1 sierpnia 2015

Zielona Kuchnia (Kraków)


O Zielonej Kuchni usłyszałam tylko raz, gdy ktoś wspomniał mi o niej na Facebooku. Wpisałam ją wtedy na listę miejsc do odwiedzenia, ale z wizytą się nie spieszyłam, aż do momentu, gdy wszystkie ładne ogródki restauracyjne w Krakowie były zarezerwowane, a ja miałam ochotę na kolację na świeżym powietrzu w jeden z tych ciepłych letnich weekendów. Jak wypadła Zielona Kuchnia, o której nie wiedziałam absolutnie nic?

Po pierwsze – jej ogród zachwyca. Już w progu witają gości migoczące pośród liści lampki, obiecując kameralne i nastrojowe miejsce. Nad głowami dumnie pną się wysokie drzewa, wszędzie jest mnóstwo gęstej zieleni, a urocze kąciki przygotowane dla tych, którzy zdążyli załapać się na rezerwację, wyglądają bardzo zapraszająco. Z głośników sączy się nastrojowa muzyka i – co tu dużo mówić – jest naprawdę przyjemnie. Tak przyjemnie, że aż trudno uwierzyć, ze to tylko kilka kroków od ruchliwej Karmelickiej (oraz że jeszcze nigdy tam nie trafiłam).

Niedługo po złożeniu zamówienia nadeszła burza, więc z przykrością musieliśmy schować się w jednej z sal. Jej głównym mankamentem był brak odpowiedniego oświetlenia – na stolikach stały tylko mało funkcjonalne lampy i założę się, że niektórzy z gości przy większych stolikach nie widzieli, co jedzą (a akurat w Zielonej Kuchni, jak się potem miało okazać, jest co oglądać). Wnętrze prezentowało się jednak znacznie lepiej od tego, które pamiętałam ze strony internetowej – było przyjemne i kameralne.

Pomijając długi czas oczekiwania na desery, obsługa podczas naszej wizyty była sprawna, ale zarazem bardzo zdystansowana – nie umiała nawiązać żadnego kontaktu z gośćmi. Nasz kelner okazał się na tyle małomówny, że podczas serwowania czekadełka (pasztetu z kaczki – nota bene doskonałego) nie odezwał się ani słowem. Brakowało mi interakcji i uśmiechu, który dopełniłby ten profesjonalny serwis.

Na początek, z dość krótkiego, bardzo ciekawego i szczegółowo opisanego menu, wybrałam tartę z kozim serem (22 zł). W pierwszej chwili miałam wrażenie, że pomylono zamówienie, bo to, co bez słowa przede mną położono, nie wyglądało wcale na tradycyjną tartę. Cała kompozycja tej przystawki była niezwykle staranna – między dwoma chrupkimi kawałkami ciasta francuskiego kryły się ułożone w piramidę, przybrane bratkiem i oprószone czarnuszką kulki z koziego sera. Obok towarzyszyła im kula fantastycznie intensywnego sorbetu pomarańczowego na kleksie słodko-ostrej pomarańczowo-imbirowej konfitury.

„Tarta” była wspaniała, ale to chłodnik z arbuza (19 zł) rzucił nas na kolana. Orzeźwiająca słodycz tego owocu w połączeniu z pikantnym chilli, kwaskowatą limonką, obfitą porcją aromatycznej kolendry i sprężystymi krewetkami stanowiła połączenie perfekcyjne. Mam nadzieję, że zostanie w menu na długo, bo za drugim razem chętnie miałabym go tylko dla siebie.

W porównaniu do tych kulinarnych wrażeń, dość blado wypadł stek z tuńczyka (69 zł) z melasą z owocu granatu, sałatą rzymską, rzodkiewką, salsą z mango, ananasa, chilli i świeżą kolendrą. Powodem były stanowiące sporą część dania kiełki smażone z dużą ilością imbiru, który całkowicie zawładnął pozostałymi smakami na tym talerzu – delikatne mięso tuńczyka zatraciło się w tej ostrości tak bardzo, że zaczęłam żałować wydania blisko siedemdziesięciu złotych za coś, czego właściwie nie czułam.

Pozytywnie zaskoczył kurczak zagrodowy (42 zł), szczególnie w formie grillowanej piersi, która została przygotowana w punkt. Mięso było soczyste, pełne smaku, w towarzystwie genialnego chipsa ze skóry – mojego ulubionego elementu. Smaczne były też gnocchi i suszone pomidory, ale owinięta porem terrina z konfitowanych nóg chyba nieco za bardzo podłapała smak octu.

Byłam niezwykle ciekawa deserów w wykonaniu Zielonej Kuchni, bo w końcu promuje ona zdrowe, wręcz dietetyczne jedzenie – chciałam więc sprawdzić, jak poradzi sobie ze słodkościami. Oba desery nie zawiodły, choć nie każdy będzie fanem waniliowej panna cotty na bazie maślanki (17 zł), ponieważ smakuje zupełnie inaczej, niż ta tradycyjna, ma też inną, mniej aksamitną strukturę. Towarzyszył jej grapefruit na trzy sposoby: kawałki owocu w syropie anyżowo-cynamonowym, kandyzowana skórka z grapefruita oraz odświeżający akcent granity grapefruitowej z amaretto.

O ile mam wątpliwości, czy zamówiłabym taką panna cottę ponownie, o tyle przy gobelet de chocolat (19 zł) bym się nie wahała – mus z ciemnej belgijskiej czekolady z dodatkiem rumu wymieszany z kawałkami czekolady krystalizowanej, w towarzystwie sorbetu wiśniowego (osobno) i jędrnymi, słodkimi czereśniami złożył się na bardzo ciekawe i intensywne czekoladowe doświadczenie. 

I tak oto Zielona Kuchnia, choć z kilkoma smakowymi niedociągnięciami, stała się dla mnie odkryciem tego lata. Szalenie apetyczne menu, niezwykła staranność w prezentacji dań, dbałość o jakość produktów i kreatywność w gotowaniu. No i ten przepiękny ogród! Z przyjemnością wrócę, by spróbować innych pozycji z karty.

Plus: staranna prezentacja dań, kreatywne menu, dobór produktów, atrakcyjny ogródek.
Minus: małomówni kelnerzy, długi czas oczekiwania na desery, niefunkcjonalne oświetlenie sali.
Polecam na: romantyczną kolację, specjalną okazję.
Adres: ul. Grabowskiego 8 | mapa | FB | www
Średnia ocena: 4 na 5.         Jedzenie – 4/5      Obsługa – 3.5/5      Wnętrze – 4.5/5     Ceny – 4/5








 Bądź na bieżąco:


3 komentarze :

  1. Nie wiedziałem, że pojawiła się ta zielona kuchnia w tym miejscu. Chyba było tam wcześniej coś innego, ale dawno w ten zakątek nie zaglądałem. Chętnie potestuję.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zielona Kuchnia jest od początku (tj. od jakichś 5 lat) w jednym i tym samym miejscu na Grabowskiego ;)

      ***
      A co do kelnera to chyba miałaś pecha na takiego trafić, bo ja znam stamtąd jednego takiego niezłego gadułę ;)

      Usuń
    2. To naprawdę niewiarygodne, że właściwie nigdy nie słyszałam o tej restauracji! Ciekawe, ile jeszcze jest takich perełek do odkrycia. :)

      Usuń

Spodobał Ci się tekst? A może nie zgadzasz się z moją opinią? Chętnie poznam Twoje zdanie!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...