16 marca 2016

Wakacje w Brazylii - część I: Natal - Rio Grande do Norte


Moje wakacje w Brazylii zaczęły się w Natal, stolicy stanu Rio Grande do Norte. Północno-wschodnia część kraju chlubi się wprost wymarzonym klimatem – średnia roczna temperatura w tych rejonach to 27 stopni Celsjusza! Do tego piękna natura, cudowne plaże, naprawdę ciepła woda w oceanie, orzeźwiająca bryza i świetne, egzotyczne jedzenie. To wszystko oddalone jest o zaledwie sześć i pół godziny lotu z Lizbony, więc gdy pojawiła się promocja, trudno było się nie skusić.

To pierwsza część mojej relacji z Brazylii. Drugą przeczytacie tutaj.



Samo miasto jak na Brazylię jest stosunkowo małe, bo liczy zaledwie 800 tysięcy mieszkańców. Całe turystyczne życie Natal toczy się w Ponta Negra – to tam jest największe skupisko sklepów, barów i restauracji, najpopularniejsza plaża oraz sławna wydma Morro de Caneca. Ja staram się trzymać z dala od tłumów, więc w Natal byłam tylko przejazdem, zaglądając do kilku godnych odwiedzenia restauracji, a większość czasu spędziłam 25 kilometrów dalej, w małym miasteczku przy plaży Pirangi do Norte, w ciszy i spokoju.



W Natal są przynajmniej trzy adresy, których nie można ominąć. Jednym z nich jest restauracja Camarões, a samo jej wspomnienie wywołuje na twarzach Brazylijczyków błogi uśmiech! Marka istnieje od 1989 roku, obecnie może pochwalić się kilkoma lokalami i – co najważniejsze – niezmienną jakością. Ja odwiedziłam filię Camarões Potiguar (Rua Pedro Fonseca Filho, 8887), gigantyczny wolnostojący budynek mogący pomieścić kilkaset gości, z bardzo przyjemnym wystrojem, ekspresową obsługą i – podobno jak zawsze – znakomitym jedzeniem. Jak sama nazwa wskazuje (camarões – krewetki), wszystko kręci się tam wokół owoców morza, a szczególnie tych morskich skorupiaków.



Co zamówić w Camarões? Niestety mam złą wiadomość: niewiele, bo porcje są tak duże, że trzeba je dzielić między trzy osoby. Ja byłam najedzona już po afro-brazylijskiej przystawce: vatapá de camarão, czyli gęstym kremowym purée z krewetek, ryb, rozmiękczonego chleba i warzyw, z dodatkiem mleczka kokosowego, oleju palmowego dendê, kolendry i orzechów (R$ 16,50). Camarões to też dobre miejsce na spróbowanie casquinho de carangueijo (R$ 13,50), czyli kremu z mięsa kraba duszonego z warzywami, kolendrą i mlekiem kokosowym oraz escondidinho de camarão (R$ 16) czyli krewetek duszonych z masłem z dodatkiem świeżej śmietany i kolendry, pokrytych warstwą purée z manioku i sera coalho.


Na trzy osoby podzieliliśmy tradycyjne brazylijskie danie moqueca z krewetkami (R$ 97), czyli krewetki duszone z oliwą, kolorową papryką, mleczkiem kokosowym, no i – obowiązkowo – świeżą kolendrą. Serwowana jest z białym ryżem, farofą (prażoną mąką z manioku, podawaną często jako dodatek do mięs, ryb czy feijoady) oraz rybnym pirão (czyli czymś w rodzaju gęstego sosu przygotowywanego z ciepłego bulionu, z dodatkiem mąki z manioku). To istny raj dla miłośników krewetek!




Nie można wyjechać z Brazylii bez wzięcia udziału w tradycyjnym rodízio. Obecnie rodízio, czyli brazylijskie „jesz ile chcesz”, może być ze wszystkiego: mięs, ryb, krewetek, makaronów, sushi, a nawet pizzy, jednak zaczęło się od brazylijskich churrascarii. Churrascaria w języku polskim chyba nie ma odpowiednika; najbliższym tłumaczeniem na angielski będzie pewnie steakhouse, choć i to nie oddaje w pełni idei tego miejsca, która kręci się wokół grillowanych na ogniu przeróżnych rodzajów mięs.

I to właśnie na mięsa warto się wybrać, na przykład do Tábua de Carne w Natal (Av. Sen. Dinarte Mariz, 229). Za R$ 42,90, czyli niewiele ponad 40 złotych, można korzystać do woli z gigantycznego bufetu, który sam w sobie gwarantuje nasycenie. Jednak największą atrakcją tego typu restauracji są przynoszone na drewnianych deskach lub nabite na wielkie szpikulce mięsa – nawet do kilkanastu rodzajów. Kelnerzy co chwilę podchodzą do stolika z nową propozycją, i jeśli mamy ochotę, przy stoliku odcinają kawałek według naszego uznania. Nie dość, że mięso jest świetnej jakości i fantastycznie przyrządzone, to można skosztować ciekawych partii mięs, jak na przykład picanhi (takiego kawałka wołowiny nie można znaleźć w polskich sklepach). Warto się tam wybrać też dla samego spektaklu, bo to naprawdę zdumiewające, jak w tak ogromnych restauracjach, w których pomieści się nawet kilkaset osób, jakość tego, co się serwuje, jest naprawdę dobra, a serwis tak niewiarygodnie sprawny!

Jeśli mielibyście ochotę na bardziej wyrafinowane przeżycie kulinarne, musicie zajrzeć do hotelowej restauracji Manary Gastronomia & Arte w Natal (R. Francisco Gurgel, 9067). Ten specjalizujący się w owocach morza lokal jest jednym z najlepszych w mieście. W Manary trzeba zjeść absolutnie genialne ostrygi w tempurze z majonezem z awokado i sosem barbecue oraz z kokosowym beszamelem (R$ 45). Świetna była też zdekonstruowana rybna moqueca pieczona z potartym kokosem i serwowana z kuskusem (R$ 57) czy specjalność restauracji - Marroquino Arretado (R$ 82) – duszone krewetki w sosie ze świeżych pomidorów z dodatkiem miodu, cynamonu, szafranu i papryki calabresa, serwowane z ciecierzycą i marokańskim kuskusem z dynią, migdałami i aromatyczną miętą. Z tarasu rozpościera się piękny widok na ocean, a teren hotelu otoczony jest wysokim murem tworząc bardzo przyjemne miejsce z dala od zgiełku pobliskiej plaży Ponta Negra. Tu ceny są już nieco wyższe, warto więc pamiętać, że, jak w większości brazylijskich restauracji, 10% za obsługę doliczane jest do każdego rachunku.







A gdzie zatrzymałam się na te kilka dni? Można powiedzieć – w raju! Kaná Pousada de Charme to zaledwie osiem pokoi zlokalizowanych w bajecznym tropikalnym ogrodzie pośród palm kokosowych. Właścicielami jest portugalskie małżeństwo – Alexandra i Vitor – które przez wiele lat adaptowało teren swojego wakacyjnego domu na ten wyjątkowy pensjonat, który upodobały sobie głównie pary spędzające tam miesiące miodowe.





Gdy przyjechaliśmy, w zacienionym kąciku na środku ogrodu już czekały na nas schłodzone kokosy. Popijając tę orzeźwiającą wodę z widokiem na ocean i czując bryzę z oddalonej o zaledwie pięćdziesiąt metrów plaży, niewiarygodna była myśl, że właśnie uciekliśmy ze smutnej polskiej zimy. W pensjonacie panuje relaksująca cisza, przez cały dzień i noc słychać tylko szum fal. Na miejscu jest niewielka restauracja, w której rządzi Vitor i to on gotuje dla gości swoje specjały, często z portugalskim twistem, więc nie zdziwcie się, jeśli poczęstuje was portugalskimi sardynkami czy kieliszkiem Licor Beirão. Moim ulubionym deserem było mango zerwane z drzewa z ogrodu, flambirowane w cachaçy, brazylijskim wysokoprocentowym alkoholu – pycha!




Śniadania serwowane są do południa, ale spanie tak długo jest stratą cennego czasu – zmrok zapada już około osiemnastej. Warto wstać o świcie i korzystać z dnia – na słońce czekać nie trzeba (wstaje o piątej), a temperatura przez całą dobę właściwie się nie zmienia (w lecie nawet w nocy jest 26 stopni!). Do śniadania w Kaná codziennie podaje się dwa rodzaje świeżego soku z owoców, chrupiącą tapiokę z lokalnym serem coalho i szynką, domowe ciasto, sery i wędliny, świeże owoce. Muszę przyznać, że jest ono dość skromne w porównaniu do innych miejsc, w których byliśmy w Brazylii, ale skutecznie nadrabia widokiem – śniadaniu towarzyszy oceaniczna bryza i iskrzący w gorącym porannym słońcu ocean.











W Kaná po raz pierwszy piłam (i pokochałam) sok z owoców nerkowca. Pozostawia wprawdzie dla niektórych nieprzyjemny charakterystyczny, lekko gorzkawy posmak na podniebieniu, który za pierwszym razem też mnie do siebie nie przekonał, ale po kolejnych próbach niemal uzależniłam się od tego niesamowitego, orzeźwiającego napoju. W okolicy rośnie największe drzewo nerkowca na świecie – warto się tam przespacerować i zaopatrzyć w kilka woreczków orzechów, a w sezonie nawet zerwać owoce prosto z drzewa.





W pobliżu nerkowca dorwałam moje pierwsze açaí (czytaj: „asaji”, nie „akai”!) – w wątpliwej urody garażu przekształconym w coś w rodzaju kawiarni/baru/lodziarni z kilkoma plastikowymi krzesłami i prowizoryczną ceratą na jedynym stole. Açaí je się w miseczce lub innym pojemniczku o różnej wielkości (nawet do jednego litra) i można je znaleźć niemal na każdym kroku. Brazylijczycy oszaleli na punkcie tych amazońskich jagód tak bardzo, że istnieje aplikacja mobilna do sprawdzania, gdzie znajduje się najbliższy sklepik z açaí. Nie dziwię im się – to uzależnia! Ma konsystencję, temperaturę i kolor sorbetu jagodowego i jednocześnie cudowny i słodki czekoladowo-kakaowy posmak. Tradycyjna wersja, açai na tigela, składa się jeszcze z plasterków banana, płatków owsianych i skondensowanego mleka, choć to ostatnie to już według mnie przesada. Czasem dodaje się też inny amazoński owoc – capuaçu, o kontrastującym, białym kolorze. Mnie do szczęścia wystarczało zwykłe açaí – jadłam co najmniej 300 ml dziennie, powtarzając sobie, że to przecież superfood. ;)




Brazylijski street food też ma się dobrze. Na pobliskiej plaży w barze, który nigdy, przenigdy nie przeszedłby kontroli sanepidu, za grosze (R$ 10) można zjeść świeżutkie kraby albo chrupiące pasteis za kilka reali, czyli dość sporej wielkości sakiewki z krewetkami (pastel de camarão) lub tak zwanym carne de sol (pastel de carne de sol) – jest to typowy dla północno-wschodniego regionu Brazylii sposób przygotowywania mięsa, które, mocno osolone, przez kilka dni dojrzewa w słońcu.









Carne de sol jest również specjalnością bardzo znanej, położonej w miasteczku restauracji Paçoca de Pilão (Av. Dep. Márcio Marinho, 5708), gdzie zjemy je między innymi w formie paçoki. Nazwa pochodzi z języka Tupi i oznacza „kruszenie”, „rozbijanie”. Przy tym daniu suszone na słońcu mięso z dodatkiem mąki z manioku „rozbijane” jest w specjalnym moździerzu. W lokalu serwuje się je z ryżem, zieloną fasolą, gotowanym lub smażonym maniokiem i bananem (R$ 46,70, wystarczy dla dwóch osób). Innym razem spróbowałam tego mięsa w wersji ze śmietaną (R$ 54) i także było świetne – sposób konserwacji i przygotowania sprawia, że ma bardzo intensywny smak i ciekawą teksturę. Mięso, mięsem, jednak w tej części Brazylii żaden posiłek nie powinien się obyć bez krewetek, dlatego nie zapominając o przystawce, na stole wylądowały wcześniej przepyszne chrupiące grzanki z krewetkami w zaskakującej śmietanowej wersji (R$ 28,60).




Jak na pierwsze kilka dni nie mogę się skarżyć na brak kulinarnych wrażeń. Jednak w Brazylii można zakochać się z wielu powodów – nie tylko tych kulinarnych :), o czym przeczytacie w kolejnej relacji!

Drugą część mojej relacji z Brazylii przeczytacie tutaj.

Pamiętajcie, że na Instagramie na bieżąco relacjonuję moje podróże:

W pensjonacie Kaná nocowałam na zaproszenie właścicieli, nie mieli jednak wpływu na pojawienie się i treść mojej opinii na blogu.



 *

3 komentarze :

  1. Wspaniałe!!! Aż trochę zazdroszczę takich niesamowitych wypraw!:) mam nadzieję że w Polsce będzie się żyło coraz lepiej i coraz więcej osób będzie stać na podróżowanie pełna para!!!:)pozdrawiam serdecNie

    OdpowiedzUsuń
  2. Super, też tęsknię za sorvete açaí... powiedz, jak się stało, że zostałaś zaproszona do pensjonatu Kaná?
    Pozdrawiam!!

    OdpowiedzUsuń