7 lipca 2016

Albertina Restaurant & Wine


Nowa krakowska restauracja Albertina powstała wręcz w doskonałym miejscu – tam, gdzie istniała kiedyś fantastyczna i dobrze znana miłośnikom dobrego jedzenia Ancora. W informacji prasowej Albertina radośnie oznajmiła, że “fine dining wrócił na Dominikańską” i ja tę radość z całego serca podzielam. Kilka tygodni po otwarciu, z dużą ciekawością, ale i wysokimi oczekiwaniami, wybrałam się do niej na obiad.

Oprócz fine diningu, Albertina szczyci się kanadyjskimi homarami z Saint Mary’s Bay wyławianymi z własnego akwarium tuż przed przyrządzeniem na cele między innymi sałatki, risotto czy linguini (39 zł za każde 100 g homara) oraz ponad trzydziestoma etykietami na kieliszki. Przy każdym daniu widnieją dwie propozycje wyselekcjonowane przez Kubę Janickiego, a ceny za najmniejszą porcję degustacyjną (25 ml) zaczynają się od zaledwie kilku złotych. Ta idea wine pairingu na każdą kieszeń jest doprawdy fantastyczna!

Wnętrze po Ancorze niemal w ogóle się nie zmieniło – nadal jest bezpretensjonalnie i elegancko. I choć właściwie brak tam dekoracji, nie odnosi się wrażenia, że czegoś mu brakuje; białe ściany kontrastują z cegłami i ciemnym sufitem, a sale ociepla drewno, rośliny i minimalistyczne oświetlenie. Nic nie odciąga uwagi od tego, co najważniejsze – towarzystwa, wina i jedzenia. 

Niedługie, autorskie menu Grzegorza Fica prezentuje się niezwykle smakowicie. Oprócz wspomnianych homarów, w karcie widnieją świetne polskie produkty, takie jak Pstrąg Ojcowski, czy twaróg Małopolski Smak, jest także sezonowa wkładka ze szparagami. Zaczynamy od świeżutkiego, wypiekanego na miejscu pieczywa w różnych odsłonach z doskonałym masłem oraz bardzo przyjemnej amuse bouche, czyli kremowej chrzanowej terriny z dodatkiem ogórka. Następnie dzielimy się świetnym tatarem z Pstrąga Ojcowskiego (33 zł) z dodatkiem suszonych pomidorów, ogórka, szczypiorku, oliwy peperoncino i wyrazistych sosów z czerwonej i żółtej papryki. 

W ramach pierwszego dania na stole pojawiło się ravioli z ogonem wołowym (19 zł) z ricottą, płatkami Grana Padano i gęstym ciemnym sosem, idealnym kontrapunktem do ciasta z mąki gryczanej. Po drugiej stronie stołu towarzysz jadł wyrazisty i jednocześnie ultradelikatny krem rybny (28 zł) z dodatkiem jędrnych krewetek i mleka kokosowego (choć prawie niewyczuwalnego ze względu na intensywność smaku ryb, co niespecjalnie nam przeszkadzało).

Drugie dania również nie zawiodły – zachwyciła cudownie soczysta i krucha polędwiczka z mlecznej cielęciny (58 zł), której pełen smak tak świetnie został w niej zamknięty. Podana ze skorzonerą, porami w wersji mini, sosem holenderskim (mogłoby go być więcej, był znakomity!) i marynowaną cebulką, która fantazyjnie podkręcała całą kompozycję swoją kwaskowatością. Rozpływające się w ustach policzki z jałówki (52 zł) nie zostały w tyle, a jałowcowa nuta, kiszona rzodkiewka i kukurydza w trzech formach – purée, minikolba i popcorn – sprawiły, że także to danie zapadło nam w pamięć.

Po takich doświadczeniach nic nie zapowiadało rozczarowania, jednak nadeszło ono wraz ze słodkościami. Zaczęło się od poczęstunku przed deserem – truskawka na czekoladzie z, o ile dobrze pamiętam, czereśniowym musem – obok którego mogłabym przejść zupełnie, absolutnie obojętnie. Nieporywającemu sernikowi na zimno (23 zł) towarzyszył zapychający ryż waniliowy i bardzo nieudana beza (podobno miała być oryginalna, bo nie z białek, ale mnie nie przekonała ani smakiem, ani teksturą, bo nieprzyjemnie kleiła się w ustach). Jedynymi ciekawymi elementami był sorbet kokosowy oraz kulka skrywająca sos z mango z kolendrą, jednak, niestety, oceniając całość w takiej formie jestem zdecydowanie na nie dla tej propozycji.

Nieco lepiej było w przypadku Perły (24 zł), zarówno pod względem prezentacji, jak i smaku. Ciekawy biszkopt migdałowy i nuty kokosa, limonki i bergamotki. Na początku przez moment zastanawialiśmy się, czy cienka kamienna (?) podkładka pod perłę będąca na talerzu jest do jedzenia –jeśli nie, jaką rolę pełniła brązowa maź, wątpliwie kusząco spod niej wystając? Szkoda też, że do deserów nie ma już propozycji wina, bo chciałoby się kontynuować ekscytującą degustację do samego końca.

Na koniec kilka słów na temat obsługi, od której oczekiwałam znacznie więcej w restauracji z takiej półki. Gdy weszliśmy, nikt się z nami nie przywitał, nikogo nie było też w pobliżu. Udaliśmy się więc do sali i dopiero tam trafiliśmy na kelnera. Oprócz nas w restauracji były dwie pary, a gdy przyszła trzecia, pojawiła się dodatkowa kelnerka. Obserwując obsługę, zauważyłam, że pani, w przeciwieństwie do obsługującego nasz stolik kelnera, była uśmiechnięta i rozmowna, często pytała, czy wszystko w porządku, chętnie doradzała i opowiadała o daniach. Ponadto, przerwy w serwowaniu potraw były nierówne, czasem zbyt długie, sporo też czekaliśmy na podanie napojów, mimo niewielu gości w restauracji. Dodatkowo, będąc już w domu zauważyłam na rachunku, że na prośbę o wodę niegazowaną, kelner bez doprecyzowania podał mi szklankę najdroższej wody z karty (12 zł za 0,25 ml), a przy stole nawet nie zobaczyłam jej butelki. Niby szczegół, ale niesmak pozostał.

Zapominając o nierównej obsłudze i małym zgrzycie z wodą, przyznam, że powstanie Albertiny bardzo mnie cieszy. Jest to kuchnia kreatywna, dojrzała i przede wszystkim smaczna (wyłączając jeden według mnie nieudany deser). Restauracja świetnie sprawdzi się na randkę, świętowanie specjalnych okazji, spotkanie biznesowe czy na niebanalny weekendowy obiad. Wielki plus za możliwość dobrania dobrego wina do każdej potrawy. Na pewno jeszcze wrócę, może tym razem na homara?

Szef kuchni: Grzegorz Fic
Wine pairing: Kuba Janicki
Plus: kreatywna i dobra kuchnia, wino w atrakcyjnej cenie dobrane do każdej potrawy, eleganckie wnętrze.
Minus: nierówna i nieco powolna obsługa, niedopracowane desery.
Adres: ul. Dominikańska 3 | mapa | FB | www
Polecam: na romantyczną kolację, specjalną okazję, spotkanie biznesowe; miłośnikom wina i owoców morza.
Średnia ocena: 4,25 na 5.     Jedzenie – 4.5/5 Obsługa – 3.5/5 Wnętrze – 4.5/5     Ceny – 4.5/5















*

Bądź na bieżąco:

2 komentarze :

  1. Brzmi pysznie :) zdrowo i smakowicie :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Byłam, zwabiona czarem dawnej Ancory - nie polecam. Jedzenie całkiem smaczne, ale w tych cenach należy wymagać więcej niż smaczne.
    Zdegustowani byliśmy bardzo sałatką z karczochów - karczochy już pokrojone, przy pierwszym gryzie poraniłam sobie usta, bo karczochy były nieobrane z kłujących części. Kelner wrócił z tłumaczeniem od kucharza, że może tak być bo były w ten sposób marynowane. Moje podsumowanie - jeśli nie potrafi się czegoś przyrządzić, należy pozostać przy tym, co się umie.

    OdpowiedzUsuń