30 stycznia 2019

Recenzja: Ato Sushi (Łódź)


Ciągle nie miałam okazji, by wybrać się do Łodzi, więc ją sobie wymyśliłam: zaplanowałam wizytę w Ato Sushi. Wiele osób mówiło mi, że po powrocie z Japonii już nigdy nie przestanie się tęsknić za jej smakami i potwierdzam  to prawda. A po spróbowaniu w Tokio wymarzonego omakase z rąk szefa Masakatsu Oka moje życie już nigdy nie będzie takie samo ;). Podczas gdy Kraków może wyłącznie pomarzyć o omakase choć podobnego kalibru, na całe szczęście są w Polsce dwa miejsca, gdzie można zbliżyć się do Japonii jak nigdzie indziej. O jednym z nich pisałam na blogu w maju, a drugim jest właśnie łódzkie Ato Sushi.

Na omakase w Ato polecano mi zrobić rezerwację, i to z wyprzedzeniem, więc zagwarantowałam sobie miejsce przy barze już na półtora tygodnia przed wizytą. Mocno przeraził mnie więc gest kelnera, który po usłyszeniu nazwiska wskazał nam... stolik. Pomyślałam, “O nie, nie ma opcji, bym jechała trzy godziny na marne przez jakiś błąd obsługi!”. Na szczęście wszystko szybko się wyjaśniło i po chwili siedzieliśmy już przed właścicielem Ato, Kasprem Krajewskim. Od razu moją uwagę zwróciła duża liczba pracowników oraz zwinność, z jaką poruszali się po tak małej przestrzeni (to samo zaobserwowałam kilka godzin później w Ato Ramen). Lokal (skądinąd bardzo przyjemny dla oka, minimalistyczny i estetyczny) w sobotnie popołudnie stopniowo wypełnił się aż po brzegi i widać było, że wszyscy mają ręce pełne roboty.

Gdybym koniecznie w tym miejscu musiała się do czegoś przyczepić, napisałabym może, że do celebrowania takiego posiłku życzyłabym sobie nieco spokojniejszej i mniej chaotycznej atmosfery. Mimo że fajnie patrzyło się na zgrany zespół i tętniący życiem lokal, jednocześnie dziwnie było oglądać góry kolorowych maków przygotowywanych tuż obok przez innych sushi masterów, czy mieć sąsiadów  choć sympatycznych, to jednak jedzących zupełnie co innego, jakby byli z innej bajki. Jednocześnie zaznaczam, że od początku do końca cała uwaga Kaspra skupiona była na nas (tego dnia na omakase skusiło się łącznie pięć osób) i nie mam mu absolutnie nic do zarzucenia. Zdaję sobie sprawę, że moje życzenie jest możliwe do spełnienia tylko w lokalu, który w stu procentach poświęcony będzie omakase  pytanie tylko, czy rynek w Polsce jest już na to gotowy? (Do tematu trafnie odniósł się Piotr Górecki, warto poczytać tutaj.)

omakase Ato Sushi
Całe doświadczenie składało się z dziewiętnastu elementów i kosztowało 300 zł za osobę. Podobno może być taniej, bo cena zależy od produktu i tego, ile macie ochotę zjeść. Ja do Ato Sushi pojechałam z nastawieniem “Shut up and take my money!”, wiedziałam też, że cena nie przekroczy trzystu złotych, więc rachunek mnie nie zdziwił. Nie wiem natomiast jak to wygląda w praktyce w przypadku kogoś, kto jednak nie chciałby wydać aż tyle  w menu (przynajmniej tym online; na miejscu nawet go nie obejrzałam) o omakase nie ma słowa, a przed rozpoczęciem nikt się nie upewniał, ile chcemy wydać (choć pamiętam, że w pewnym momencie zostaliśmy zapytani, czy mamy wciąż miejsce na więcej. Mieliśmy). Moja rada jest taka, by pójść na całość. Warto.

W sushi Kaspra Krajewskiego czuć ogromną różnicę w smaku ryżu  jest mniej słodki i bardziej kwaśny, niż ten, do którego przyzwyczajają nas polskie “susharnie”. Doskonale współgra z kapitalnymi rybami pochodzącymi od kilku różnych, skrupulatnie wybranych dostawców. Nie znam nikogo, kto nie zachwyciłby się tłustymi partiami tuńczyka czy serioli  to doskonałe doświadczenie dla kubków smakowych! Ale zachwytów było co najmniej kilka nie tylko dzięki perfekcyjnemu przygotowaniu, ale też dzięki ciekawemu podkręceniu smaków. Czasem był to tłuszczyk z wagyu, innym razem kilka kropli limonki, nuta trufli czy ponzu, a jeszcze innym charakternie gryzące w język liście kinome. Choć w sushi uwielbiam też jak najprostsze połączenia, w pełni skupiające się na jakości ryby, nic nie wydawało się tu przekombinowane. Były momenty, gdy czułam się jakbym znów przez chwilę była w Japonii  i to było świetne uczucie!

Oto co tego dnia wchodziło w skład omakase:

Ośmiornica w sosie goma (masowana, po czym gotowana w 70°C):

Ato Sushi Lodz


Seriola marynowana w truflowym sosie sojowym z ponzu:

Ato Sushi Lodz


Łosoś marynowany w kombu z Hokkaido:

Ato Sushi Lodz


Brzuszek z serioli z limonką i solą himalajską:

Ato Sushi Lodz


Okoń morski z ponzu:

Ato Sushi Lodz


Małże św. Jakuba z tłuszczem z wołowiny wagyu:

Ato Sushi Lodz


Barwena marynowana w sosie sojowym z kinome:

Ato Sushi Lodz opinie


Blanszowana krewetka australijska:

omakase Ato Sushi


Makrela marynowana w sosie sojowym i miso:

omakase Ato Sushi


Surowa krewetka australijska z limonką:

Ato Sushi Lodz


Tuńczyk błękitnopłetwy marynowany w sosie sojowym z truflą:

Ato Sushi Lodz


Tuńczyk błękitnopłetwy:

Ato Sushi Lodz


Chūtoro, czyli średniotłusta część tuńczyka:

omakase Ato Sushi


Ōtoro, czyli tłusty brzuch tuńczyka:

omakase Ato Sushi Lodz


Jeżowiec:

Najlepsze sushi w Polsce


Wagyu z ryżem:

Ato Sushi Lodz


“Risotto” z ucieranym jeżowcem i opalaną barweną:

Ato Sushi Lodz


Maki z trzema rodzajami tuńczyka i jeżowcem:

Ato Sushi Lodz


Węgorz z ryżem i pachnotką:

Ato Sushi Lodz


Najsłabszym ogniwem tego setu była dla mnie wołowina wagyu, a raczej jej tekstura  była za twarda, miejscami nieco sucha. Przyznam jednak, że po wizycie w Matasaburo w Osace, gdzie jadłam najlepszej jakości sezonowane wagyu w stylu yakiniku, moje oczekiwania były wręcz wyśrubowane. Nigdzie indziej w Japonii nie jadłam później czegoś tak kapitalnego, więc trudno się łudzić, że nagle znajdę to w Polsce  jak stwierdził sam itamae, najlepsze kąski wagyu Japończycy zostawiają dla siebie. ;) Jednak z całą pewnością mieliśmy do czynienia z wagyu  takiej eksplozji smaku nie da się przecież podrobić.

Na koniec warto jeszcze dodać, że w lokalu korzysta się ze świeżego korzenia wasabi (ucieranego na świeżo na oczach gości) i podaje marynowany na miejscu imbir. Doszukałam się w nim cudownej nuty yuzu, ale oprócz niego w marynacie wykorzystywane są nieznane mi wcześniej japońskie cytrusy takie jak sudachi czy pomarańcza daidai

Po takim omakase chyba nikt nie może mieć wątpliwości co do jakości produktu, który serwuje gościom Ato Sushi. Miałam nie pisać recenzji z tej wizyty, ale przeglądając zdjęcia i przypominając sobie ten posiłek, stwierdziłam, że takie doświadczenia nie tylko trzeba chwalić, ale i szeroko, szeroko promować. Jeśli do tej pory nie mieliście okazji zjeść takiego sushi, to powiem: powinniście. Wycieczka do Łodzi zawsze będzie tańsza niż bilet do Tokio!

Plus: produkt, produkt, produkt.
Minus: -
Adres: ul. 6 Sierpnia 1/3, Łódź | mapa | FB
Polecam: miłośnikom prawdziwego sushi i japońskiej kuchni w ogóle.
Średnia ocena: 4.75 na 5.     Jedzenie – 5/5      Obsługa – 4.5/5       Wnętrze – 4.5/5          Ceny – 5/5

PS: Jeśli jeszcze nie zaglądaliście, zapraszam do przeczytania mojego blogowego podsumowania 2018 roku.

*


3 komentarze :

  1. Byłem wielokrotnie w ato sushi i zawsze jestem zachwycony smakami. Dla mnie to jedna z najlepszych restauracji w których jadam choć moje kubki smakowe nie są pewnie tak wyśrubowane jak Twoje Aniu . Zawsze mają u mnie ocenę celującą i zawsze zabieram tam bliskie mi osoby. Twoja recenzja I opinia tej że susharni utwierdza mnie ,że to dobry wybór.
    Dziękuję i pozdrawiam serdecznie Emil Gałuszka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za komentarz, Emil! Zazdroszczę Łodzi Ato. :)

      Usuń
  2. Mimo recenzji niestety nie trafię do Ato Sushi (jedzenie wygląda pierwsza liga), gdyż nie cierpię Łodzi. Mam uraz do tego miasta ;/

    OdpowiedzUsuń