15 sierpnia 2017

Resto Bar Ogień (Pogorzany)


Na początku maja w Pogorzanach, oddalonych o około godzinę drogi z Krakowa, z inicjatywy właścicieli agroturystyki Koziarnia powstała wyjątkowa sezonowa restauracja pod gołym niebem, w której co tydzień, tylko w weekendy, działają znani szefowie kuchni przyrządzając potrawy wyłącznie na żywym ogniu. W poprzedni weekend, w ramach krótkiej wycieczki poza Kraków, w końcu odwiedziłam Resto Bar Ogień. 

Im bliżej tej pop-upowej restauracji, tym piękniejsze widoki mogliśmy podziwiać zza szyby samochodu, momentami do złudzenia przypominające dzikie, niemal opustoszałe bieszczadzkie trasy. Dojazd do Ognia jest nieoczywisty  przy Koziarni musieliśmy pytać o wskazówki, dopiero dalej, na coraz to węższej drodze, zauważyliśmy pierwsze oznakowanie. Gdy dotarliśmy na miejsce, mieliśmy wrażenie, że znaleźliśmy się dosłownie in the middle of nowhere, jednak sporo zaparkowanych aut i intensywne zapachy unoszące się w powietrzu zapewniły nas, że dobrze trafiliśmy.

Na miejscu zastaliśmy zadaszoną kuchnię z piecem opalanym drewnem oraz ławy na kilkadziesiąt osób, a także kilka drewnianych stołów i kolorowe hamaki pośród drzew. W Resto Bar Ogień co tydzień zmienia się głównodowodzący; w ten weekend w kuchni rządził Aleksander Baron z warszawskiej restauracji Solec 44. Pozostali kucharze to Przemek Błaszczyk z chorzowskiej Mañany, Pavel Portoyan, którego znacie z krakowskiego food trucka Kaukaz, Rafał Bernatowicz, Agnieszka Kraszewska, Bartosz Wilczyński i oczywiście rodzina Lorków, właścicieli wyżej wspomnianego, położonego niedaleko gospodarstwa agroturystycznego.

Od razu nam się spodobało: siedzieć wśród przyrody i kuszących zapachów, popijać wino, słuchać sączącej się z głośników muzyki i obserwować grupę kucharzy z pasją ujarzmiających ogień (już to kiedyś przerabiałam  tutaj – i było cudnie). Szkoda tylko, że nikt nie powiedział nam “dzień dobry”, nikt nie zauważył, że przyszliśmy, menu podała nam przypadkowa osoba i mimo zapewnień “zaraz do Państwa podejdę” nikt nie podchodził przez dobre dwadzieścia minut. Nie mam nic przeciwko samoobsłudze, bez problemu mogę podejść gdzie trzeba i zanieść talerz do swojego stolika, jeśli taka jest idea i jest ona jasno zakomunikowana, jednak w Ogniu pod względem obsługi panował totalny chaos. Niby jakaś była, ale pracowała tak, jakby jej nie było. Gdy w końcu ktoś podszedł, z mało szczęśliwą miną, i na moje pytanie odnośnie naparów widniejących w menu odpowiedział: “a to nie wiem... kolegi trzeba spytać... on robi jakieś napary... ale w sumie to nie wiem... rzadko je robi”, ręce mi opadły. Idea tego miejsca jest fantastyczna i naprawdę godna pochwały, ale przydałoby się jakieś minimum ogarnięcia serwisu, minimum wiedzy na temat tego, co jest serwowane oraz minimum troski o gościa, który często przejechał długie kilometry, by móc zjeść w Ogniu i zostawić tam wcale niemałe pieniądze. 

Przejdźmy jednak do tej przyjemniejszej części, czyli jedzenia. Jak możecie się domyślić, wraz z szefami zmienia się menu. Zależy ono też od dostępności sezonowych i lokalnych produktów. Tego dnia w karcie było 11 pozycji. Niektóre dania okazały się o kilka złotych droższe, niż w menu opublikowanym dwa dni wcześniej na Facebooku. Wino jest dostępne tylko na butelki i trzeba się domyślić, że w ogóle jest, bo ani nikt go nie zaproponował, ani go nie widać, ani w karcie nie ma na ten temat słowa. Warto zapamiętać, że jedzenie zaczyna być wydawane dopiero około 13:00-14:00, mimo że restauracja czynna jest od południa. Ja wiedziałam o tym tylko dlatego, że dzień wcześniej zadzwoniłam zapytać, czy trzeba rezerwować stolik (nie trzeba; duże stoły pełnią funkcję wspólnych stołów, a goście dosiadają się do siebie, więc zawsze znajdzie się miejsce). 

Zaczęliśmy od zupy pomidorowej (18 zł). To najlepszy moment na taką zupę, a ta była najlepszą pomidorową, jaką można sobie wyobrazić: sycącą i pełną smaku najlepszych letnich polskich pomidorów. Żałowałam, że wzięliśmy ją na pół! Następnie podano jedno z dań głównych (drugie dotarło dopiero po tym, gdy zjedliśmy pierwsze), czyli długo pieczone żebro wołowe podane z ziemniakami i smażoną cebulą (52 zł). Porcja potężna, mięso soczyste, równomiernie przyrządzone, idealnie się rozwarstwiające, pełne smaku. Esencjonalny, słodkawy sos z redukcji winogron krasne z winnicy Smykań, jakby z lekką nutą kwaśnej czarnej porzeczki, dopełniał je doskonale. 

Pieczonej baraninie (52 zł), również w konkretnym rozmiarze, także towarzyszyły młode ziemniaki. Trudno się im oprzeć – kto nie uwielbia ziemniaków prosto z ogniska z tym charakterystycznym aromatem i skórką, która aż chrupie od ognia? Posypana była liśćmi pokrzywy i chrupiącymi korzonkami pora, które dodawały daniu odrobinę ostrości. Mięso było wspaniałe, miękkie i aromatyczne, z dodatkiem lekko słodkiego sosu. Jedyna uwaga: aż prosiło się o więcej ziemniaków i nieco więcej sosu – pod koniec jedzenia brakowało mi jego smaku.

Rozpływający się w ustach podpłomyk z “twarogiem Jadzi” (25 zł) skradł moje serce. Tak delikatnego, puszystego i smacznego twarogu nie jadłam nigdy w życiu. Cudownie współgrał z jeżynami, które uwielbiam, świeżą, aromatyczną miętą i fantastycznym miodem (choć przyznam, że tego ostatniego mogłoby być trochę więcej, aby lepiej zbalansować rozkład smaków). Och, ten deser to było coś!

Świetne jest to, że po obiedzie można iść prosto na hamak pod drzewami – kto o tym nie marzy po obfitym posiłku? Choć pogoda (i obsługa) tego dnia średnio dopisała – było pochmurno, a pod koniec nawet się rozpadało – to miejsce urzekło mnie ciszą i piękną lokalizacją. Do tego wspaniałe gotowane na ogniu i jedzone na świeżym powietrzu potrawy z autentycznego produktu i prostych składników z okolicznych łąk i gospodarstw. Chwała za taki pomysł!

Plus: piękne położenie, świetny klimat wśród natury, pyszne jedzenie z ognia.
Minus: kiepska obsługa i brak organizacji, brak właściwego oznakowania dojazdu, brak wina na kieliszki.
Adres: ul. Pogorzany 221 | mapa | FB
Polecam: na weekendową wycieczkę poza miasto z przyjaciółmi, dziećmi, całą rodziną.
Średnia ocena: 4 na 5.     Jedzenie – 4.5/5      Obsługa – 2/5      (Ze)Wnętrze – 5/5          Ceny – 4.5/5


















4 komentarze :

  1. Te zdjęcia są aboslutnie zjawiskowe! ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Zupa 18zł i ceny 4.5/5 ?

    OdpowiedzUsuń
  3. Bardzo lubię Twojego bloga, jest to dla mnie główne źródło wiedzy o krakowskich restauracjach, jednak jako Chorzowiankę razie mnie trochę wspomnienie 'Przemka Błaszczyka z katowickiej Manany', bo Manana znajduje się w Chorzowie, a nie w Katowiach. Wiem, że się czepiam, ale Chorzów nie może się pochwalić ogromną ilością genialnych restauracji, więc nie zabierajmy mu chociaż dotychczasowych

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oczywiście masz rację, nie wiem, dlaczego napisałam inaczej, chyba zasugerowałam się innymi publikacjami na temat tej restauracji. Już poprawiam. :)

      Usuń