11 lutego 2017

Le Chalet (Murzasichle)


Już od dawna chciałam opowiedzieć Wam o tym miejscu. Gdy pytacie mnie, gdzie zjeść w Zakopanem, nie mam wielu sprawdzonych adresów, ale za każdym razem mam do polecenia jedną prawdziwą kulinarną perełkę. To zaledwie dwadzieścia minut samochodem z centrum Zakopanego, a wrażenia takie, jakbyście przenieśli się na chwilę do Włoch. 

Restauracja Le Chalet mieści się w niepozornym Murzasichlu i działa już od wielu lat. Pierwszy raz trafiłam do niej w kwietniu ubiegłego roku i obiecałam sobie, że będę wracać za każdym razem, gdy będę w pobliżu. Przed napisaniem tej recenzji byłam w Le Chalet trzykrotnie. Wszystkie zdjęcia zachowałam, ale trochę zajęło mi odnalezienie poprzednich rachunków, a menu restauracji na stronie internetowej cen nie zawiera (nigdy nie zrozumiem, dlaczego niektórzy restauratorzy ukrywają je przed gośćmi…).

Jak wyczytałam w tym artykule, Le Chalet prowadzi polsko-włoskie małżeństwo: szefem kuchni jest Paolo, syn pani Haliny i Roberto. Można powiedzieć, że w lokalu panuje domowa, włoska atmosfera, co ma swoje plusy i minusy (raz na przykład byliśmy świadkiem rodzinnej kłótni). Góralka, pani Halina, ma swoje specyficzne usposobienie, co niektórym może się nie spodobać, bo jest bardzo bezpośrednia i nieco nachalna w kontaktach z gośćmi, momentami sprawiająca wrażenie niesympatycznej. Czasem może to irytować, ale mimo wszystko warto zacisnąć zęby i poczekać, aż dania pojawią się na stole. Potem nie będzie to miało już znaczenia.

Menu jest dość krótkie, zawiera pięć przystawek (w tym zupa i antipasto z włoskimi wędlinami i serami), cztery dania mięsne, siedem rodzajów makaronów i wiele propozycji pizz wypiekanych w piecu opalanym drewnem bukowym. Pizzę jedliśmy tam tylko raz  spróbowaliśmy Contadiny (28 zł) z sosem pomidorowym, mozzarellą, karczochami i pancettą oraz Caprese (32 zł) z sosem pomidorowym, mozzarellą z mleka bawolic i świeżymi pomidorami. Mają średnicę około 28 cm, są cieniutkie, chrupiące i całkiem smaczne, ale dla mnie jednak zbyt sztywne  zdecydowanie wolę pizzerie neapolitańskie w Krakowie. Caprese dodatkowo rozczarowała mnie tym, że jej składniki – mozzarella i pomidory  były nałożone na pizzę zimne, po wyjęciu ciasta z pieca, o czym obsługa ani menu nie uprzedza.

Zostawmy jednak pizzę, bo to nie przez nią uważam Le Chalet za perełkę Podhala, lecz za całą resztę – a z menu próbowałam już wielu dań. Przede wszystkim: makarony u Paolo to mistrzostwo świata! Dla wszystkich restauratorów z Krakowa, którzy mają lub myślą o otwarciu włoskiej restauracji, wizyta w Le Chalet i spróbowanie tamtejszych makaronów powinna być obowiązkowa. Są one doskonałym przykładem na to, jak wysoka jakość zaledwie kilku składników może stworzyć kulinarne dzieło sztuki. Brak mi słów, by opisać, jak fantastyczny był trufferol, czyli makaron tagliatelle w kremie truflowym (40 zł), czy “carbonara” z jajkiem, parmezanem i szynką (35 zł). Smak świeżego makaronu, odrobina startego parmezanu, kremowy, ultradelikatny, pełen smaku sos tworzą proste, ale perfekcyjnie skomponowane, harmonijne dania. 

Kolejnym daniem, które śni mi się po nocach, i którego mało co nie zamówiliśmy ostatnim razem w ramach przystawek (dobrze, że tego nie zrobiliśmy, bo przecież nie dalibyśmy rady zmieścić tego wraz z makaronami), jest risotto alla parmigiana (30 zł, minimalne zamówienie na dwie osoby), czyli risotto-majstersztyk z długo dojrzewającym parmezanem. Ale trudno było też nie skusić się ponownie na domowe tortelli di erbetta, czyli po prostu podobne do ravioli sakiewki nadziewane szpinakiem, ricottą i parmezanem (30 zł), na maśle z szałwią. Czyż to nie jest jedno z najlepszych kulinarnych połączeń na świecie?

Dania mięsne też zachwycają  jakością, prostotą, wykonaniem i smakiem: saltimbocca, czyli cienkie plastry cielęciny z dodatkiem szynki parmeńskiej, liści szałwii i sosu winnego (47 zl) od razu przypomniała mi tę, którą jadłam w Rzymie, czy paillard (45 zł) soczysty, grillowany kawałek cielęciny, której niestety nie ma obecnie w menu. Do tego zamówiliśmy wtedy świetną grillowaną cukinię z oliwą (15 zł) oraz sałatkę z pomidorami, rukolą i oliwkami (15 zł). Na deser warto skusić się na panna cottę (15 zł) z owocami  ostatnio jedliśmy ją z lekko kwaskowatym sosem z czarnej porzeczki, który kontrapunktował sprężystą, kremową i pełną smaku panna cottę.

Dania do stolików podawane są niejednocześnie, tak jakby w kuchni pracował sam Paolo. Nikogo nie interesuje tu też prezentacja  dania są podane na prostych białych talerzach, bez zbędnych dekoracji czy aranżacji. To najlepszy smak gra tu pierwsze skrzypce, za każdym razem. I to jest piękne w kuchni włoskiej, ale tylko tej prawdziwej. 90% włoskich restauracji w Krakowie może się schować – są lata świetlne od tego poziomu.

Plus: doskonałe włoskie jedzenie, wysoka jakość produktów.
Minus: brak możliwości rezerwacji stolika, nieco nachalna właścicielka, nieciekawe wnętrze.
Adres: ul. Sądelska 86 | mapa | FB | www
Polecam: miłośnikom prawdziwej włoskiej kuchni.
Średnia ocena: 4 na 5.     Jedzenie – 5/5    Obsługa – 3.5/5      Wnętrze – 3/5    Ceny – 4.5/5













*

31 stycznia 2017

Kurka Wodna (Kraków)


Restauracja Kurka Wodna została otwarta w kwietniu ubiegłego roku na ulicy Kanoniczej, w bliskim sąsiedztwie Pod Nosem, Copernicusa i La Campany. Jest to nowe miejsce w pobliżu Rynku specjalizujące się w kuchni polskiej. Na mojej liście polecanych restauracji w Krakowie wciąż mało polskiego jedzenia, wybrałam się więc na Kanoniczą z dużą nadzieją na to, że Kurka Wodna nie zawiedzie.

Wnętrze restauracji jest bardzo estetyczne i stonowane, dominuje w nim kolor brązowy i szary, a sale ożywiają kwieciste motywy na fotelach i świeże kwiaty w wazonach. Połączenie białych ścian, cegły i drewna zawsze się sprawdza, we wnętrzu brakowało mi jednak charakteru, a sala, w której siedzieliśmy, wydawała się nieco pustawa, a to wrażenie potęgował fakt, że z początku byliśmy w niej jedynymi gośćmi. 

Bardzo uprzejma, nienachalna kelnerka, podając menu, wspomniała o zestawie lunchowym w cenie 29 zł, na który tego dnia składał się barszcz, eskalopki z kurczaka z sałatką z winegretem oraz mus kawowo-czekoladowy. Warto dodać, że to była sobota, a nie środek tygodnia; wydaje się, że to skuteczny i atrakcyjny sposób na przyciągnięcie gości “z ulicy”, bo podczas naszej wizyty kilka osób się na taki obiad skusiło.

Na początek zostaliśmy poczęstowani koszyczkiem z pieczywem  choć było świeże i smaczne, zdziwił nas brak… masła. Ciekawi mnie, czy to błąd, czy celowy zabieg podawania gościom w ramach czekadełka suchego chleba? Po tym, jak na stół wjechała pierwsza przystawka, wiedziałam już, że ktoś się tu bardzo stara, by atrakcyjnie złożyć danie, ale całość wyglądała na przekombinowaną, a zawiniątko kiełków na talerzu przypominało dekoracje z minionej epoki. Za to wędzony pstrąg z Ojcowa (26 zł) wybronił się smakiem  był doskonały, a dodatki w postaci ugotowanych na miękko jajek przepiórczych, konfitury z jarzębiny, chrupiących sałat i kawioru z białego wina świetnie z nim współgrały. Moja przystawka  pierogi z zająca na pikantnym musie marchewkowym (24 zł) zachwyciła sprężystym, delikatnym ciastem i soczystym, pełnym smaku nadzieniem, a nieco kwaskowaty sos z żurawiny ciekawie kontrapunktował całość. Chrupiący pasek boczku wieprzowego był fajnym dodatkiem, ale danie byłoby świetne nawet wtedy, gdyby zostało podane z samym musem. Do dziś doskonale pamiętam smak tych pierożków.

Później emocje niestety opadły. Kaczka po krakowsku z pieczonym jabłkiem (49 zł) była mało delikatna i nieco sucha, a filet z kurczaka zagrodowego (35 zł) również rozczarował teksturą spodziewałam się bardzo soczystego i miękkiego mięsa, tymczasem było trochę twardawe i nierówne. Z kolei puder truflowy okazał się zupełnie bez smaku, a szkoda, bo trufle uwielbiam i między innymi dlatego skusiłam się na tę pozycję. Plus za przyrządzoną w punkt konfitowaną pietruszkę oraz intensywne pietruszkowe pesto, które fantastycznie podkreślało smaki na talerzu. 

W Kurce Wodnej do każdego dania głównego należy wybrać dodatki z menu. Nie lubię takiego rozwiązania z dwóch powodów. Po pierwsze: wolę, gdy pewny siebie szef kuchni proponuje kompletne dania, a po drugie: te dodatki są zwykle przesadnie drogie. Maleńka miseczka sałat z winegretem (“przyozdobiona” kiełkami), dosłownie na (policzyłam!) cztery kęsy za... 8 zł? Serio? Ziemniaki opiekane z czosnkiem i rozmarynem to kolejne 8, a miseczka tak samo mała...

Mój towarzysz, rozczarowany kaczką, na koniec nie miał już na nic ochoty, ja skusiłam się jeszcze na szarlotkę z szarej renety (12 zł), czyli sztandarowa propozycja 99,9% polskich restauracji, z której w życiu bym nie skorzystała na potrzeby recenzji, ale akurat... miałam na nią smaka. Została podana na ciepło, z kulką lodów na pestkach dyni oraz z kawałkiem figi i truskawki (nieśmiało przypominam, że mamy styczeń). Szarlotka jak szarlotka: delikatna, smaczna, z cukrem pudrem, taka domowa. Nic, co wyrwałoby z butów, ale ochota na szarlotkę została skutecznie zaspokojona. 

Przyznam, że nie wiem, co z tą Kurką zrobić. Przystawki były przesmaczne, zapadające w pamięć, takie do powtórzenia. Dania główne miały pewne niedociągnięcia powodujące, że zaczęliśmy wątpić, czy warte były swojej ceny. Są w Krakowie przecież pewniejsze adresy do wydania 168 zł, bo tyle wyniósł nas rachunek dla dwóch osób, bez alkoholu. Na korzyść przemawia estetyczne wnętrze, węgierskie wina dobrane do każdego dania i lokalizacja na jednej z najpiękniejszych ulic Starego Miasta, ale to jeszcze nie wystarczy, by wskoczyć na tę listę.

Plus: bardzo smaczne przystawki, ładne wnętrze, miła obsługa.
Minus: drogie dodatki w stosunku do porcji, momentami nieco pretensjonalna prezentacja dań, nierówna kuchnia.
Adres: ul. Kanonicza 15 | mapa | FB | www
Polecam:
Średnia ocena: 3.75 na 5.     Jedzenie – 3.5/5    Obsługa – 4.5/5      Wnętrze – 4/5    Ceny – 3/5













*

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...