17 sierpnia 2016

Copernicus (Kraków)


Copernicus to restauracja mieszcząca się w pięciogwiazdkowym hotelu o tej samej nazwie w samym sercu Starego Miasta, dosłownie kilka kroków od Zamku Królewskiego na Wawelu. Jest to jedna z niewielu restauracji fine dining w Krakowie oraz jedno z zaledwie kilku miejsc, w którym jest możliwość skuszenia się na menu degustacyjne szefa kuchni. Bez wątpienia można ją również wpisać na listę najdroższych w mieście.

Tak się złożyło, że nigdy wcześniej w niej nie byłam, jednak ze względu na wiele nagród i wyróżnień (między innymi trzy czapki Gault&Millau, trzy pary sztućców Michelin oraz wielokrotnie nagradzana przez Wine Spectator karta win) zakładałam, że to jeden z najlepszych kulinarnych adresów w mieście i – nie ukrywam – miałam w stosunku do niej bardzo wysokie oczekiwania. 

To, co już niemal na wstępie mnie rozczarowało, to atmosfera. Restauracja mieści się w zabytkowej odrestaurowanej Kamienicy Pod Motylem i szczyci się renesansowym wnętrzem, gdzie uwagę zwracają freski i imponujący kasetonowy strop. Nasze miejsce, jeden z kilku stolików usytowanych na antresoli, było jednak mało urokliwe – ciemno, ponuro, i zupełnie nie było na czym zawiesić oka (może oprócz wystających rur). Nie każdy jest fanem renesansowych klimatów, ale to nie o nie tutaj chodzi – dla ciężkiej, jakby wręcz “zakurzonej” atmosfery i ewidentnego braku przepływu energii nie ma żadnych wymówek.

Zdaję sobie sprawę, że restauracje hotelowe nie mają łatwego zadania; mieszkańcy odwiedzają je rzadko, przez co te często świecą pustkami i nie wyglądają zachęcająco. My nie byliśmy jedynymi gośćmi, a jednak mieliśmy wrażenie, że w Copernicusie czas stanął w miejscu. W każdym wnętrzu, w tym także w hotelu, można stworzyć przyjazną, otwartą i tętniącą życiem atmosferę (niech przykładem będzie odwiedzona przeze mnie niedawno Hiša Franko, gdzie niewiarygodny kunszt kulinarny idzie w parze z ogromną gościnnością i lekką, przytulną atmosferą, a jest to restauracja hotelowa). 

Ogromny wkład w tworzenie tej atmosfery ma też obsługa, która z technicznego punktu widzenia nie popełniła żadnej gafy, jednak, choć cenię sobie formalną otoczkę eleganckich miejsc, poziom oficjalności w rozmowie był przytłaczający. Kelner, choć pod każdym względem perfekcyjnie przygotowany, był w swoim tonie dość nachalny – a ja, jako gość, momentami wręcz czułam się presjonowana, że mam zachowywać się tak, jak on chce. Czyż zadaniem obsługi nie jest sprawić, by gość czuł się jak najbardziej komfortowo? Na domiar złego, przy podawaniu rachunku, padło magiczne “serwis nie jest wliczony w cenę”. Danny Meyer nie byłby dumny, oj nie.

Restauracja Copernicus oferuje dwa rodzaje menu – menu lunchowe (serwowane od 12:00 do 15:00) oraz autorskie menu degustacyjne szefa kuchni Marcina Filipkiewicza, które zmienia się co miesiąc i występuje w trzech opcjach: 5 dań (180 zł), 7 dań (240 zł) oraz 12 dań (350 zł). Do tego można wybrać selekcję alkoholi – analogicznie za 140 zł, 190 zł i 290 zł. Mężczyzna przy sąsiednim stoliku, gdy nikogo nie było w pobliżu, odwrócił się do nas i śmiejąc się, szepnął: “Jeśli jesteście głodni, spokojnie możecie zamówić dwanaście dań!”. Miał trochę racji. Mam na swoim koncie wiele menu degustacyjnych i to w Copernicusie należało do jednych z najmniej szczodrych – gdyby to był zestaw dwunastodaniowy lub chociaż siedmiodaniowy, nie zdziwiłyby mnie, jednak przy pięciu daniach porcje były zauważalnie małe. 

W przypadku menu pięciodaniowego, podawana jest sałatka oraz zupa, a z listy dwunastu dostępnych dań można było wybrać jedną przystawkę, jedno danie główne i jeden deser.

Amuse-bouche: Kalafiorowe lody na grzance maślanej z łososiem wędzonym i kawiorem:



Amuse-bouche: gulasz z grasicy, gazowany ziemniak i olej z palonej natki pietruszki:



Sałatka z zielonych warzyw i sera bundz:



Tatar wołowy z majonezem z homara i piklowanym ogórkiem:


Zupa z botwinki z wędzonym łososiem i ciecierzycą:



Halibut z kaszą pęczak, szpinakiem i orzechowym pesto:



Polska jagnięcina z topinamburem i grillowanym karczochem:

Poczęstunek: Biała czekolada, słodki owies, porzeczkowy mus



Marynowane morele z konfiturą z malin i lodami cytrynowo-miętowymi:

Owoce leśne z mrożoną maślanką i bakaliowym chlebem oraz podany do kawy/herbaty zestaw słodkości:



Aksamitne, wyraziste kalafiorowe lody świetnie zostały przełamane smakiem wędzonego łososia, a grasica w tym wykonaniu to jedna z najlepszych, jaką jadłam. Czekadełka fantastycznie więc rozbudziły kubki smakowe i obiecywały naprawdę ekscytującą kontynuację, która… nie nadeszła. Kilka dni po wizycie w Copernicusie nie mogłam przypomnieć sobie ani jednego ekscytującego dania, które zapadło mi w pamięć. A oczekuję tego od restauracji, w której zostawiam kilkaset złotych. 

Daleka jednak jestem od stwierdzenia, że to był słaby posiłek. Wręcz przeciwnie – to była świetna kolacja. Dania były przygotowane niezwykle starannie i szalenie poprawnie, nic nie mogę zarzucić obróbce mięsa, ryb czy warzyw, potrawy były podane w lekkich i w większości miłych dla oka kompozycjach. Tatar wołowy zachwycił smakiem, delikatnością i balansem składników, charakternie podkręcony majonezem z homara, sałatka swoją lekkością, chrupkością i świeżością, zupa – swą sezonowością i swojskością. Z kolei desery cechowały się świetnie wyważoną słodyczą; przyjemną wilgotnością (bakaliowego chleba), intensywnością (malin), soczystością (moreli) i doskonałą aksamitnością (musu z bialej czekolady). 

Wszystko było wspaniałe, jednak nie było zaskakujące. Nie było słabszych dań, za to wszystkie wydawały się bardzo bezpieczne, zachowawcze, bez odrobiny ryzyka, szaleństwa czy fantazji. Ot, po prostu, rzetelna, bardzo równa kuchnia. Dlatego jestem pewna, że Copernicus to doskonałe miejsce na kolację biznesową – dobre polskie produkty, historyczny klimat i formalna obsługa na pewno wpasują się w taką okoliczość. Prawdopodobnie jedyną, w jakiej wyobrażam sobie mój powrót do tej restauracji.

Szef kuchni: Marcin Filipkiewicz
Plus: bardzo porządna kuchnia na wysokim poziomie, zabytkowe renesansowe wnętrze.
Minus: nachalna, sztywna obsługa, ponura atmosfera, niewielkie porcje.
Adres: ul. Kanonicza 16 | mapa | www
Polecam: specjalną okazję, spotkanie biznesowe.
Średnia ocena: 3.5 na 5.     Jedzenie – 4.5/5     Obsługa – 3/5     Wnętrze – 3/5     Ceny – 3.5/5

*

13 sierpnia 2016

Wakacje w Słowenii – gdzie zjeść w Lublanie?


W Lublanie spędziliśmy niecałe trzy dni i to wystarczy, by dobrze poznać stare miasto, zwiedzić zamek i poleniuchować nad Lublanicą, jednak to za mało, by zjeść we wszystkich polecanych i kuszących miejscach, których pełna jest stolica Słowenii! Tym razem, ze względu na wyjątkowy brak wcześniejszego przygotowania, w pełni zdaliśmy się na rekomendacje Słowenki, u której wynajęliśmy apartament. Poniżej dzielę się z Wami tymi adresami, bo zwiedzając miasto, niektóre koniecznie powinniście odwiedzić.




Central Market (Vodnikov trg i Pogačarnev trg) – na targ poszliśmy w pierwszej kolejności –byliśmy bardzo głodni po podróży i chcieliśmy zjeść coś dobrego, ale szybkiego. Zdecydowaliśmy się na rybny food truck z najdłuższą kolejką (Ribice Kiosk), który okazał się świetną inauguracją naszego pobytu w Lublanie. Świeże smażone kalmary, stek z tuńczyka i filet z pachnąca na kilometr sałatką z letnich pomidorów zjedliśmy wśród tłumu miejscowych na drewnianych ławach z plastikową ceratą (ciekawa odmiana tuż po wizycie u Any Roš w Hiša Franko). Jedzenie było świeże, aromatyczne i niedrogie (6-7 € za porcję). Warto na targ wstapić na śniadanie, lunch, kawę lub po prostu po zakupy – sery, wina, oliwy, wędliny, zioła i wszystko, czego tylko dusza zapragnie prosto od rolników. 

Jeśli załapiecie się na jakiś słoneczny piątek, to nawet lepiej, bo co tydzień od marca do listopada na placu Pogačarjev odbywa się festiwal kulinarny “Odprta kuhna”, podczas którego szefowie z całego kraju gotują na świeżym powietrzu. Tam to dopiero musi być smacznie!








Zlata Ribica (Cankarjevo nabrežje 7) – jedna z najstarszych restauracji w Lublanie. Początkowo byłam do niej dość sceptycznie nastawiona, bo niepotrzebnie zasugerowałam się kilkoma negatywnymi recenzjami tego miejsca w Internecie, ale ostatecznie zaufałam rekomendacji Słowenki i dobrze zrobiłam, bo gnocchi z gulaszem wołowym (12 €) i ośmiornica (18 €) były jednymi z dań, które najbardziej zapadły nam w pamięć z całej podróży. Do tego świetna lokalizacja i widok na tętniace życiem ulice Lublany gratis! Gdybym miała więcej czasu, to byłoby miejsce, do którego chciałabym wrócić. 




Güjžina (Mestni trg 19) – restauracja i sklep z winami. Nie jest to najtańszy adres, ale warto tu zajrzeć, by spróbować świetnych tradycyjnych dań z regionu Prekmurje takich jak dödöle (7,80 €), czyli ziemniaczane kluseczki, które świetnie pasują do wprost kapitalnego prekmurskiego bogracza (11,30 € za 0,5 ml), a na deser zjeść tradycyjne ciasto prekmurska gibanica (4,90 €) z kwaśnymi jabłkami, makiem, orzechami włoskimi i słodkim serem twarogowym. Takim zestawem bez problemu najedzą się dwie osoby i jest to najprawdopodobniej najtańsza opcja na posiłek w Güjžinie. Warto zwrócić uwagę na menu z przepięknymi, niezwykle apetycznymi zdjęciami dań i zgodzić się na degustację oleju z pestek dyni z kwiatem soli i domowym pieczywem.


Slovenska Hiša (Cankarjevo nabrežje 13) – “Slovenska Hiša” to po prostu “Słoweński Dom” – niezwykle przyjemne miejsce na… słoweńskie tapas. Za kilka euro próbujecie tu wiele rodzimych win na kieliszki i mnóstwo różnych rodzajów wędlin i serów najwyższej jakości z różnych regionów kraju (przykładowo mix platter kosztuje 5,80 €). Dla tych, co alkoholu nie piją – polecam lemoniadę z syropem z kwiatów czarnego bzu.



MOST (Petkovškovo nabrežje 21) – ze wszystkich wymienionych miejsc to było najsłabsze, choć cieszy się dobrą opinią i wieloma wyróżnieniami. W menu wyraźnie widać śródziemnomorskie wpływy i choć nasze dania nie były wcale złe, okazały się trochę przekombinowane. Menu jednak prezentuje się bardzo ciekawie, może Wy traficie lepiej? Dania na zdjęciach to: tagliatelle z kurczakiem, zieloną papryką, domowym pesto bazyliowym, pomidorami śliwkowymi i prażonymi orzeszkami pinii (10 €) oraz domowe ravioli z mąki gryczanej, z nadzieniem z grzybów porcini i trufli z sosem z pora i krewetek (12 €). Plusem jest dobra obsługa i lokalizacja tuż przy moście Mesarskim – kolejny świetny punkt do obserwacji pięknej Lublany podczas posiłku. 





Lody Vigò (Mačkova ulica 2) – czarne eleganckie logo zwróciło moją uwagę już pierwszego dnia, ale zajrzałam tam znacznie później, czego zresztą straszliwie żałowałam, bo okazało się, że w Lublanie zjadłam prawdopodobnie najlepsze lody w życiu! Nie pamiętam, ile kosztuje porcja, ale zapewniam Was, że nie ma to żadnego znaczenia. Idźcie i próbujcie! Smaki są oszałamiające. Zakochałam się w kokosie z marakują z polewą czekoladową oraz w białej czekoladzie z soczystymi pestkami granatu i kawałkami ciemnej czekolady. Zresztą już sam skład niektórych smaków działa na wyobraźnię, popatrzcie: “krem paryski, maliny, czekoladowe ciasteczka” albo “jogurt grecki, miód, sezam” albo “mascarpone, nutella, czekolada, orzechy laskowe”... 





A co warto kupić w Lublanie? Przede wszystkim słoweńskie wina (dobrze zaopatrzonym sklepem jest Vinoteka Dvor – Dvorni trg 2), ale też olej z pestek dyni, którym Słowenia bardzo się szczyci, miody, figi w czekoladzie, trufle czy kwiat soli z Piranu świetnie sprawdzą się jako kulinarne pamiątki.  

Często o to pytacie, więc dodam, że podczas pobytu w Lublanie zatrzymałam się tutaj – bardzo przytulne apartamenty w samym centrum.

Zapraszam też do przeczytania moich pozostałych relacji z podróży  m.in. z Brazylii, Portugalii, Gruzji czy Włoch oraz do obserwowania mnie na Instagramie:



*

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...