31 maja 2017

Taszka – Wine & Petiscos (Wrocław)


Wrocławską Taszkę miałam na oku dosłownie od momentu otwarcia. W końcu portugalskie miejsca w Polsce można policzyć na palcach jednej ręki, a jako zagorzała miłośniczka tego pięknego kraju, chłonę, wspieram i cieszę się tutaj każdym portugalskim akcentem. Od dawna mówię, że brakuje mi w Krakowie portugalskiej restauracji z prawdziwego zdarzenia. Czekając na okazję do wizyty we Wrocławiu, zostało mi śledzenie poczynań Taszki i podziwiania jej wnętrza na odległość.

To, również na żywo, okazało się przepiękne. Przemyślane, urocze, sympatyczne. Chciałoby się w nim siedzieć i siedzieć. Jest dużo drewna, korka, azulejos, jaskółek. Jest klimatyczne oświetlenie, dużo roślin, butelki z winem. Jest designersko i zupełnie niesztampowo, co się chwali. Tego wieczora większość gości wolała jednak nie korzystać z tego klimatu i wybrała stolik na zewnątrz; w ten majowy dzień oprócz nas w środku było tylko kilka osób.

Taszka znajduje się na samym Rynku i z zewnątrz nic nie wskazuje na to, że jest to portugalska restauracja. A może nie ma nią być, biorąc pod uwagę, że można w niej zjeść na przykład… zupę pho? Sama karta jest bardzo krótka i w dużej mierze sugeruje bardziej owe “Wine & Petiscos”, czyli miejsce na kieliszek dobrego wina i małe przekąski. Byliśmy we dwoje, zamówiliśmy więc trzy petiscos w ramach przystawki oraz dwa dania, które są jedynymi wyraźnie wyszczególnionymi w karcie daniami głównymi.

Teraz kilka słów o obsłudze, pięcie achillesowej polskiej gastronomii. Ku naszemu zdumieniu, na stole pojawiło się wszystko naraz  i petiscos, i dania główne, łącznie pięć talerzy. Jeśli ktoś miał wątpliwości, co do tego, w jakiej kolejności wydać dania (choć podział na petiscos i dania główne w karcie nie może być bardziej klarowny), wystarczyło przecież zapytać albo... pomyśleć. Cztery z pięciu były potrawami ciepłymi, co spowodowało, że byliśmy zmuszeni jeść w pośpiechu, wbrew temu, co jest napisane w karcie, jak to “w Taszce możesz zwolnić, rozkoszować się wyjątkowym jedzeniem (...)”, a cały posiłek trwał, uwaga, 35 minut. Od momentu wejścia do lokalu, nie od momentu zamówienia. To mój absolutny rekord jeśli chodzi o kolację w restauracji.

Choć obsługa w Taszcze wydaje się uśmiechnięta i sympatyczna, niestety sprawia wrażenie, jakby termin hospitality był jej zupełnie obcy. Czuliśmy się, mówiąc wprost, olani, i to zarówno wtedy, gdy kuchnia pozbyła się nas, wydając wszystkie dania jednocześnie, wtedy, gdy nikt nie podchodził, by posprzątać brudne talerze, jak i wtedy, gdy mijały wieki, aż ktoś pojawi się w zasięgu wzroku, abyśmy mogli poprosić o rachunek. A przecież Portugalia i w ogóle doświadczenie jedzenia w restauracjach w Portugalii to wręcz synonim gościnności, otwartości, dbałości o gościa.

Wróćmy jednak do jedzenia: z petiscos najbardziej przypadł nam do gustu tuńczyk z burakiem, jabłkiem i leche de tigre (34 zł), który zjedliśmy na końcu, bo było to jedyne chłodne danie. Ryba była mięsista, wyrazista, sos lekko kwaskowaty i pikantny, jednym słowem duża przyjemność, przywołująca na myśl moje ulubione ceviche. Krokiety z bacalhau, czyli suszonego i solonego dorsza atlantyckiego, jedna z uwielbianych przeze mnie portugalskich przekąsek, zachwyciła cudowną, leciutką chrupkością, lecz zawiodła smakiem. Podane zostały na raczej ciężkim sosie na bazie majonezu i ziół, a bacalhau był wyczuwalny może w kilku procentach  poza tym mieliśmy wrażenie, że jemy krokieciki z purée z ziemniaków za 22 złote. Ośmiornica (36 zł) poprawna, mięciutka, jednak jej delikatny smak mocno  został zaburzony przez gorzkawy mus z jarmużu.

Bacalhau (42 zł) był przygotowany w punkt, a podany został z dodatkiem zielonych szparagów, ziemniaków i… grzybów. Brakowało nam przy nim przede wszystkim dobrej oliwy, w daniu lub podanej osobno. Polędwicę jagnięcą (44 zł), choć o idealnym stopniu wysmażenia i świetnej, ultramiękkiej teksturze, jedliśmy już zimną wraz z jakby przegotowanymi białymi szparagami bez smaku. Swoją drogą, ciekawa jestem miny przeciętnego Kowalskiego, który skuszony tablicą z zewnątrz, na której widnieje nakreślona białą kredą nazwa tego dania, przyjdzie do Taszki na obiad i dostanie taką porcję degustacyjną. Dania główne bowiem niewiele różnią się rozmiarem od petiscos. Najwyraźniej też ani kucharz, ani obsługa nie traktują tych dań jako głównych  może zatem warto dołączyć je do poprzedniej sekcji karty?

Na koniec nieco niechętnie zamawiamy pastel de nata (8 zł). Mieliśmy wrażenie, że już wydaliśmy dużo za dużo na przeciętne jedzenie, ale sentyment wziął górę. Gdy mieszkałam w Portugalii, pastel de nata był stałym punktem mojego jadłospisu  do dziś nie wiem jak, ale byłam wtedy w stanie zjeść nawet cztery pod rząd. Pastel w Taszcze jest na oko dwa razy mniejszy niż te, które zazwyczaj możemy spotkać w portugalskich kawiarniach, i choć krem był odrobinę zbyt płynny, a spód z ciasta francuskiego nieco za gruby, pod względem smaku był to najlepszy pastel, jaki jadłam w Polsce, właściwie był identyczny jak smak tych w Portugalii, czego wrocławianom już teraz mocno zazdroszczę. 

Bardzo się starałam, aby ten tekst był jak najbardziej obiektywny i żeby moje oczekiwania i tęsknoty nie przeważyły, ale muszę przyznać, że po wizycie w Taszcze było mi po prostu smutno. Oprócz tego, że zabrakło podstawowej gościnności, to zapłaciliśmy 200 zł za przeciętną, ekspresową kolację, z jednym kieliszkiem wina i karafką wody, po której byliśmy tylko w połowie syci. Ja rozumiem, że Rynek, że ceny czynszu, no ale właśnie, ciśnie mi się na usta – po co Taszka przy Rynku? Kim właściwie ma być jej docelowy gość? 

Plus: przepiękne wnętrze, bogata oferta portugalskich win, pastéis de nata.
Minus: obsługa, niedopracowane dania.
Adres: Rynek 53/55 | mapa | FB | www
Polecam: na wino i pastel.
Średnia ocena: 3.13 na 5.     Jedzenie – 3/5      Obsługa – 2/5      Wnętrze – 5/5          Ceny – 2.5/5

Taszka Wroclaw

Taszka Wroclaw

Krokiety z bacalhau

Tuńczyk

Ośmiornica

Polędwica jagnięca

Bacalhau


Pastel de nata

*

2 komentarze :

  1. Próbowałaś pastel w Cafe Lisboa przy Dolnych Młynów?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jasne! Czekałam na nie z niecierpliwością i byłam już kilka razy, ale te w Taszce uważam za lepsze. W Cafe Lisboa też są malutkie, zawsze wypływa z nich trochę tłuszczu przy dnie, często tylko ciasto francuskie jest przypieczone zamiast ciasto+krem i nie są tak cudnie chrupiące, mimo że robione są zawsze na świeżo. Ale smakowo dość podobne do tych portugalskich, więc namiastka jest również w Krakowie. :)

      Usuń