12 maja 2018

Sushi-ya (Kielce)


Już mi się kiedyś zdarzyło jechać 120 kilometrów (i więcej) tylko po to, by gdzieś zjeść, i zaraz potem wrócić, ale jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się to w Polsce. Gdy, chyba na fan page’u bloga Pyzy, rzuciła mi się fraza, która brzmiała mniej więcej “prawdopodobnie najlepsze sushi w kraju” oraz zdjęcia nigiri niczym kadry wyjęte z filmu o Jiro, wiedziałam, że moja wizyta w Sushi-ya to tylko kwestia czasu.

Sushi-ya znajduje się dwie godziny drogi od Krakowa, w Kielcach, i prowadzona jest przez sushi mastera i właściciela w jednym – Michała Kostrzewę. Co ciekawe, wcześniej pracował on w krakowskiej Hana Sushi, gdzie uczył się pod okiem Taiyo Junga. Choć na pierwszy rzut oka menu wygląda jak w typowych “suszarniach” (uramaki, futomaki i inne rolki), jest tam kilka naprawdę kuszących pozycji, które zapewne bym zamówiła, gdyby celem mojej wizyty nie było jedno: omakase.

Omakase, w angielskim tłumaczeniu “I leave it up to you”, a po naszemu “Pozostawiam to tobie”, to degustacja polegająca na zaufaniu sushi masterowi, podczas której w pełni oddajemy się jego kreatywności, a w zamian możemy oczekiwać najświeższych, najlepszych i najbardziej interesujących składników. Minusem takiego rozwiązania może być to, że nigdy do końca nie wiemy, co dostaniemy, ani ile za to zapłacimy. Ważne jest, by usiąść blisko sushi mastera, czyli najlepiej przy barze, bo to on, w równych odstępach czasu i opisując każdy kawałek, podaje przed sekundą uformowane nigiri, które jak najszybciej należy wziąć do ust.

Najbardziej interesowało mnie sashimi i omakase. Mimo, że obie te pozycje są w menu z wyszczególnionymi cenami, rzuciłam tylko “chcemy sashimi i omakase, niech Pan nas zaskoczy”. To chyba idealny moment, by wspomnieć, jak Michał Kostrzewa pracuje: powoli, harmonijnie, wyważenie, w skupieniu. Ma się wrażenie, że każdy ruch ma tu swoje miejsce i określony porządek, każde przetarcie noża, każde wyjęcie i odstawienie składnika. Warto usiąść przy barze, choćby po to, by to obserwować. Sushi master zdaje się też mieć duże wyczucie w stosunku do swoich gości – czy chcą w danym momencie rozmawiać, czy może zostawić ich samym sobie – nigdy nie przekracza granic, nie narzuca się, nie zanudza. Wejdzie w relację na tyle, na ile mu pozwolimy. A jeśli pozwolimy, to zobaczymy, ile serca i pasji wkłada w to, co robi.

W ramach sashimi dostaliśmy sześć rodzajów ryb (łososia, podbrzusze łososia, tuńczyka żółtopłetwego, tuńczyka błękitnopłetwego, toro – podbrzusze tuńczyka, seriolę i pagrusa) z imbirem, sosem sojowym oraz marynowanymi liśćmi i pędami wasabi, a w ramach omakase – jedenaście elementów. Na koniec zaserwowano nam także zupę miso-shiru oraz, już na naszą prośbę, coś specjalnego na “do widzenia”. Abyście wiedzieli, co jest co, wyjątkowo zdjęcia w tej recenzji poprzeplatam podpisami:

Pagrus:



Kalmar olbrzymi:



Sezonowana seriola olbrzymia:



Sezonowany okoń morski z lekko sfermentowaną pastą sezamową:



Toro (podbrzusze tuńczyka błękitnopłetwego):




Tuńczyk żółtopłetwy marynowany w sake i sosie sojowym:




Podbrzusze łososia ze świeżo tartym imbirem:



Brzuch łososia marynowany w glonach kombu i sake:



Małż arktyczny (hokkigai):



Krewetka słodkowodna:



Japoński omlet tamagoyaki – w bulionie z suszonej makreli i sardynki:



Okoń morski marynowany trzy miesiące w słodkim i słonym miso, opalany, podawany z masłem:



Nie wszystko smakowało mi w takim samym stopniu, ale wydaje mi się, że nie o to chodzi w setach degustacyjnych. Czasem warto przystopować, dozować napięcie i przyjemność, by potem zaskoczyć się, zaniemówić, wzruszyć nasyceniem smaku, teksturą, temperaturą, delikatnością. Jeśli chcielibyście wybrać coś samodzielnie z menu, zamiast decydować się na omakase, trudno byłoby mi polecić jednoznacznych faworytów, choć prawdopodobnie byłby to marynowany łosoś oraz tuńczyk, pod wszelkimi dostępnymi postaciami, bo to on wysuwa mi się na pierwszy plan, gdy wspominam wizytę w Sushi-ya. Jeśli tylko bedzie dostępny marynowany okoń o tej cudownej dymnej i maślanej nucie, również bierzcie – nigdy nie jadłam czegoś podobnego.

Jakościowe, świeże ryby Sushi-ya pozyskuje z zaufanych źródeł, między innymi od Jakuba Pieniążka z Fish Lovers, który dostarcza je z Portugalii i gwarantuje dostawę w dwadzieścia cztery godziny od połowu, a to już mówi samo za siebie. Michał Kostrzewa również eksperymentuje z różnymi technikami, takimi jak marynowanie czy sezonowanie, osiągając wielowymiarowy, intensywny i złożony smak produktu. Bardzo ciekawy był też sam ryż: ziarenka nie były mocno posklejane, lecz luźno złączone, ale jednocześnie jędrne; były idealnie zakwaszone i również podawane w perfekcyjnej temperaturze. Za wszystko razem, czyli za sashimi, omakase, miso i napoje rachunek wyniósł 363 zł na dwie osoby. Z pewnością nie jest to cena za codzienny lunch, ale za fine diningowe doświadczenie jak najbardziej tak.

Daleka jestem od bycia ekspertką sushi, jeszcze nie byłam w Japonii (choć mam ją w odległych planach) i im więcej czytam i słucham, tym bardziej czuję, że nic nie wiem, bo to najlepsze sushi to sztuka o niewyobrażalnym poziomie skomplikowania, która nie ma wielkiego związku z tym, co serwuje spora większość polskich barów. Ale przed wizytą w Sushi-ya jeszcze nigdy nie czułam się tak blisko Japonii, za co jestem wdzięczna!

Plus: omakase, atmosfera, ładne i wygodne wnętrze.
Minus: -
Adres: ul. św. Leonarda 1 lok. G, Kielce | mapa | FB
Polecam: miłośnikom japońskiej kuchni, nie pogardziłabym też randką w Sushi-ya.
Średnia ocena: 4.75 na 5.     Jedzenie – 5/5      Obsługa – 4.5/5       Wnętrze – 4.5/5          Ceny – 5/5



*

Brak komentarzy :

Prześlij komentarz