9 maja 2019

Recenzja: Molám Thai Canteen & Bar (Kraków)


Kilka razy w życiu zdarzyło mi się wrócić do restauracji po 24 godzinach, ale nie pamiętam przed Molám  kiedy ostatnio. To było zakochanie od pierwszego kęsa i choć po trzeciej wizycie już nieco ochłonęłam i jestem w stanie spojrzeć na całość trzeźwym okiem, a nawet znaleźć kilka niedociągnięć, to i tak uważam, że ta restauracja to wspaniały powiew świeżości i tajskie smaki, których Kraków bardzo potrzebował. 

W pierwszej kolejności, jeszcze chyba przed otwarciem, moją uwagę zwrócił fakt, że szef kuchni Molám  Tomasz  Muza  dwukrotnie odbył staż w restauracji Bo.lan w Bangkoku. Kto uważnie oglądał piąty sezon Chef’s Table, ten wie, o jakiej restauracji mowa: o bezkompromisowej i autentycznej do szpiku kości kuchni tajskiej. 

Wnętrze oddawać ma “atmosferę nocnych kantyn w Bangkoku” i chyba się to udało. To też moim zdaniem jedna z najlepszych restauracyjnych realizacji krakowskiego biura projektowego Grycaj Design. Blacha, drewno, industrialne elementy, stare krzesła (każde inne), na ścianach skrawki tajskich gazet, do tego świetne oświetlenie i muzyka, która jest nieprzypadkowa, przemyślana, pełna energii, doskonale pasująca do klimatu, a jednocześnie nie za głośna, pozwalająca na swobodną rozmowę. Jeśli miałabym się do czegoś przyczepić, dwuosobowe stoliki, jak na polskie standardy, poustawiane są dość blisko siebie  nie wiem, czy randkowicze czuliby się tu swobodnie.

Plus za łatwy proces rezerwacji online (nawet można wybrać dokładne miejsce), choć przydałaby się też opcja jej równie łatwego anulowania. Obsługa to trochę fenomen  wygląda na to, że kelnerzy mają ogromną przyjemność z pracy w Molám. Są sympatyczni, pełni energii, chętnie opowiadają o potrawach i ich pochodzeniu, wiedzą dużo na temat dań i składników. Nie wciskają nic na siłę, wręcz przeciwnie  zostawiają menu, mówią, że można domówić później, nie ma sensu się przejeść (to wtedy, gdy się trochę rozpędziliśmy przy zamawianiu). Tak było podczas pierwszych dwóch wizyt, a podczas trzeciej, po około trzech tygodniach przerwy, już trochę inaczej to wyglądało. Talerze stawiane były na stole niemal bez słowa, brakowało mi opisów lub choć napomknięcia o ciekawych składnikach, przy podawaniu karty zapomniano też wspomnieć o niedostępnym daniu.

W Molám podobno od zera przygotowywane są pasty curry, sosy, kiełbasy, mieszanki przypraw czy pikle. Koncept opiera się na niezwykle modnym ostatnio food sharingu, czyli dzieleniu się jedzeniem w celu poznania jak największego spektrum smaków. Poleca się zamówić kilka talerzyków na stół i próbować wszystkiego. Menu zmienia się często, codziennie drukowana jest nowa karta, ale są też stałe pozycje oraz takie, które wracają. Zawsze warto zamówić sticky rice, czyli kleisty ryż (3 zł), bardzo smaczny (polecam jeść rękami), podawany w formie niewielkiej kulki w zamkniętych bambusowych koszykach utrzymujących jego temperaturę. Nie trzeba go zbyt wiele, nie napychajcie się ryżem, ale przydaje się jako przerywnik albo do maczania w sosach. 

Jak opisać Wam wszystkie czternaście dań, które zjadłam podczas trzech wizyt? Może zacznę od moich uwag i najsłabszych pozycji: w aep pla, dorszu grillowanym w liściu bananowca z dodatkiem czerwonej pasty curry (29 zł) brakowało mi balansu smaków. Przeważała gorzkość, a dodatek limonki nie do końca ją łamał. Play yang, gładzica z sosem z cytrusów (31 zł) miała płaski smak, a sama ryba była niewielka, choć w ramach przystawki porcja byłaby akceptowalna. Skrzydełka z kurczaka chilli (22 zł), pik gai tod, były wspaniałe, soczyste, z chrupiącą skórką, pełne smaku. Jednak gdy dodatkowo zanurzyłam w sosie kawałek mięsa, okazał się on przeraźliwie słodki, wręcz przytłaczający  po tym kęsie nie miałam ochoty kończyć tego dania. Haeng lae, czyli pieczony boczek w glazurze (27 zł), był szalenie smaczny, ale życzyłabym sobie, aby był nieco bardziej soczysty. Tyle na temat uwag, cała reszta... zwalała z nóg.

Trzecią rybą, którą próbowałam, był smażony pstrąg z ziołami, yam pla tod (39 zł) i to chyba było pierwsze danie, które zamówiłam w Molám. Tekstura była doskonała, pachniał na kilometr, a przysypany był ogromną ilością ziół (o ile dobrze pamiętam, był to betel, mięta, kolendra, a także szalotka i prażony czosnek). Coś wspaniałego. Przy yam makhua yao, sałatce z bakłażanem, jajkiem i ziołami (21 zł) obsługa straszyła, że jest naprawdę mocno wędzony, ale dla mnie był tylko lekko dymny i trochę pikantny. Fajny jako przystawka, jako dodatek, jako co chcecie. (Podobnie chrupiące szparagi, ogromna porcja, z piklowanym imbirem w sosie ostrygowym  21 zł.) Przy laabie z karkówki, isaan lab mo (27 zł) też słyszeliśmy ostrzeżenia, że mocno pikantne, jednak nie ma się czego bać, ostrość tu ma sens i nie zabija bogatego smaku. Danie ma fajny palony aromat, pewnie za sprawą ucieranego prażonego ryżu. Do tego sos na bazie wody z tamaryndowca i nieposzatkowane liście kolendry, które cudownie odświeżają całość. Można jeść w nieskończoność.

Cap neua, chrupiąca wołowina z Chinatown (27 zł), to już chyba klasyk; w Internecie obserwuję, jak fani Molám wyczekują na pojawienie się jej w menu. Słodziutkie, przyjemnie chrupiące, u góry orzeszki, cebulka, papryczki. Zamawiajcie, jeśli jest. Wolno grillowanego kurczaka gai yang (17 zł) również, z idealnie chrupiącą skórką, zachwycającego soczystością. Ob woon sen makaron fasoli mung z krewetkami i boczkiem (41 zł) podany został w glinianym garnku, wymieszany na miejscu przez kelnerkę (stąd na zdjęciu nic nie widać, bo już po wymieszaniu). W środku świetne krewetki, mięciutki boczek, czosnek, imbir, pieprz, no i sos sojowy, ostrygowy, olej sezamowy. Wspaniałe danie. Khao soi, zupę kokosową z Chiang Mai z kurczakiem i makaronem (33 zł), jadłam kilka dni temu i teraz znów mam na nią ochotę. Mistrzowsko kremowa, ostrość lekko szczypie w język, a dla zabawy przyozdobiona jest smażonym makaronem jajecznym, który je się jak chipsy. Na słodkie zakończenie trafiałam tylko na jeden deser: krem kokosowy infuzowany liśćmi kafiru z dodatkiem owoców  raz była truskawka, raz mango (12 zł).

Naprawdę rzadko mi się zdarza, w Krakowie, być tak zachwycona restauracją. Dlatego moje oczekiwania co do jej przyszłości są jeszcze większe. Liczę na powrót zaangażowania obsługi i zwrócenie uwagi na małe niedociągnięcia. Molám to powiew świeżości w krakowskiej gastronomii, chce się tam wracać  na coś zupełnie nowego, czasem zaskakującego, a czasem po prostu hedonistycznie przyjemnego. Mają we mnie fankę. A w Was? 

Plus: świetna kuchnia, wnętrze, atmosfera.
Minus: -
Adres: Rajska 3 | mapa | FB
Polecam: szukającym tajskich smaków, na wyjście z paczką znajomych.
Średnia ocena: 4.63
 na 5.     Jedzenie – 4.5/5      Obsługa – 4.5/5       Wnętrze – 5/5          Ceny – 4.5/5


restauracja tajska w krakowie
restauracja tajska w krakowie

restauracja tajska w krakowie

restauracja tajska w krakowie

restauracja tajska w krakowie

restauracja tajska w krakowie


restauracja tajska w krakowie

restauracja tajska w krakowie

restauracja tajska w krakowie

restauracja tajska w krakowie

restauracja tajska w krakowie

restauracja tajska w krakowie

*




Obserwujecie mnie już na Instagramie? @dania_kontra_ania :)

15 komentarzy :

  1. Ale cen jak w Bangkoku to tam ewidentnie nie ma. 5 skrzydełek za 22 zł, zupa za 33zł... Patrzę krytycznie,bo miesiąc temu wróciłam z Tajlandi(padthai 50thb, zupy 30thb).Przypomnę tylko,że w sklepie 1kg skrzydełek kosztuje 7zł, w hurtowni pewnie mniej...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Joanna, dziękuję za opinię. :) Ale my nie jesteśmy w Bangkoku, tylko w centrum Krakowa. :) To przecież zupełnie inne realia. Poza tym warto się czasem zastanowić, ile kosztuje/kosztowało wyposażenie tak dużego lokalu, utrzymanie go, zatrudnienie tylu pracowników, sprowadzanie składników z drugiego końca świata, gotowanie bez półproduktów, lata szkoleń i zdobywania wiedzy. Może gdyby to był mały bar wciśnięty w jakiś minilokal na uboczu z dwoma stolikami na krzyż mogłabym zwrócić uwagę na wyższe ceny, ale w tym przypadku chyba muszę Molam wybronić... Poza tym tam jest po prostu szalenie smacznie!

      Usuń
    2. @joanna: chyba skoro wspomniałaś o tych cenach - CO NAJMNIEJ logiczne byłoby również wspomnienie o tajskich zarobkach oraz sklepowych, lub hurtowych cenach produktów "w przeliczeniu na nasze"? bo inaczej każde słowo Twojej wypowiedzi leci przez okno.. :(

      Usuń
    3. Joanna ma rację. No jeszcze czego. Kogo obchodzi ile kosztował sprzęt i lata edukacji? Każdy z nas się edukuje i również płaci za sprzęt w każdym zawodzie ale to nie powód zbyt wygórowanych cen. Poza tym wielu zakłada firmy z dofinansowania bezzwrotnego, tak że takie usprawiedliwienie jest nie na miejscu. Albo mamy dobrą kuchnie i dobre ceny albo mamy karierowicza i naciagacza nie bqczacego na polskie realia. Ceny produktów nie są duże, a praca robotnika (bo artystami nie są jak wielu by chciało ) w kuchni nie przesadzajmy nie jest warta wcale dużo. Naciagacze mogą być na jakości ale także na cenie. Tyle w temacie.

      Usuń
    4. Ale czemu w Polsce za tajskie jedzenie w restauracji ceny mają być jak w Bangkoku za streetfood? Zwłaszcza, przy ilości i cenach sprowadzanych składników.

      Usuń
    5. Lata lecą, a ludzie dalej nie rozumieją za co płacą idąc do restauracji czy kawiarni i myślą że jeśli koszt składników w daniu za 30 zł wynosi 5 zł, to właściciel lokalu chowa 25 zł do kieszeni. Szkoda słów.

      Usuń
    6. Te ceny z Bangkoku są też już trochę mityczne; oczywiście da się dalej zjeść tak tanio w ulicznych garkuchniach, ale obecnie trzeba się już trochę takich miejsc naszukać i jest ich coraz mniej - życie w Tajlandii też drożeje, kurs bahta poszedł wyraźnie do góry i nie jest już wcale tak super tanio. Powiedziałbym, że prędzej się zje realnie za 100-120 THB (12-15 PLN) niż legendarne 30-50 ;-)

      Usuń
  2. Ma pani całkowitą rację. Docelowo klientem w tej restauracji jest grupa osób, nie pojedyńcza osoba i mówi o tym kelner podając menu. Zwykły Ziutek nie myśli o tym ile kosztuje czynsz w nowym biurowcu na Rajskiej, patrzy na menu.

    OdpowiedzUsuń
  3. Kurczę... Czytam i mam wrażenie, że ja chyba musiałam być w innym Molám ;) aż ciężko uwierzyć... Po rewelacyjnych opiniach pełna wysokich oczekiwań pokusiłam się sprawdzić to miejsce, i byłam bardzo, bardzo rozczarowana :( Obsługa miła ale raczej powolna, nie zauważyłam też specjalnej wiedzy na temat dań w karcie. Muzyka tak głośna, że nie sposób prowadzić rozmowy. Jedzenie - dobre, po prostu dobre. Nic więcej. Próbowałam 3 dań i były ok, ale porcje są tak mikroskopijne, że czułam się jak zaledwie po przystawce. Sticky rice był bardziej suchy niż sticky... ;) i zimny pomimo specjalnego koszyczka. Z całej karty dostępne było tylko jedno piwo - takie sobie, więc zamiast drugiego zamowilismy ze znajomymi różne drinki, ale tylko wyglądały inaczej, bo smakowały tak samo :/ Rachunek zapłaciliśmy ogromny, a i tak skończyliśmy w innym miejscu żeby coś jeszcze dojeść. Mega rozczarowanie :/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Faktycznie brzmi jak zupełnie inna restauracja. :) A kiedy byłaś?

      Usuń
  4. Biorąc pod uwagę wielkość dań to jest bardzo drogo, w porównaniu do innych krakowskich restauracji. Ale większym problemem jest jakość. Jedzenie poprostu były niedobre. Z wymienionych na blogu dań była może połowa.Przepuszczam, że kuchaże eksperemetują szkoda, że na klientach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie eksperymentują - po prostu, jak napisałam, menu się zmienia niemal codziennie. :) Więc to normalne, że kilka tygodni później kilku dań może już nie być w karcie.

      Usuń
  5. Byłem wczoraj i podzielam zachwyty - zjedliśmy zielone curry z kulkami rybnymi, nogę kurczaka, jarmuż+szpinak+pak choy i ryż, do tego kielieszek wina i rachunek wyszedł 85 zł, więc według mnie w granicach Krakowskiej normy. Te porównania, że drożej niż w Bangkoku to jakiś kosmos :D

    OdpowiedzUsuń
  6. Skuszeni opiniami dzis bylismy w Molam. Dania byly male chociaz przepyszne, ale na koncu czekala mnie niemila niespodzianka - w salatce z jarmuzu schowala sie przeostra czerwona cala papryczka, ktorą na moje nieszczescie rozgryzlam... po czym 10 minut dochodzilam do siebie. Czy jest to norma, ze niebywale ostre cale papryczki sa dodawane do tajskich salatek? Kelner zdziwil sie, ze probowalam ją zjesc, bo przeciez jest ostra...
    Czy moge prosic o opinie - w karcie nie bylo mowy o ostrosci dan, a wydaje mi sie, ze regula jest, ze wszystko to, co jest na talerzu moze byc zjedzone, dziekuje i pozdrawiam za wspanialy blog kulinarny :)

    OdpowiedzUsuń