24 listopada 2016

Pimiento – Rynek (Kraków)


Ta recenzja, tak jak poprzednia, powstała w wyniku poszukiwań dobrych restauracji na Rynku Głównym. Ta wizyta była również jedną z wielu, które zaplanowałam, by na Waszą prośbę przetestować i spisać najlepsze tatary w mieście. Była też po to, by po prostu odwiedzić najnowszą i trzecią już restaurację Pimiento w Krakowie. Tę z Kazimierza opisałam na blogu ponad 5 lat temu, tę ze Stolarskiej umieściłam niedawno na liście miejsc z najpiękniejszymi ogródkami, a teraz przyszedł czas na Rynek.

Pimiento na Rynku jest najmniejszą ze wszystkich trzech restauracji, ale jednocześnie zdecydowanie najładniejszą. Wchodząc do środka, pomyślałam, że taki lokal równie dobrze mógłby znajdować się gdzieś w Lizbonie, Madrycie czy Londynie. Pimiento jest urządzone ze smakiem; eleganckie, minimalistyczne, stonowane. Przeważają  w nim odcienie brązu, grafit i czerń, a jedyną dekoracją na ścianach są podwieszane lustra i ogromna głowa byka. Szalenie podoba mi się tekstura tapet, piękne jasne drewno wykańczające wnętrze oraz setki butelek win wypełniające jedną ze ścian aż pod półokrągłe sklepienie. Bezpośredni widok na Rynek to dodatkowy atut.

W Pimiento jest więc ładnie i przyjemnie, choć jednocześnie dość ciasno. Kelnerzy jednak doskonale ze sobą współpracują – widać, że uważnie obserwują kolegów, by jak najpłynniej wyminąć się w wąskiej przestrzeni między stolikami, lub nie wpaść na siebie przy odbiorze dań z kuchni. Obsługa była bardzo uprzejma, naturalnie uśmiechnięta i pomocna w wyborze dań i wina – popełniła jednak jedną niewybaczalną gafę. Wybrane przeze mnie wino (sprzedawane na kieliszki) przyniesiono już w kieliszku, zamiast zaserwować je przy stoliku. O ile to nagminny błąd w większości przeciętnych restauracji w Krakowie, o tyle od Pimiento oczekiwałam profesjonalnego rozegrania. Restauracja może pochwalić się obszerną kartą win, gdzie ceny wielu etykiet sprzedawanych na kieliszki, nie wspominając o niektórych butelkach, sięgają nawet ponad stu złotych, wypadałoby więc pokazać gościom, że traktowani są uczciwie.

Na pierwszy ogień po obu stronach stolika poszedł tatar wołowy á la Gare de l’Est (32 zł). Wszystkie dodatki zostały podane oddzielnie i w idealnych proporcjach: cebula, ogórek konserwowy, anchois, marynowane podgrzybki, kiełki, żółtko przepiórcze oraz maggi i masło (te dwa ostatnie dla mnie zupełnie zbędne). Mięso było świeże, miękkie i smaczne. W moim tatarze trafiłam jednak na kawałeczek mięsa, który był trudny do pogryzienia, za co mały minus. 

Pimiento słynie z wołowiny argentyńskiej, ale w menu mamy także wołowinę polską oraz polędwicę kobe (od 260 zł za 200 g). Jeśli chodzi o steki argentyńskie, dostępne są w trzech gramaturach – 200, 250 oraz 300 g, Pimiento podaje jednak większe porcje na życzenie. Dla tych, którzy lubią dodatki do mięsa, dostępnych jest kilka sosów: z zielonego pieprzu, z borowików, bearnaise, barbecue, aioli oraz masło czosnkowe. Zdecydowaliśmy się na bife de chorizo (65 zł, 250 g), czyli argentyński rostbef La Morocha oraz Bife de Ancho, czyli antrykot La Morocha (65 zł, 250g) bez sosu, bo lubimy smak mięsa. 

Oba steki zostały wysmażone równo i perfekcyjnie według życzenia (medium rare oraz medium), były soczyste, kruche, aromatyczne i o skoncentrowanym smaku. Gdybym miała wybrać jeden z nich, następnym razem zdecydowałabym się na rostbef. Pikantne i pachnące na kilometr bataty z chorizo i imbirem (13 zł) oraz mieszanka kruchych, świeżych sałat z pomidorkami koktajlowymi podkręconymi świetnym dressingiem (11 zł) dobrze spisały się w roli dodatków.

Po tatarze i stekach byliśmy tak syci, że na deser już się nie skusiliśmy. Wyszliśmy najedzeni i usatysfakcjonowani, z poczuciem, że wydaliśmy pieniądze na uczciwą i porządną kolację (na rachunku rozczarowała tylko woda mineralna za 17 zł…). Pimiento oficjalnie wpisuję więc do listy restauracji na Rynku Głównym, do których krakowianie nie powinni bać się zaglądać. 

Ze względu na stosunkowo niewielką liczbę stolików, rezerwacja w weekendy wysoce wskazana.

Plus: doskonałe steki, dobra i sympatyczna obsługa, atrakcyjne i eleganckie wnętrze.
Minus: sposób podawania win na kieliszki. 
Adres: Rynek Główny 30 | mapa | FB | www
Polecam: mięsożercom na steki, na spotkania biznesowe, na randkę.
Średnia ocena: 4.5 na 5.     Jedzenie – 4.5/5    Obsługa – 4.5/5      Wnętrze – 5/5    Ceny – 4/5





22 listopada 2016

Relacja: "10 rąk – 10 momentów" | Heron Live Hotel*****


W ubiegły weekend w luksusowym pięciogwiazdkowym hotelu Heron położonym nad Jeziorem Rożnowskim odbyły się dwie kolacje “10 rąk - 10 momentów”, podczas których pięciu szefów kuchni zaserwowało gościom po dwa autorskie dania. Byli to czterej szefowie kuchni z krakowskich restauracji: Tomasz Dziura z restauracji Andromeda Alfa w Hotelu Galaxy****, Marcin Filipkiewicz z restauracji Copernicus (Hotel Copernicus*****), Marek Widomski z restauracji Introligatornia Smaku oraz Przemysław Bilski, z restauracji Pod Nosem. Piątym szefem był Krzysztof Małocha, na co dzień związany z restauracją Sienna 104 w Heron Live Hotel*****. O dobór win zadbał sommelier Jan Bester z WinKolekcji, a dziesięciodaniowe kolacje zakończone zostały premierowymi pokazami najnowszego Maserati Quattroporte. Dzięki zaproszeniu od hotelu Heron miałam okazję uczestniczyć w jednej z nich, zatem zapraszam Was do obejrzenia mojej relacji zdjęciowej z kolacji z 11 listopada:





Amuse-bouche | Tomasz Dziura
Tatar z gęsi / topinambur / gryka



Zakąska zimna | Marcin Filipkiewicz
Dynia / kalmar / ośmiornica



Zakąska ciepła | Marek Widomski
Ślimaki / czosnek / dojrzewający karczek / pietruszka



Pasta | Przemysław Bilski
Ravioli z ziołami / palone masło / “Kozi Grzbiet” od Wańczyka



Zupa | Krzysztof Małocha
Pikantny bulion / krewetka / komosa ryżowa



Ryba | Przemysław Bilski
Dorsz / fenkuł / kapary / orzech włoski



Intermezzo | Tomasz Dziura
Jeżyny / limonka / cydr



Mięso | Marek Widomski
Policzki wołowe / pęczak / kapusta kiszona / burak



Pre dessert | Krzysztof Małocha
Lody Ardbeg / czekolada / palone mleko



Deser | Marcin Filipkiewicz
Miód / słodki owies / passiflora



Spróbowanie dań przygotowywanych przez pięciu szefów kuchni podczas jednego wieczoru było bardzo ciekawym doświadczeniem. Mimo że gotowało pięć różnych osób, kolacja była dość spójna i harmonijna, a pod względem smaków w wielu momentach wręcz zachwycająca. Trudno wybrać faworytów, ale jednym z dań, które najbardziej przypadło mi do gustu, był klarowny, pikantny bulion z kaczki i wołowiny od Krzysztofa Małochy, gdzie grzybki shimeji, gotowana komosa, świeża kolendra i jędrna krewetka złożyły się na bardzo aromatyczną i esencjonalną zupę subtelnie podkręconą chilli. Jego deser, choć szalenie kreatywny i kuszący świetną czekoladą, nie skradł mojego serca ze względu na zbyt intensywny smak whisky, której nie jestem wielką fanką. 







Fantastycznie za to otworzył kolację tatar z siekanej gęsi od Tomasza Dziury, z topinamburem i popcornem z kaszy gryczanej, a jego superintensywny sorbet z jeżyn w roli intermezzo w jakiś magiczny sposób przywołał nuty brazylijskich jagód açaí, co sprawiło, że się nad nim momentalnie rozpłynęłam. Doskonałe były też ravioli, w których można było wyczuć świetnie komponujące się z serem od Wańczyka ziołowe smaki, szczególnie intensywny tymianek i kolendrę, ale Przemysław Bilski zachwycił również przygotowanym w punkt, delikatnym dorszem z dressingiem z kaparów i orzechów włoskich. Od Marka Widomskiego najwięcej pochwał przy stole zebrały pełne aromatu zapiekane ślimaki podane na focacci w towarzystwie dojrzewającego karczku. Kolację kapitalnie zamknął natomiast deser Marcina Filipkiewicza z uwielbianą przeze mnie marakują i rozpływającym się w ustach miodowym chipsem. 







Dziękuję Heron Live Hotel***** za zaproszenie na kolację.

*
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...