi. Nie ma jednak wątpliwości, że nieprzerwana od pięciu lat obecność La Campany w Czerwonym Przewodniku jest w pełni zasłużona (symbole sztućców są głównie oceną klimatu i wystroju) – ogród jest po prostu cudowny i ze względu na niego chciałabym polecać to miejsce na specjalne okazje, mam więc nadzieję, że zarówno z jedzeniem, jak i z obsługą, będziecie mieć więcej szczęścia niż ja.

Plus: jeden z najpiękniejszych ogródków w Krakowie, atmosfera i wystrój wnętrza.
Minus: długi czas oczekiwania na dania, zabiegana obsługa, za muzykę na żywo pobierana opłata.
Adres: ul. Kanoniczna 7 | mapa | FB | www
Polecam: na romantyczną kolację w ogrodzie, na specjalną okazję.
Średnia ocena:  3,75 na 5.     Jedzenie – 3.5/5     Obsługa – 3/5    Wnętrze – 5/5      Ceny – 3.5/5




   Bądź na bieżąco:
Facebook | Pinterest | Instagram
Więcej zdjęć wkrótce tutaj.

7 komentarzy :

  1. Z tego co widzę, restauracja najbardziej zasłużyła sobie wnętrzem a nie smakiem i wyglądem dań. Co do obsługi - zgadzam się, że źle zorganizowana może zaniżyć wrażenia z całej wizyty w danym miejscu

    OdpowiedzUsuń
  2. Rzeczywiście dziwna praktyka na doliczanie do rachunku atrakcji, które sami organizuja. Zawsze można powiedzieć, że nie chcesz słuchać zespołu i co ? Zmusza Cię do zmiany lokalu ?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pewnie na początku informują gościa, że jest taka opłata - tak jak mnie poinformowano przez telefon. Za pierwszym razem ze względu na tę opłatę zrezygnowałam z kolacji w La Campanie i nikt mnie nie przekonywał do zmiany zdania, więc najwidoczniej nie przeszkadza im to, że mogą w ten sposób tracić klientów...

      Usuń
  3. A dla mnie to prześliczne miejsce, w którym można zasmakować troszkę Włoch. Jest tam klimat na romantyczny wieczór, a muzyka dodaje uroku (fakt, troszkę kiepsko, że doliczają do rachunku, ale zapewne są to praktyki przywiezione z południa). Czas spędzony w tej restauracji wspominam miło i było bardzo smacznie :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Przykro mi to pisać, ale niestety zatrułem się tam przegrzebkami...
    Razem z narzeczoną świętowaliśmy obronę jej pracy magisterskiej . Dwa dni później w jednym z małopolskich szpitali musiałem zrobić badania na profil białek reaktywnych, przyjąć kroplówkę z glukozą i odchorować.
    Przegrzebek nie ruszę już nigdy. Nieprzyjemne wspomnienia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A co to są podgrzebki ?? Jakieś owoce morza ?
      Bo jeśli mowa o grzybach,to nazwa brzmi PODGRZYBKI

      Usuń
  5. Próbowaliśmy tam wejść parę razy, za każdym razem nas informowano, że "nie mają stolika na dwie osoby".

    OdpowiedzUsuń

Spodobał Ci się tekst? A może nie zgadzasz się z moją opinią? Chętnie poznam Twoje zdanie!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...